Dzień dobry, postanowiłam przyjść. Wiem, umawiałyśmy się na telefon, ale zmieniłam zdanie i jestem.
Jestem, bo pomyślałam, że chcę panią zobaczyć i że kolejnego razu może nie być. Tego oczywiście nie wiem, ale liczę się z tym tym, bo…
Umówimy się na kolejny raz, prawda?
Tak, wiem. Plan i ustalenia były inne. Pani miała być tu, a ja tam. Tam, czyli w swoim domu. Na tamto ” tam”, w zaświatach przyjdzie czas. Czekam na nie, ale nie niecierpliwie, choć może czasem zdarza mi się tak myśleć. Kiedyś częściej o tym „tam” myślałam. Właściwie to nazwijmy sprawę po imieniu. Myślałam o śmierci wiele razy. Były takie okresy, gdy jej nawet wyczekiwałam, próbowałam wymodlić albo uprosić. Dawałam jej znaki, przyzwolenia, ale nie reagowała na moje zaproszenia. Myślałam, że tak bardzo nie chcę żyć, że nie mam siły dalej cierpieć. Ból depresji potrafił unicestwić, ale nie chcial mnie zabić. Depresja była niczym karabin, przeszywała kulami, na wylot. Przez te rany, jak przez sito wyciekała moja radość z życia, siła do istnienia, chęć do zrobienia czegokolwiek. Nie bylam w stanie otworzyć oczu i rozpocząć kolejnego dnia. Powieki opadały ciężko pogrążając mnie w stanie półsnu i półjawy.
Miałam wrażenie, że tonę w swojej niemocy, bezsile, anergii. Byłam jak przekłuty balon, z którego pozostała powłoka dawnej mnie. I pustka, i nic więcej. Tego stanu nie da się dobrze opisać, bo nie wymyślono na nie dobrych słów. Każde z określeń brzmi tak płytko, tak banalnie,. tylko dotyka problemu. Jak nazwać tę bezmoc, gdy zastygają w miejscu wszystkie myśli? Uwaga próbuje zatrzymać się na jakiejś kwestii, ale szybko rozprasza się i znika jak poranna mgła. Jest wszędzie, czyli nigdzie. Słowa innych docierają z opóźnieniem, zniekształcone jak w zabawie w gluchy telefon.
Nie ma zapachów i smaków, które mogą zachęcić do kęsa obiadu. Najlepsze torty wywołują odrazę i wstręt. Po spróbowaniu okazują się być mdłe i wyglądają jak odrażająca lepka masa łoju, cukru i swidrujących w nozdrzach zapachów. Ohydna breja, tym zdaje się najlepsza potrawa.
Ta niemoc jest szczególnie okrutna, bo nawet jeśli pojawi się cień chęci, to znika on jak światło zdmuchnietej świeczki. Znowu zapada ciemność, ten rodzaj zaloobnej czerni po stracie żywotności, bo życia jeszcze nie.
Traciłam poczucie czasu, który wydawał się stać w miejscu. Wskazówki nie przesuwały się na tarczy zegara i ciągle było za późno na wszystko. Nie mialam już marzeń, planów ani oczekiwań. Wszystko było tak nijakie, bezbarwne i niewarte zachodu. Nawet na śmierć przestawałam czekać. Czekałam a właściwie istniałam, ale nie wiem po co. Być może mając siły spróbowałabym zakończyć te cierpienia. Niektórzy tak robią, to nie jest rzadkością, niestety. Choć z drugiej strony nie wiem, czy bym się na to zdobyła. Trzeba mieć odwagę, żeby się unicestwić. Ja jej nigdy nie miałam.
Szpital ratował mi życie, ale moglam to docenić dopiero po jakimś czasie. Gdy świat odzyskiwał barwy, a krew zaczynała na powrót krążyć w całym ciele, powoli rodziła się ulga. Potem pojawiało się światło i z czerni wydobywała się szarość. Na końcu dołączały kolory. I zieleń, która potrafiła natchnąć nadzieją.
Ciężkie nawroty depresji wydawały się nieopisanym nieskończonym cierpieniem pełnym nieokreślonego lęku. Budził nad ranem, dudnił łomotem w sercu, zaciskał brzuch. Osiadał na piersiach i odbierał oddech. Zatykał w gardle, zaciskał zęby. Rozlewał się drżeniem i dyotem po ciele. Chował pod kołdrą i nie dawał przyzwolenia, by wstać. To za każdym razem był nieopisanym koszmar, a przecież wokół wszystko było jak wcześniej i nie miałam powodu przeżywać tego wszystkiego.
