Głupek to nie jest człowiek o niskiej inteligencji, a tym bardziej nie jest to człowiek chory psychicznie. Tak jak ja to rozumiem i używam tego pojęcia, głupek to ktoś, kto bezmyślnie wierzy we wszystko, co mu powiedzą inni. I nie czuje się wówczas odpowiedzialny za swoje myśli, gdyż nie on je wymyślił. Dla mnie więc głupek to coś takiego jak lewak.
Bo lewak to nie jest lewica, ale bardziej coś takiego jak lewicowy głupek.
Człowiek lewicy to rewolucjonista, który chce zmienić nasz świat, aby zbudować go od nowa według lewicowych idei. Podstawą lewicowych idei jest równość socjalna. Dlatego człowiek lewicy jest niebezpieczny dla elit i władzy. W zależności od skali nienawiści do starego porządku – jest też zagrożeniem dla społeczeństwa.
Natomiast lewak chce, aby ludziom było dobrze. On jednak nie jest od myślenia. Dlatego zapytaj lewaka, o co mu chodzi naprawdę, a poplącze się w zeznaniach. Bo on nie działa na podstawie logicznych idei, jak komunista, ale pod wpływem instynktownych emocji. To zwyczajny głupek.
Wydawałoby się więc, że zamiast zwalczać lewaków – należałoby im pomóc. To jednak nie jest łatwe, gdyż oni nie kontaktują się ze światem na poziomie wymiany poglądów. Ukształtowani w zamkniętym nadopiekuńczym ekosystemie – ich ewolucja poszła w drugą stronę. Bo myślenie przestało im być potrzebne do przetrwania. Dlatego reagują zgodnie z wszczepionym im wzorcem zachowania- jak pszczoła miodna.
To działa na zasadzie odruchu trenowanego od etapu wychowania przedszkolnego i utrwalanego podczas kolejnych etapów edukacji. Dlatego tak istotne jest, aby edukacja formalna rozpoczęła się jak najwcześniej. Im wcześniej rozpocznie się trening myślenia poprawnego – tym efekty są lepsze. Dziecko nigdy już nie uwolni się od widoku obrazków płonącej ziemi, które pokazywano mu w przedszkolu, ani nie wyzbędzie się współczucia dla gejów ze szkolnej bajeczki, którzy musieli przed światem ukrywać swą tożsamość.
Wychowywane w ten sposób pokolenia dorosły z zaszczepioną im lewacką wrażliwością. Obecnie są gotowe do działania. Potrzebują tylko sygnału, co mają robić. Bo mają w sobie moralną egzaltację, ale nigdy nie wymagano od nich myślenia. Dlatego nie są groźne dla władzy i elit jak lewica, ale są ich wygodnym narzędziem. To jest największa praktyczna różnica między lewactwem i lewicą.
Dlatego uważam, że lewactwo zostało wymyślone przez władzę polityczną jako dywersja wobec lewicy. Zamiast walki o równość socjalną wskazano mu jako cel walkę o równość obyczajową. To było dużo bezpieczniejsze dla establishmentu. W ten sposób groźbę rewolucji komunistycznej przemieniono w groteskowe happeningi i marsze równości. A na ich czele maszerują polityczni liderzy.
Myślę więc, że projekt wykorzystania lewactwa jako antidotum dla lewicy wymyślono w politycznych think tankach. Ale później to się wymknęło z ich laboratoriów jak wirus covida.
Trudno powiedzieć, kiedy to się stało. Na pewno zastosowano ten projekt do zneutralizowania ruchu alterglobalistycznego po protestach w Genui w 2001 roku. Wtedy, podczas szczytu G8, doszło do starć z policją, ginęli ludzie, policja z faszystowską brutalnością spacyfikowała zbuntowaną młodzież o lewicowych poglądach w szkole Diaz. Dla społeczeństwa zachodniego żyjącego w świecie nadopiekuńczym było to doświadczenie traumatyczne. I nagle po tym wszystkim alterglobalistyczny ruch protestu zgasł. Zastąpiły go lewackie głupki.
Nastąpiło to tak szybko i sprawnie, że ten projekt musiał zostać przygotowany dużo wcześniej – zapewne w okresie zimnej wojny. Dzisiaj trudno nam w to uwierzyć, ale Zachód naprawdę bał się rewolucji społecznej wspieranej przez Związek Radziecki. Być może bał się nawet bardziej niż radzieckich rakiet atomowych.
Dlatego w ośrodkach analitycznych wymyślano zapory przed zagrożeniem rewolucyjnym. Na przykład coś takiego jak państwo opiekuńcze. Dla nas, wychowanych w komunizmie, świat zachodni kojarzył się właśnie z tą wersją kapitalizmu, ale to wcale nie była właściwa droga rozwoju wolnorynkowych społeczeństw. To był projekt, który przez dobrobyt miał odciągnąć ludzi od rewolucji.
Być może więc w zachodnich ośrodkach analitycznych wymyślono też wtedy strategię wspierania bezpiecznego lewactwa w celu osłabienia niebezpiecznej lewicy. Dodatkową zaletą takiego rozwiązania było ośmieszenie idei lewicowych poprzez ich utożsamienie z dewiacją. Po Genui ten projekt mógł zostać wyciągnięty z archiwum…
Udało się znakomicie. Lewactwo przyjęło się aż za dobrze. Może dlatego, że nie miało naturalnych wrogów. Naturalnym wrogiem dziwactwa oraz ruchów podważających tradycyjne normy obyczajowe – powinna być władza polityczna. Ale nie tym razem. Lewactwo było bowiem wspierane przez władzę, aby osłabić lewicę socjalną. W takich warunkach zaczęło się mnożyć jak króliki w Australii. Nie tylko zmarginalizowało alterglobalistów, ale całą lewicę.
Przy tej skali nie dało się jednak lewactwa całkowicie skanalizować. To prawda, że nie groziło swoim protektorom rewolucją, ale wykorzystując mechanizmy demokratyczne, zaczęło ich szantażować możliwością cofnięcia poparcia wyborczego. A dużo ich było. I oto nagle ogon zaczął machać psem. Lewackie idee zaczęły demolować świat zachodni.
Bo władza powinna być strażnikiem stabilizacji oraz przeszkodą dla wszystkich szaleńców pragnących zbudować lepszy świat na gruzach starego. Nie powstrzymałoby to oczywiście zmian obyczajowych, ale następowałyby one powoli i w sposób zrównoważony. Gdy jednak władza sama napędza fanatyków – to nadchodzi czas najazdu Hunów.
Zastanawiam się więc, czy istnieje jakiś pomysł na skuteczną dywersję wobec lewactwa przy pomocy innych głupków?
Zostaw komentarz