W opowieściach o wojnie najtrudniej mówić o ludziach, których życie toczyło się pomiędzy podziałami.
Na Kresach południowo‑wschodniej Polski małżeństwa mieszane nie były niczym niezwykłym.
W wielu wsiach Polacy i Ukraińcy żyli obok siebie od pokoleń. Pracowali na tych samych polach, spotykali się na jarmarkach, pomagali sobie przy żniwach. Jedni chodzili do cerkwi, inni do kościoła, ale na co dzień byli po prostu sąsiadami.
Wspólnie obchodzono święta.
Miłość nie znała słowa „inna narodowość”.

Dopiero wojna zaczęła rysować te granice grubą, bolesną linią.

Wiele historii z tamtych lat zniknęło wraz z ludźmi, którzy je pamiętali. Część — przetrwała tylko w rozmowach, wspomnieniach i opowieściach przekazywanych dalej. Podobnych dramatów były setki, może nawet tysiące. W wielu domach rozkazy i ideologie stanęły naprzeciw rodzin, które jeszcze wczoraj żyły w zgodzie.

Jedna z takich tragedii wydarzyła się w Zawozie.

Pewnego wieczoru do domu wrócił syn. Był już wtedy w UPA i przyniósł ze sobą rozkaz — zabić Polkę.

Ojciec od razu zrozumiał, co to oznacza.
Tego samego wieczoru odesłał żonę do jej rodziny w sąsiedniej wsi, prosząc tylko, by przez kilka dni nie wracała.

Kiedy syn wszedł do domu, zastał tylko ojca.

Nikt dokładnie nie wie, jak wyglądała tamta noc. We wsi opowiadano później różne wersje, ale wszystkie prowadziły do tego samego końca. Wiadomo jedynie, że syn miał wykonać wyrok, a ojciec nie zamierzał na to pozwolić.

W małej izbie, przy słabym świetle lampy naftowej, musiało dojść do krótkiej, dramatycznej walki.
Na stole leżał zwykły nóż — taki, jakim kroi się chleb.

W pewnej chwili ojciec sięgnął po niego i ugodził syna.
Cios był śmiertelny.
Młody człowiek upadł na podłogę własnego domu.
Taką wersję powtarzano później wśród sąsiadów.

Kobieta przez kilka dni ukrywała się u swojej rodziny. Dopiero po pewnym czasie wróciła do Zawozu.
Jeszcze zanim dotarła do domu, dowiedziała się, że jej syn nie żyje.

Ale to nie był koniec tej historii.

Kilka dni później na skraju lasu znaleziono jej męża. Wisiał na drzewie.
Na piersi miał przypiętą kartkę z krótkim napisem:

„Za zdradę Ukrainy”.

Kartka miała być ostrzeżeniem dla innych.

Jeszcze niedawno żyli ludzie, którzy pamiętali tamte czasy. Pamiętali twarze, nazwiska i wydarzenia, o których nie pisały kroniki. Opowiadali o nich tylko w zaufanym gronie.

Dziś odchodzą ostatni świadkowie. Ale historia tamtych dni nie zniknęła całkowicie. Są jeszcze tacy, którzy próbują ocalić te opowieści od zapomnienia — to, co zostało im przekazane przez rodziców, dziadków, sąsiadów.

Może właśnie dlatego pewna starsza pani powiedziała mi słowa, które utkwiły mi w pamięci:

Niektóre historie nigdy naprawdę nie odchodzą. One tylko milkną na jakiś czas, czekając cierpliwie, aż znajdzie się ktoś, kto opowie je na nowo.

Autor: Jędruś Ciupaga