Czasami miałam wrażanie, że mnie już nie ma, że znikłam albo stałam się przezroczysta. Samej siebie nie widziałam jakbym stała się duchem, nocną marą. Patrzyłam jak ślepiec, z przestrachem, że nic nie widzę, że wokół już niczego nie ma. Myślałam..ze nie ma juz mnie, że nigdy nie było mnie, nie było nikogo. I niczego.
Ale potem nadchodziły dni, gdy na powrót myślałam, że świat jest tak piękny, że chciałabym go oglądać najdłużej jak się da. Wtedy wracałam do życia, do ludzi, do codziennej bieżączki i wlaczalam w nurt pędzącego swiata. Wtedy znowu byłam sobą, tą radosną, co chce najeść się życia i nadrobić straty.
Chyba za dużo pan gadam i zajmuję czas. Za drzwiami na pewno ktoś już czeka i niecierpliwi się tym czekaniem. Może chce zdążyć do pracy albo ma inne sprawy, a ja tu siedzę tylko i mówię zajmując cenne minuty. Bo czas jest tym, co jest najcenniejsze. Nie pieniądze, auta, dalekie podróże. Czasu się nie kupi, nie sprzeda, ale co ciekawe, można go podarować. Pani też tak uważa, że nie ma piękniejszego prezentu jak ten kawałek czasu, który można przeznaczyć na chwile z drugą osobą? Nie pieniądze, nie jakieś drogie podarunki, biżuteria, ale czas, kiedy jest się razem z tym czy tą?
Och, przepraszam. Znowu gadam za dużo, a pytała Pani, jak się czuję. No więc czuję się całkiem dobrze. Myslę, czuję, chodzę. Nie przeczę, że czuję się jak ktoś, kto ma za dużo lat i chętnie oddałby je komuś innemu. Tyle, że to niemożliwego, wiem, więc jeśli pani pyta, jak jest że mną, to odpowiem, że czuję się dobrze, ale mam mnóstwo „ale”. Godzę się z tym, bo tak jest i to zwyczajna rzecz. Ale.. no wlasnie, to ale..
Chciałabym więcej niż mogę, a mogę niewiele. I coraz mniej. Gdy ma się tyle lat, to czuje się je w kazdym kawałeczku ciała. To tak jakby to życie i to ciało zlewały się w jedno. Gdy czuję ból, myślę sobie, że to kolano, to które rozbiłam na wycieczce do Jastarni w osiemdziesiątym trzecim. Gdy mi strzela w łokciu, myślę o sąsiedzie z pierwszego piętra, który pomógł mi wstać, gdy przewróciłam się przed blokiem w dziewięćdziesiątym pierwszym. Tego sąsiada już nie ma. Głupia sytuacja, ktoś go potrącił na pasach i zabił na miejscu. Szkoda, bo był bardzo miłym człowiekiem o nagle znikł z poniedziałku na wtorek.
Teraz ciągle coś boli, albo przeszkadza. W plucach świszczą mi papierosy, które paliłam czterdzieści lat, ale to były takie czasy, że wszyscy palili. Wie pani, że głupio było nie palić, bo te papierosy, ten dym był wszędzie. Paliło się w domu, w pracy, w pociągu, w kinie i nikt się temu nie dziwił, bo każdy w tym dymie był i nim przenikał.
I znowu gadam, i znowu nie mogę skończyć. Pani to się naslucha! Samotność doskwiera mo mocno. Szukam kogoś do rozmowy, ale chętnych prawie nie ma. Gdy ma się tyle lat, nie ma już prawie nikogo. Myśli pani,że gdzieś na mnie czekają?
Jest dobrze. Nie musi pani martwić się o mnie. Nie wiem, co będzie później, ale o tym nie myślę, bo po co? Zmówię dziś paciorek za zdrowie. Za panią też się pomodlę.
Jeśli się uda, to usłyszymy się za cztery miesiące. Proszę do mnie zadzwonić, bo może nie będę w stanie przyjść. Jeśli będę mogła, to znowu przyjdę, więc do zobaczenia.
Jeśli dożyję, to do widzenia.
4 XII 2024
Napisałam pod wpływem i z myślą o jednej pani. Umówiłyśmy się na koniec marca przyszłego roku.
Obraz sarcifilippo z Pixabay
Zostaw komentarz