Bieszczady mają swoje tajemnice. Jedne ukrywają stare cerkwiska, inne zapomniane cmentarze, jeszcze inne śpią pod korzeniami drzew. Od zarania dziejów w bieszczadzkich lasach rosły potężne buki, jodły i jawory. Kwitły poziomki, dojrzewały borówki, lecz malin nie znał nikt. W jednej z wiosek mieszkała sędziwa szeptucha imieniem Hafija. Mówiono, że znała mowę ptaków, rozumiała szum potoków i potrafiła odczytywać znaki pozostawione przez wiatr na bukowych liściach. Jedni wierzyli, że swoją wiedzę odziedziczyła po przodkach, inni szeptali, że tajemnice powierzyła jej sama puszcza.
Pewnego roku nadeszła susza, jakiej nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy. Potoki wyschły, ziemia popękała od słońca, a zwierzyna schodziła coraz bliżej ludzkich chat w poszukiwaniu wody. Głód zaglądał do domów, a ludzie każdego dnia spoglądali w niebo z nadzieją na choć jedną kroplę deszczu. Hafija patrzyła na cierpienie ludzi, zwierząt i lasu. Wiedziała, że nadszedł czas, by poprosić góry o pomoc. Gdy zapadł zmierzch, wzięła drewnianą laskę, przewiesiła przez ramię płócienną torbę i samotnie ruszyła na najwyższą połoninę. Szła całą noc, aż dotarła do miejsca, gdzie jak głosiły dawne wierzenia spotykały się cztery wiatry świata. Tam uklękła. Poprosiła o życie dla ludzi, zwierząt i lasów .Kiedy wybiła północ, mgła otuliła połoniny srebrnym welonem. Z jej wnętrza wyłoniła się tajemnicza kobieta ubrana w płaszcz utkany z bukowych liści. We włosy miała wplecione paprocie i leśne kwiaty, a w dłoniach trzymała drewnianą misę pełną lśniącej rosy. Powoli rozsypywała krople po leśnych polanach. Tam, gdzie spadały, ziemia poruszała się, jakby budziła się z długiego snu.. Po chwili postać rozpłynęła się we mgle… Potem z nieba spadł długo wyczekiwany, życiodajny deszcz. Wyschnięte potoki ponownie zaczęły szemrać, trawy zazieleniły się. .Kilka tygodni później na leśnych polanach pojawiły się nieznane dotąd krzewy. Wkrótce pokryły się owocami czerwonymi jak zachód słońca nad połoninami. Pachniały lasem, smakowały słodyczą lata i dawały siłę zmęczonym ludziom oraz zwierzętom.To były pierwsze maliny. Hafija nauczyła mieszkańców, by nigdy nie zrywali wszystkich owoców. Mówiła, że część zawsze należy pozostawić ptakom, niedźwiedziom i samemu lasowi, bo tylko wtedy góry pozostaną przyjazne dla ludzi.
Minęły wieki, przez Bieszczady przetaczały się wojny i zawieruchy dziejowe, lecz maliny każdego lata dojrzewały na leśnych polanach.A starzy mieszkańcy jeszcze przed wojną mówili że kiedy o świcie rosa lśni na malinowych liściach, a nad połoninami unosi się delikatna mgła, można czasem dostrzec sylwetkę starej Hafiji. Idzie powoli między krzewami, uśmiecha się i dotyka dłonią gałązek. Tam, gdzie przejdzie, maliny stają się większe, bardziej pachnące i słodsze.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz