Mój komentarz po objęciu administracji amerykańskiej przez Donalda Trumpa w kontekście relacji polsko-amerykańskich.
Obecny rząd RP nie ma z ludźmi Donalda Trumpa dobrych relacji, ale realnie sprawuje w Polsce władzę. Będąca w opozycji prawica być może ma z ekipą Trumpa lepsze relacje, ale realnej władzy nie ma.
Nawet jeśli administracja Trumpa znajdzie czas i uwagę na to, aby w jakimś stopniu wpłynąć na sytuację w Polsce w zakresie stosunków między rządzącą koalicją a opozycją, to jednak nie należy się łudzić, że będzie prowadzić jakieś aktywne zabiegi w celu zmiany rządu w naszym kraju. Amerykanie nie są tym zainteresowani a sytuacja w Polsce – z ich punktu widzenia – nie uzasadnia żadnej daleko idącej interwencji. Mówiąc wprost – będzie bardzo dobrze, jeśli nieformalnymi kanałami uda się Amerykanom powstrzymać totalniackie zapędy Tuska, ale na więcej nie ma co liczyć.
Prawica musi zatem zabiegać o to właśnie, aby Amerykanie zrozumieli, że w Polsce doszło do sytuacji, która łamie standardy demokracji, gdyż podejmowane przez rząd próby wyeliminowania głównej partii opozycyjnej z gry politycznej siłami prokuratury noszą znamiona łamania standardów demokracji. To Amerykanie są w stanie zrozumieć i są tu w stanie przywołać rząd Tuska do pionu.
Ale nie wygrają za prawicę wyborów.
Zatem będą się układali z tym rządem, który jest i z tym prezydentem, który wygra najbliższe wybory. Zarazem, z całym szacunkiem dla urzędu Prezydenta, ustrój RP jest taki, że organem mającym największy wpływ na polityki państwowe jest rząd i stojąca za nim większość parlamentarna. Kalendarz wyborczy w Polsce jest zaś taki, że o ile nie dojdzie jakimś cudem do rozpadu koalicji, na co się z wielu powodów nie zanosi, to ewnentualna zmiana polityczna nastąpi dopiero za trzy lata, czyli w ostatnim roku rozpoczętej właśnie kadencji Donalda Trumpa – trudno zatem oczekiwać, że w relacjach z Polską będzie kierował się perspektywą zmiany władzy w naszym kraju.
Oznacza to, że współpraca jego administracji z polską prawicą będzie bardziej symboliczna niż realna.
Przejdźmy zatem do polityki realnej.
Tutaj, uważam, ma rację red. Marek Budzisz, który uważa, że kluczowe decyzje w zakresie przyszłego ułożenia „ładu europejskiego” będą w USA podejmowane szybko, prawdopodobnie w przeciągu najbliższych trzech miesięcy, góra pół roku. Z wyżej już omówionych powodów pragmatycznych, nawet jeśli administracja Trumpa będzie kierowała się nabardziej życzliwym stosunkiem do naszego kraju – głównym partnerem Amerykanów w ewentualnych rozmowach będzie rząd.
Amerykanie z pewnością mają swoje cele strategiczne, ale – jak zawsze w takich rozmowach – istnieje pole manewru „junior partnerów”, które przede wszystkim zależy od tego, na ile wysuwane przez nich propozycje mieszczą się w parametrach zakreśonych przez „wielką strategię” dominującego partnera.
Biorąc pod uwagę ogólnie niechętne stanowisko Trumpa do Niemców oraz perspektywę niemieckich problemów z wyłonieniem nowego rządu akurat w tym kluczowym momencie historii, Polska mogłaby osiągnąć sporo, jeśli tylko przedstawiłaby jakiś spójny projekt, jakąś wizję nowego ładu – taką, która pasując do amerykańskiej strategii podnosiłaby pozycję naszego kraju w regionie. Mówimy tutaj o szerokim spektrum możliwych działań zarówno na arenie gospodarczej jak wojskowej.
Red. Budzisz, podobnie jak ja, uważa, że celem naszego kraju powinno być przekonywanie Amerykanów do realnego przesunięcia bieguna strategicznego Zachodu w nasz region kontynentu, co nie musi wcale oznaczać wzrostu zaangażowania sił amerykańskich, ale raczej naciski na NATO, aby właśnie w Polsce skoncentrować efektywny potencjał obronny i aby więcej inwestować w rozwój naszego kraju przekierowując do Polski część wolnego kapitału amerykańskiego rozproszonego obecnie w różnych regionach świata.
Zachodzi zatem pytanie, czy tego typu propozycje padną ze strony Donalda Tuska i ministra Sikorskiego?
Obawiam się, że nie padną!
Obawiam się, że rząd Tuska wyrazi najdalej idącą gotowość do spełnienia oczekiwań strony amerykańskiej, ale nie wyjdzie z żadnymi propozycjami zmierzającymi w stronę podniesienia statusu międzynarodowego Polski. Uważam, że stanie się dokładnie przeciwnie! Uważam, że stanowisko obecnego rządu wpisze się w „narrację europejską” czyli, że Polska wyrazi wobec Amerykanów wolę wpisania się jakiś szeroko zakrojony przez Brukselę projekt „rozbudowy europejskiej autonomii strategicznej”, co w praktyce będzie oznaczać, że Amerykanie uznają, że z Warszawą trzeba rozmawiać wyłącznie o kwestiach technicznych, ale o strategii należy rozmawiać z Brukselą i tymi stolicami, które jednak zarysowały własną wizję i mają określone oczekiwania wobec Waszyngtonu.
Jednym słowem, obawiam się, że narracja polskiego rządu sprowadzi się do kształtowania europejskiej polityki wschodniej „wraz z Amerykanami poprzez Brukselę” i będzie „sprzedawana” w Polsce jako wizja współpracy z USA w ramach „wzrostu pozycji Polski w Unii Europejskiej”.
Tusk będzie zatem mówił, że w sytuacji osłabienia Niemiec „wzrosło znaczenie Polski w Europie”, co daje nam większe wpływy w Brukseli i w ten sposób w ramach „europejskiej jedności” będą realizowane cele Polski.
Oczywiście – wpływy Polski w Europie staną się ponownie znikome jak tylko Niemcy okrzepną i sformują nowy rząd, ale to będzie już poza zasięgiem intelektualnym wyborców Koalicji Obywatelskiej.
W praktyce będzie to oznaczało, że Polska podżyruje kształtowane nad Renem i Sekwaną ociężałe projekty „Europejskich sił zbrojnych”, które służyć będą przede wszystkim temu, aby skoncentrować finansowanie rozwoju europejskiej obronności w „Starej Unii” i aby skoncentrować centrum decyzyjne polityk obronnych w Brukseli, co realnie Polskę osłabi a nie wzmocni, gdyż nasz kraj ponownie stanie się zakładnikiem obcych interesów.
Niestety – tak wygląda moja prognoza i nie chce być lepsza!
I niestety – polska prawica patriotyczna niewiele będzie mogła z tym zrobić.
Zostaw komentarz