Aż tak źle, jak w tytule obsypanej nagrodami, brytyjskiej komedii romantycznej z Hugh Grantem w roli głównej, na razie nie jest, ale otwarcie gospodarki i cofnięcie ograniczeń związanych z pandemią SARS-CoV-2 zaowocowało istną eksplozją hucznych wesel na 150 osób. I to głównie one początkowo generowały nowe ogniska zakażeń. A potem pooooszłooo! Gorzej, ludzie nie tylko zaczęli lekceważyć epidemię i te niewielkie ograniczenia, które pozostawiono latem po lock-downie, ale coraz liczniejsza grupa kwestionuje sam fakt jej istnienia.

Według badań CBOS, 17 proc. respondentów uważa, że w ogóle nie ma koronawirusa SARS-CoV-2, zaś w grupie młodych do lat 40 już co trzeci pytany podziela ten pogląd.

Koronasceptycy to potężna siła, której nie można lekceważyć. W sobotę 10 października w pięćdziesięciu dużych miastach Polski odbyły się kilkusetosobowe demonstracje pod hasłem „Zakończyć plandemię! Dość kłamstw!” I to w sytuacji, gdy pandemia zbiera coraz obfitsze żniwo, również śmiertelne, padają argumenty tak absurdalne, że to spisek Billa Gatesa albo próba zaczipowania ludzi. We Wrocławiu, w Gdańsku i Białymstoku antycovidowe demonstracje zostały rozwiązane przez władze miejskie, w innych miastach policja wystawiała mandaty lub (w razie odmowy przyjęcia) spisywała i kierowała wnioski do sądu.

Tych, którzy dostosowali się wymogów, spotkały upomnienia. Niepokoi jednak masowość tego zjawiska i demonstrowanie niezgody na restrykcje przez osoby publiczne. – Przepraszam, ale to, co się dzieje wokół tej maseczkowej paranoi, to jest kompletna i absolutna kompromitacja tej władzy. Koncentrowanie chorych emocji na sprawie bez znaczenia, wymuszanie jawnych idiotyzmów, konstruowanie przepisów jak z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” – pisze na Twitterze Łukasz Warzecha. – Przypominam, że w razie uprawiania sportu można nie mieć maseczki, bo wtedy wirus grzecznie nie zaraża. To jest bardzo zdyscyplinowany wirus. On wtedy stoi z boku i kibicuje – dodaje znany publicysta, który z gorliwością godną lepszej sprawy rozkłada na czynniki pierwsze rozporządzenie i zastanawia się, gdzie na dworze można, a gdzie nie, napić się np. wody, zdejmując oczywiście maseczkę. Przy tej skali problemów związanych z rozprzestrzenianiem się wirusa to rzeczywiście najważniejsze problemy. I to nie pisze jakiś czepialski noname, ale znany i popularny publicysta. Podobnie zachowujących się osób, także wśród polityków, np. Konfederacji, nie brakuje.

„Jedno mnie fascynuje: niezrozumienie, banalnego związku przyczynowo skutkowego, że właśnie po to, aby nie padło wszystko (ekonomia), to trzeba natychmiast ograniczyć rozwój pandemii. Przecież to dziecko w przedszkolu by zrozumiało. Przecież tak się właśnie stało przy pierwszej fali. Dzięki wprowadzonym szybko i ostro restrykcjom i ogarnięciu społeczeństwa, pandemia nie gruchnęła i polska gospodarka ucierpiała najmniej w Europie” – napisała na Twitterze Nata Acosta, Polka mieszkająca w Hiszpanii.

Podważana jest skuteczność noszenia maseczek, ich przeciwnicy podkreślają, że nikt  naukowo nie udowodnił, iż ograniczają rozprzestrzenianie się wirusa, a w krajach, gdzie obowiązuje ich zakładanie, jest więcej zakażeń niż w tych, w których tego obowiązku nie ma. Nikt nie zadał sobie trudu, aby pomyśleć, że jest dokładnie odwrotnie: dlatego, że jest dużo zakażeń, a więc także dużo bezobjawowych, niewykrytych nosicieli, trzeba nosić maseczki w przestrzeni publicznej, a tam, gdzie jest ich mniej, nie są potrzebne.

Mylenie skutków z przyczyną to częsty błąd rozumowania antycovidowców.

A w kwestii skuteczności maseczek polecam naukową publikację trójki autorów Kimberly A. Prathera, Chia C. Wanga i Roberta T. Schooley’a pt. Reducing transmission of SARS-CoV-2” [LINK].

