Chciałbym zmienić nauczyciela w klasie mojego dziecka. Obawiam się, że nie przygotuje odpowiednio mojego synka Norberta Aarona do matury. Wiem to z Internetu. Wszyscy tam się skarżą na tego złośliwego babusa.

Ale nie ze mną takie numery. Znam język angielski i chciałbym, aby mój syn poszedł na jakieś amerykańskie studia, najlepiej do Oxfordu lub na Sorbonę.

Zaczynam więc delikatnie od rozmowy z dyrektorem, aby go poinformować, że zatrudnił nieodpowiedniego nauczyciela, który popełnia błędy merytoryczne. Na dowód, że mówię prawdę, zabrałem ze sobą zeszyt Norberta. Bo w zeszycie Norberta Aarona są błędy, co jest dowodem braku kompetencji pani profesor Leokadii.

Oczywiście wiedziałem, że nie będzie łatwo i to jest dopiero początek drogi. Dyrektor z arogancją zaczął bronić nauczyciela i próbował zrzucić odpowiedzialność na mojego syna, wymyślając jakieś głupoty, że Norbert Aaron bardzo dużo opuszcza lekcji i jest agresywny wobec nauczycieli. Poczułem się zadraśnięty. Bo jak można w ten sposób potraktować rodzica! Czyja jest wina, że Norbert Aaron opuszcza lekcje? Jeżeli go nudzą, gdyż niczego nowego się nie uczy, to opuszcza. A jest agresywny, gdyż ma wielkie plany na przyszłość i przez złych nauczycieli może stracić szansę na ich realizację. Każdy by się zdenerwował.

Czuję więc, że nadchodzi czas na drugi etap. Zaczynam mobilizować przeciwko pani Leokadii oraz dyrektorowi pozostałych rodziców. Dzwonię do kilku znajomych, z innymi spotykam się w zamkniętej grupie rodziców na Facebooku. Mówię im, jak złym nauczycielem jest pani Leokadia i że musimy z tym coś zrobić dla dobra naszych dzieci. Konsternacja. Okazało się, że większość z nich nie zdawała sobie z tego sprawy. I w ten sposób wychodzi, jak mało rodzice interesują się edukacją swoich dzieci. Są też tacy, którzy nieśmiało próbują bronić tego starego babusa, że ona uczyła też ich starsze dzieci i całkiem dobrze zdali maturę.

Wtedy wyciągam argument ostateczny “bo może wam nie zależy na waszych dzieciach, ale ja będę walczył o Norberta Aarona do upadłego”. To zawsze działa. Kilka matek zaczyna panikować. Nie przyszło im do głowy wcześniej, że pani Leokadia jest aż tak groźna dla przyszłości ich dzieci. Niby ich dzieci coś tam słyszały, że pani Leokadia krzyczy, ale dopiero teraz zrozumiały, o co chodzi.

I tak powstała rodzicielska grupa bojowa pod wezwaniem, która jest stanie zdemolować każdą szkołę, a jak dobrze pójdzie, to może także wymusić kierunek przemian systemu edukacyjnego w Polsce. Jeden zdeterminowany facet oraz cztery znudzone matki typu mała czarna (od kroju sukienki), które zrealizowały swoje życiowe ambicje poprzez męża, dzięki któremu nic w życiu nie muszą robić, co daje im czas i kwalifikacje, do wymuszania przebudowy szkół swoich dzieci według własnego oryginalnego projektu. To dobry układ, który się zawsze sprawdza. Do tego można jeszcze pozyskać dyskretne wsparcie pani Justynki z grona pedagogicznego, która czuje się sfrustrowana, gdyż jest niedoceniana, dlatego, że dyrektor przecenia panią Leokadię.

No i jeszcze trzeba napisać list „My rodzice klasy III B domagamy się… robimy to dla dobra polskiej edukacji… będziemy bronić naszych dzieci…”. Niech inni się podpiszą. Nie wszyscy chcą się podpisać. To nic, wystarczy jeszcze kilku, aby uwiarygodnić, że „my rodzice”.

