W związku ze zmianami w polskim rządzie chciałbym przypomnieć, że założyłem się z AI, iż do końca sierpnia zostanie aresztowany jakiś ważny lider Zjednoczonej Prawicy, na miarę Jarosława Kaczyńskiego, lub nawet sam Jarosław Kaczyński. Celem będzie skonsolidowanie rządzącej obecnie koalicji poprzez spalenie mostów i złamanie zwolenników Zjednoczonej Prawicy. Należy tu dodać, że przedstawiłem swoją opinię po zwycięstwie wyborczym Karola Nawrockiego, gdy w środowisku zwolenników Prawa i Sprawiedliwości zapanowało entuzjastyczne przekonanie, że rządząca koalicja zaraz się rozpadnie.

Przy okazji chciałbym po raz kolejny przypomnieć moją opinię, że w dzisiejszej Polsce nie ma analityków politycznych, gdyż wszyscy przekształcili się w propagandystów i publicystów politycznych. Być może kogoś niesłusznie pominąłem, ale ja nie widzę ani jednego analityka. Różnica między analizą polityczną a publicystyką polega na tym, że analiza ma przewidzieć, co będzie, nawet jeśli nam się to nie podoba, natomiast publicystyka ma się podobać, gdyż jej celem jest zdobywanie lajków i czytelników. Krótko mówiąc: analiza polityczna przewiduje, co będzie, a publicystyka polityczna – co chcielibyśmy, aby było.

Jeżeli więc w naszych analizach politycznych przewidywano rychły upadek Putina, załamanie się gospodarki rosyjskiej pod wpływem sankcji, zwycięstwo Ukrainy, powstanie Międzymorza, Polskę z Ukrainą tworzącą braterską unię, że staniemy się największą europejską potęgą dzięki sojuszowi ze Stanami Zjednoczonymi, które straciły zaufanie do Niemców oraz upadek rządu Tuska po zwycięstwie Karola Nawrockiego – była to typowa publicystyka, czyli przewidywania oparte na chciejstwie. I nie chodzi o to, że to się nie spełniło, ale o to, że już w momencie wypisywania tych bredni one były nierealne. Ale były fajne i można było dostać dużo lajków.

Brak rzetelnej analizy politycznej jest jednym z powodów naszej słabości, gdyż nie jesteśmy przygotowani do stawienia czoła realnym wyzwaniom. Bo przecież wszystko będzie fajnie, tak jak chcemy. Największe pretensje mam do środowiska naukowego, które jest zobowiązane do dokonywania rzetelnej i obiektywnej analizy politycznej. Ja mogę się bawić w tworzenie analiz, ale nie mam wystarczającej wiedzy. Oni mają wiedzę, ale wydaje się, że zamiast tworzenia rzetelnych analiz, wolą udawać internetowych influencerów.

To chyba cecha całej naszej elity, że każdy chciałby być kimś innym, niż jest. Naukowcy chcą być publicystami, a dziennikarze – politykami, dlatego zamiast opisywać rzeczywistość, starają się ją kreować, manipulując ludźmi. Politycy zaś chcieliby być gwiazdami rocka lub przynajmniej kabaretu. Tak jakby nikt nie był na swoim miejscu. Być może tak właśnie jest. To zapewne spuścizna po komunizmie, gdy nagle, znikąd, z kapelusza, wyczarowano nam elity na zasadzie: raz, dwa, trzy – wychodź ty.

No i zobaczcie, coście zrobili z Polską. Od obalenia komunizmu minęło 36 lat. To były dobre lata, być może najlepsze – w tym sensie, że żyliśmy w pokoju i względnym bezpieczeństwie. W naszej historii to się rzadko zdarza. Zamiast wykorzystać ten czas, doprowadziliśmy Polskę na krawędź wojny domowej i do utraty poczucia tożsamości przez młode pokolenie. Nie zdołali dokonać tego zaborcy ani okupanci niemieccy, a my sami to sobie zrobiliśmy.

W ten sposób zmarnowaliśmy czas dłuższy od całej epoki międzywojennej (21 lat). A wtedy, w tym czasie, wychowano w Polsce pokolenie Kolumbów, które bez wahania oddało życie w obronie wolnej Polski. Niech mi nikt nie mówi, że to były inne czasy. To naprawdę słabe tłumaczenie. Porównując tamte czasy do dzisiejszych, dostrzegam tylko jedną zasadniczą różnicę – że my dzisiaj nie mamy liderów na miarę naszych czasów. Tak, wiem – wynika to z tego, że nasze polskie elity zostały wybite przez nazistów i komunistów, a na ich miejsce wszczepiono nam jakąś hołotę. To oczywiste, a jednak elity powinny się zregenerować, jak wszystko, co żyje.

Nie można więc całej odpowiedzialności zrzucić na naszą przeszłość. To my dzisiaj odpowiadamy za to, że młodzi, wykształceni z dużych miast są coraz głupsi. A przy tym ja nie wierzę, że nie mamy w Polsce młodych mądrzejszych. Naszym problemem nie jest więc historia ani defekt genetyczny, lecz wadliwy mechanizm selekcji elit. Stworzyliśmy system, w którym ci mądrzejsi nie mogą się przebić przez tych głupszych.

Myślę, że zaczyna się to już w szkole podstawowej, a może nawet w przedszkolu. Cały system nastawiony jest na tych, którzy stwarzają problemy. Z olbrzymim nakładem sił i środków nauczyciele co roku żmudnie wyciągają najsłabszych uczniów z ocen niedostatecznych na dopuszczające, choć obiektywnie jest to pozbawione sensu, gdyż ich wiedza pozostaje niezmiennie mierna.

Natomiast dla najlepszych system nie ma już czasu, więc ich pomija. Przecież oni poradzą sobie sami. Tak jakby miało dla społeczeństwa znaczenie, czy ktoś jest słaby, czy bardzo słaby, a nie miało znaczenia, czy ktoś jest dobry, czy bardzo dobry. To jakaś odmiana sprawiedliwości społecznej. Jeżeli więc współczesny system edukacyjny nastawiony jest na wspieranie miernot, to jak mają się odrodzić elity zniszczone przez nazistów i komunistów?

Najgorsze, że ten wypaczony mechanizm rozlewa się na całe społeczeństwo. Dlatego uwagę przyciągają głupcy, którzy przyklejają się do autostrady, a zupełnie pomijani są zwyczajni młodzi ludzie, którzy, pomimo zdolności i umiejętności, nie mogą znaleźć pracy, nie mają szans na realizację swoich talentów, nie stać ich na kupno mieszkania i posiadanie dzieci. Ich problemy nie są interesujące i nie przyciągają uwagi. Głupota jest dla nas interesująca, a normalność – nudna.

Z tego wynika oczywisty wniosek, że w Polsce warto być idiotą.