Nie ma przyzwolenia na takie postawy, dlatego że gdybyśmy to zaakceptowali, to oznaczałoby to zgodę na samobójstwo z wyboru. Tak jest, pandemia jest wojną, wojną o życie. Ten nieodpowiedzialny, który dzisiaj protestuje, jutro zakazi wielu innych. Nie możemy sobie na to pozwolić – mówił w TVP Info były minister zdrowia prof. Marian Zembala. Z tym zakażeniem to nawet w jednym miejscu się potwierdziło, bo w szpitalu przy ulicy Koszarowej we Wrocławiu o życie walczy (walczyło?) dwóch pacjentów, którzy wcześniej deklarowali, że nie wierzą w koronawirusa.

– Te osoby jeszcze chwilę temu bardzo aktywnie nas obrażały i przekonywały, że Covidu nie ma, że to są jakieś spiski – mówi ordynator oddziału zakaźnego w tej placówce prof. Krzysztof Simon. „Eeee. Ludzie tego nie przyjmują. Impregnują się na wiedzę i nawet świadectwa. Próbowałam faktycznie przez chwilę ostrzegać, ale to groch o ścianę. Trudno. Muszą się przekonać. I przekonają. A jak nie oni, to ktoś z bliskich” – pisze na Twitterze publicystka „Gościa Niedzielnego” Agata Puścikowska, która bardzo ciężko przechorowała się latem na Covid-19. Miała przez dwa tygodnie silne duszności, zaatakowane nerki, potworne osłabienie, tak że nie była w stanie wypić dwóch łyków wody bez pomocy. O ciężkim przebiegu choroby opowiadali w wywiadach m.in. były minister środowiska Michał Woś czy eurodeputowany Adam Jarubas. Ale dla sceptyków, jak widać, to nie są argumenty.

A mogą być nimi także lekarze. Tydzień temu rozmawiałam z internistą z trzydziestoletnią praktyką, który przekonywał mnie, że Covid-19 to nic innego jak grypa, koronawirusy są znane od kilkudziesięciu lat i nikt takiej histerii wcześniej nie robił. Uważa, że maseczki kompletnie nic nie dają, bo gdyby były skuteczne, to w karetkach i na oddziałach covidowych też stosowanoby dla ochrony same maseczki, a nie całe kombinezony. Przyznał, że sam w gabinecie lekarskim pacjentów przyjmuje bez maseczki, bo – gdyby się bał zarażenia – to nie mógłby być lekarzem. A poza tym, za tydzień (czyli w sobotę 10 października) ma wesele syna na 130 osób i się nie przejmuje. Tacy lekarze, niestety, też są. I co więcej, są dla innych autorytetem. No bo przecież to lekarz, więc wie, co mówi.

W tym kontekście przypomniało mi się moje francuskie doświadczenie, bo w pierwszej połowie września tego roku byłam przez 10 dni w zachodniej Francji. Już wtedy w niepokojący sposób zaczęły tam zwiększać się dzienne przyrosty zakażonych, sięgając wówczas pięciu, sześciu tysięcy przypadków (dziś ponad 26 tys.). Przekonałam się, że we Francji zalecenia sanitarne przestrzegane są perfekcyjnie. Maseczki prawidłowo założone we wszystkich pomieszczeniach zamkniętych, nawet w wielkich, prawie zupełnie pustych kościołach, które zwiedzałam. Zresztą ławki co druga zasznurowana, a na tych, na których można było siadać, oznakowane dwa maksymalnie oddalone miejsca do zajęcia przez wiernych. Kilkunastoosobowe zebranie na dworze, gdy nie można było zachować odpowiedniego dystansu, odbywa się – oczywiście – w maseczkach. W instytucie naukowym wszyscy w maskach, na seminarium zarówno wykładowca, jak i słuchacze. Na korytarzach i we wszystkich przestrzeniach wspólnych też wszyscy w maskach. Nikt się nie wyłamuje. Tylko w swoim gabinecie można zdjąć maseczkę, ale gdy ktoś przychodzi, to na spotkanie nawet dwóch osób jego uczestnicy mają zasłonięte usta i nosy.