Nadchodzi więc trzeci etap. Idziemy do dyrektora grupą. Tym razem to nie prośba, ale groźba. Żądamy zmiany nauczyciela w naszej klasie albo gotowi jesteśmy złożyć skargę również na dyrektor za brak nadzoru.

Dyrektor udaje zdziwienie. Nigdy nikt nie narzekał na panią Leokadię i jakie mamy dowody, że ona źle uczy. Jej klasy zawsze mają najlepsze wyniki z matury. Niech tu nam pan dyrektor nie wyskakuje ze statystyką. Wyniki są dobre, ale to nie jej zasługa, tylko uczniów, gdyż wszyscy uczniowie pani Leokadii biorą korepetycje. Bez tego żaden nie zdałby matury. Zero. Proszę podać wyniki z matury tych uczniów pani profesor, którzy nie brali korepetycji. A jakie mamy na to dowody? Wszyscy tak mówią! Proszę zobaczyć, co piszą o pani Leokadii, w Internecie, jej uczniowie.

Nadchodzi czas na czwarty etap. Skarga na dyrektora szkoły do kuratorium. Bo broni złych nauczycieli ze szkodą dla uczniów. Zupełnie nie troszczy się o to, że uczniowie w szkole nie realizują podstawy programowej. To łatwo sprawdzić. W klasie B, gdzie uczy pani profesor Leokadia realizowany jest dopiero 48 punkt podstawy programowej, a w równoległej klasie pani Justynki już 51. Nie ma więc szans, aby w takim tempie podstawa programowa została zrealizowana. Zresztą, co to jest za realizacja. Pani Justynka wszystko dokładnie omawia, ze dwa razy, odpowiada na pytania i rozwiązuje ze swoimi uczniami zadania, a pani profesor Leokadia każe im czytać samodzielnie i robi kartkówki, w ogóle niczego nie tłumaczy. Wiemy to od profesor Justynki, która czasami, gdy ma zastępstwo w klasie profesor Leokadii, to po prostu łapie się za głowę ze zgrozy.

My RODZICE walczący o dobro naszych dzieci i zatroskani losem polskiej edukacji, domagamy się więc odsunięcia pani Leokadii od klasy III B, a najlepiej wyrzucenia jej z pracy, aby już nikogo więcej nie skrzywdziła. To wyraz naszej troski o dobro wspólne. Domagamy się, aby w III B uczyła pani profesor Justynka, która jest najwybitniejszym pedagogiem w szkole, o czym sama mówi swoim uczniom. Na pewno się zgodzi, gdyż już z nią rozmawialiśmy.

W konsekwencji do szkoły idzie kontrola z kuratorium. To piąty etap. Ale co taka kontrola może sprawdzić. Przede wszystkim papiery, ale one nic nie powiedzą o tym jakim nauczycielem jest pani Leokadia. Bo papiery są takie jakie są, trochę lepsze lub trochę gorsze. Jak dyrektor jest kobietą, to trochę lepsze, jak facet to trochę gorsze, ale zasadniczo nie można z nich niczego wyczytać o pani Leokadii. Wyników też nie ma najgorszych. Obserwacja lekcje też nic nie daje, bo pani Leokadia się przygotowała i lekcja wypadła wspaniale. Bo cała ta obserwacja to lipa. Aby się dowiedzieć prawdy o pani Leokadii, wizytatorzy powinni się po prostu zapytać rodziców, którzy złożyli skargę.

Bo z tego, że nie ma żadnych dowodów winy pani profesor Leokadii, dla rodziców nic nie wynika. Sama ich skarga jest przecież dowodem winy. Gdyby było dobrze – nie byłoby skargi. Jeżeli więc organ kontroli nie był w stanie potwierdzić zasadności skargi – tym gorzej dla niego. To się może źle dla niego skończyć, jeżeli rodzice pójdą dalej do kolejnego organu, który kontroluje pierwszy organ kontroli i ten następny organ lub jeszcze następny odkryją w szkole nieprawidłowości, których nie wykrył pierwszy organ. To jest właśnie ta groźba wisząca nad każdym organem, która powoduje, że nie ma takiej opcji, aby wszystko było dobrze.

Kuratorium ma w tej sytuacji dwa sprawdzone wyjście, z których najczęściej korzysta równocześnie. Pierwszy to przyjacielska sugestia, aby dyrektor ustąpił rodzicom. Bo właściwie, dlaczego tak się upiera? Wszyscy będą zadowoleni, jeżeli pani Leokadia przestanie uczyć klasę Norberta Aarona. Także pani Leokadia. Bo przecież jest jakiś problem i ustępowanie przed rodzicami jest najlepszym rozwiązaniem.

No więc ustępowanie przed rodzicami nie jest wcale najlepszym rozwiązaniem, gdyż jest to dowód dla wszystkich innych rodziców w całej szkole, że ojciec Norberta Aarona miał rację. Gdyby pani Leokadia była dobrym nauczycielem, nikt nie spełniłby jego żądań. To jest dowód, że pani Leokadia jest złym nauczycielem. Po chwili więc przed gabinetem dyrektora ustawi się cała kolejka rozdrażnionych rodziców z innych klas, zadraśniętych nierównym traktowaniem ich dzieci. Czy nasze dzieci są gorsze, że je będzie uczyła pani Leokadia, a w klasie B już nie? I tej opinii już nikt nigdy nie zdejmie z pani Leokadii.

A ponadto ustępstwo nie uspokoi ojca Norberta Aarona, bo on już poczuł radość triumfu… widzisz synu, co twój ojciec potrafi… i jednocześnie wyczuł krew, tak jak wilki wyczuwają chore zwierzę w stadzie, on wyczuł słabość dyrektora. A krew dyrektora to jest lepsza nawet zdobycz od pani Leokadii. Dlatego teraz zażąda ukarania dyrektora.

Dlatego kuratorium zastosuje równolegle drugą sprawdzoną metodę, musi stwierdzić podczas kontroli jakieś nieprawidłowości i wydać dyrektorowi szkoły dwa zalecenia. Nie za dużo, nie za mało, dwa to będzie w sam raz. Nieważne jakie, nie muszą mieć żadnego logicznego związku ze sprawą. Chodzi po prostu o stworzenie dupochronu dla kuratorium, gdyby afera miała ciąg dalszy, że kuratorium nie było bezczynne.

Samograjem przy tym jest szkolny statut. Wiadomo przecież, że prawo oświatowe w Polsce jest zmieniane w tempie ostrego rozstroju żołądka, nie ma więc takiej szkoły, w której nadążono by z uaktualnieniem wszystkich wpisów do obowiązujących przepisów. Mamy więc pierwsze zalecenie “dostosować statut do obowiązujących przepisów”. Tak samo jest z dokumentacją. I jest drugie zalecenie: “prowadzić dokumentację szkolną zgodnie z obowiązującymi przepisami”. Mamy więc dwa zalecenia, które tak absolutnie nic nie znaczą, jak tylko można to sobie wyobrazić, ale dla ojca Norberta Aarona jest to dowód winy dyrektora szkoły.

Dlaczego więc kuratorium nie wyciągnęło żadnych konsekwencji i nie ukarało dyrektora szkoły. W głowie się przecież nie mieści, że można stwierdzić nieprawidłowości bez wyciągania konsekwencji. Jest wina, powinna być kara jak u Dostojewskiego. Więc ojciec Norberta Aarona pisze skargę na kuratorium do ministerstwa…

“Szanowna Pani Ministro, myślałem, że takie rzeczy mogły się dziać wyłącznie za Czarnka. Byliśmy przekonani, że dzięki Pani Ministry, wszystko będzie całkiem inaczej. Niestety jest dokładnie tak samo. W naszym kuratorium nic się nie zmieniło. My rodzice jesteśmy tym po prostu zdruzgotani. Źli dyrektorzy nadal bezczelnie pełnią swoje stanowiska, pomimo tego, że kontrola wykazała rażące nieprawidłowości. Jeżeli Pani Ministra nam nie pomoże, będziemy musieli się zwrócić o pomoc do mediów…”