Dokładne ustalenie liczby Polaków zamordowanych przez OUN-UPA i formacje z nimi związane w latach 1943–1944 jest niezwykle trudne. Zniszczona dokumentacja, nieustalone losy wielu miejscowości, masowe ucieczki ludności i powojenne przesiedlenia sprawiają, że historycy nadal różnią się w szacunkach.
Rozsądne szacunki dotyczące bezpośrednich polskich ofiar ludobójstwa mieszczą się w szerokim przedziale — od około 80 tysięcy do 200 tysięcy osób, zależnie od przyjętej metodologii i zakresu terytorialnego.
Ale jest jeszcze druga, rzadziej stawiana kwestia:
ILU POLAKÓW ZNALAZŁO SIĘ W ZASIĘGU TEJ AKCJI, ALE PRZEŻYŁO?
I tutaj skala problemu może być naprawdę zatrważająca.
Jeżeli za punkt odniesienia przyjmiemy obszary, które ukraiński ruch nacjonalistyczny uważał za własne „etniczne terytorium ukraińskie”, to przed wojną mieszkała tam ogromna liczba Polaków — według rekonstrukcji opartych na danych spisu z 1931 r. można mówić o rzędzie wielkości około 1,5 miliona osób.
Nie oznacza to oczywiście, że wszystkich tych ludzi zamierzano wymordować ani że każdy z nich znajdował się w bezpośrednim zagrożeniu.
Ale ogromna część tej ludności znalazła się w sytuacji, w której jej bezpieczeństwo zostało zakwestionowane właśnie dlatego, że była polska.
Jedni przeżyli dzięki temu, że uciekli.
Inni schronili się w miastach, garnizonach lub większych skupiskach ludności, gdzie OUN-UPA nie miała możliwości przeprowadzenia takiej czystki jak na izolowanych wsiach.
Innych uratowały polskie samoobrony.
Jeszcze innych — ukraińscy sąsiedzi, którzy ostrzegli ich przed napadem, ukryli ich albo w inny sposób pomogli im przeżyć.
A wielu po prostu miało szczęście.
Dlatego liczba zamordowanych nie mówi nam wszystkiego o skali zagrożenia.
Można zamordować 100 tysięcy ludzi, ale żeby do takiej tragedii doszło, trzeba najpierw postawić znacznie większą zbiorowość przed wyborem: uciekać, ukrywać się, bronić albo zginąć.
I właśnie dlatego warto pamiętać o tych około 1,5 miliona Polaków, którzy w latach wojny mieszkali na terenach, do których ukraińscy nacjonaliści rościli sobie pretensje jako do „odwiecznie ukraińskich ziem etnicznych”.
Większość z nich przeżyła.
Ale nie dlatego, że zagrożenie nie istniało.
Przeżyli dlatego, że ich los potoczył się inaczej.
A wielu dzisiejszych Polaków jest potomkami właśnie tych ludzi — tych, którzy uciekli, ukryli się, obronili, zostali ostrzeżeni przez sąsiada albo znaleźli schronienie w mieście.
Dlatego pamięć o Wołyniu i Galicji Wschodniej nie jest wyłącznie pamięcią o zamordowanych.
To także pamięć o milionach ludzi, których życie zostało na zawsze naznaczone przemocą, wypędzeniem i strachem.
Nie pomniejszajmy liczby ofiar.
Ale nie zawężajmy też całej historii do samej liczby zabitych.
Bo za każdą ofiarą stała znacznie większa społeczność, której również próbowano odebrać prawo do życia na rodzinnej ziemi.
I właśnie dlatego tak ważne jest, by pamiętać — i nie lekceważyć żadnej ideologii, która ponownie zaczyna usprawiedliwiać przemoc, czystki etniczne czy kult sprawców.
Zostaw komentarz