Rozmawiałam z lekarką, która od trzydziestu lat pracuje jako hematolog w szpitalu w Saumur. – Zawsze, przed Covidem też, przyjmowałam pacjentów w maseczce. Przecież to chorzy onkologiczni, o obniżonej odporności, więc chronię ich przed infekcją. Dla mnie może być niegroźna, dla nich często jest zabójcza – mówiła mi. Zmieniała maseczkę w pracy co dwie godziny, ale przez osiem, dziewięć godzin z przerwą na obiad pracowała w maseczce. I tak już od trzydziestu lat. Jakoś żadne straszne choroby jej nie trapią, a tym przecież straszą antymaseczkowcy. Jak widać, maseczka medyczna, jaką w Polsce można kupić po 1,60 zł za sztukę, chroni przed infekcją. Czy w stu procentach skutecznie? Pewnie nie. Nic w przyrodzie nie jest w stu procentach skuteczne, ale maseczka znacząco zmniejsza prawdopodobieństwo zarażenia. Czy to tak trudno zrozumieć i przyjąć?

Wiele hejtu i absurdalnych uzasadnień kierowanych wobec zwolenników przestrzegania narzuconych rygorów pojawia się na Twitterze, ale – niestety – merytoryczna rozmowa jest bardzo trudna. Padają oskarżenia o łamanie prawa, wprowadzenie nakazu zasłania ust i nosa bez żadnej podstawy itp. Że to histeria i przez to nie mają opieki lekarskiej chorzy na inne poważne schorzenia. I że przez to będą umierali, a 99 proc. zgonów jest z innych niż Covid-19 przyczyn. Pojawiają się też inwektywy ad personam. Jest wiele złości i gniewu. Padają szyderstwa, a nawet wulgarne wyzwiska. Próbuję zrozumieć, skąd to się bierze.

Odpowiedzią może być przerażająca diagnoza przedstawiona w najnowszym dokumencie Netflixa „Dylemat społeczny”. Opowiada on o zagrożeniach płynących z mediów społecznościowych, o mechanizmach, które czynią te aplikacje tak silnie uzależniającymi, a nasze najbardziej intymne informacje zamieniane są w produkt, umożliwiający manipulowanie naszym zachowaniem. Platformy społecznościowe posiadają informacje o naszych nawet najbardziej skrytych upodobaniach, nawykach, o tym, gdzie i z kim spędzamy czas, o naszym nastroju, preferencjach, zdrowiu, a także poglądach politycznych czy nawet orientacji seksualnej (nie musimy jej na portalu jasno określać, badania pokazują, że na podstawie naszych polubień można ją określić z około osiemdziesięcioprocentową skutecznością). Cyfrowe korporacje są w stanie manipulować naszym zachowaniem, podsuwając specjalnie spersonalizowane treści i fakenewsy, które docierają do nas z sześciokrotnie większą częstotliwością niż informacje prawdziwe. Powoduje to zamykanie się ich odbiorców w bańkach informacyjnych, co utwierdza ich w przekonaniu, że wszyscy wokół podzielają ich przekonania. Kto wie, może w tym tkwi problem i dlatego koronasceptycy są tak odporni na merytoryczne argumenty?

Na koniec pozwolę sobie podać linki do tekstów, które działają na emocje i pobudzają wyobraźnię. Jeśli to nie przekona, to może już tylko choroba z ciężkim przebiegiem zmieni postrzeganie kwestii pandemii koronawirusa.

Monika Nowicka, lekarz Szpitalnego Oddziału Ratunkowego apeluje na Facebooku do przyjaciół, znajomych, ale także nieznanych jej osób. Apeluje w bardzo przejmujący sposób [LINK]

Anestezjolog, dr n med. Konstanty Szułdrzyński, kierownik Centrum Terapii Pozaustrojowych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie opowiada o strasznej samotności pod respiratorem [LINK].

Znany aktor, piosenkarz i dyrektor Teatru Muzycznego Capitol z Wrocławia od kilku dni walczy z koronawirusem. Jego stan tak się pogorszył, że musiał trafić pod opiekę lekarzy szpitala przy ul. Koszarowej we Wrocławiu…Konrad Imiela pisze ze szpitalnego łóżka: „Noście maski, utrzymujcie dystans i myjcie ręce. Proste i bardzo skuteczne” [LINK].

Nie mam zbyt wielu złudzeń, że przekonam zagorzałych sceptyków, ale może Państwo, Czytelnicy tego tekstu, uzupełnią go w komentarzach o swoje argumenty? Jestem też otwarta na wszelką polemikę. Zapraszam do dyskusji.

Autor: Małgorzata Wanke-Jakubowska
Absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia matematyk teoretyk, specjalista public relations, przez 27 lat była pracownikiem Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i przez 18 lat rzecznikiem prasowym tej uczelni. Po studiach pracowała w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego na stanowisku naukowo-dydaktycznym; jej zainteresowania naukowe dotyczyły algebry ogólnej.

Źródło: blog Twitter Twins, czyli twitterowe bliźniaczki./twittertwins.pl