Gdy w zeszłą sobotę po raz pierdyliondwudziestyszósty zdecydowałem się wsiąść za kółko i wyruszyć na Bałkany, zrobiłem to całkowicie bez entuzjazmu. Nie chciało mi się tam jechać, bo co miałem zobaczyć, zobaczyłem, co powąchać – powąchałem, a co zjeść – zjadłem. Na pamięć znam całą tę trasę lepiej niż drogę z drugiego piętra ze śmieciami na podwórko.
Trasa do Macedonii, Grecji i Albanii via Węgry i Serbię to swoisty „dzień świstaka”. Wszystko do bólu powtarzalne, ludzie wciąż ci sami albo podobni. Bałkany zaczynają się na autostradzie z Budapesztu do Segedyna (Szeged jakby ktoś nie wiedział). Na parkingach auta na niemieckich, austriackich lub szwajcarskich blachach. W środku kobiety w chustach i mężczyźni w przykrótkich T-shirtach, z pokaźnymi brzuchami, palący dwa papierosy na raz, bo jeden jest dla słabych. Koniecznie w tych ich tanich laczkach, klapkach, ostatecznie w adidasach. BMW, Volkswagen, w ostateczności inna marka byle droższa. Samochody świecą na słońcu jak psu jajca. I ten ich specyficzny chód będący połączeniem pingwina i podpitego warana.
Jak ktoś psychicznie przemoże całe to ZOO jakie się odprawia na MOP-ach, trafia do piekła jakim jest monumentalne przejście graniczne Röszke-Horgoš, oddzielające ziemie zamieszkane przez Węgrów od ziem zamieszkanych także przez Węgrów ale w taki sposób, żeby to obcokrajowcy czuli ból z tym związany. Że ta granica jest niewłaściwie wyznaczona. I żeby ją przesunąć na południe co najmniej do Ujvideka czyli Nowego Sadu. Na tej granicy czekając po kilka godzin można się ekspresowo zestarzeć. Dlatego wybieram okoliczne małe przejścia, tam są mniejsze kolejki, oraz niemalże nie ma tych wszystkich grubych facetów w laczkach z papierosem w ustach.
Przejazd autostradą przez Serbię od Horgoš do Preؒševa, czyli prawie 600 km sprawia wrażenie równi pochyłej. Jakby się ześlizgiwało w jakąś bliżej nieokreśloną przestrzeń socjokulturową. Zaraz za Belgradem zaniemogłem, potrzebowałem odpoczynku. W bagażniku miałem kilka dyżurnych kocy plus dwie poduszki, więc się wywaliłem na trawie przy jednej ze stacji paliwowych. Tuż obok muzułmańskiej rodziny, która spała na pierzynach pod pierzynami! Wszystko to czyściutkie i białe. Widziałem jak facet to wszystko organizuje począwszy od swojej żony po dzieci. Takiej troskliwości o stado dawno nie widziałem. Jakieś 30 metrów od mojej głowy przejeżdżały autostrada samochody, a ja zmrużywszy oczy wyobrażałem sobie szum morza. Trochę szkoda, że nie zabrałem karimaty dmuchanej, bo mnie kości trochę bolały od tego leżenia. Nie mam już 20 lat ostatecznie.
Gdy tak pospałem sobie z jednym okiem otwartym przez trzy godziny, siadłem ponownie za sterami Szerszenia i dawaj na południe. I wtedy właśnie, w okolicach 2 nad ranem naszły mnie przemyślenia egzystencjalne. Powiedziałem sobie, że to jest już definitywnie ostatni mój wyjazd na Bałkany, albo w ogóle na południe nie licząc Turcji all inclusive w lutym. Bo przecież ja to już wszystko wiem, nic mnie nie zaskoczy, wiem co ludziom mówić i wiem, co mi odpowiedzą. Wszystko jest tak megaprzewidywalne, że tylko wariat decydowałby się na kolejny wyjazd tam.
Na przejściu Preševo-Tabanovce nie było żadnej kolejki. Wszedłem jak w masło. Za przejściem zatankowałem tańszy macedoński LPG. Tankuje się bowiem w Polsce, Potem w Komarnie na Słowacji, następnie na stacji w Paliću w Serbii, dotankowuje się przed Niszem tylko tyle, żeby dojechać do Macedonii, a potem już tylko w Macedonii. A jak się jest w Ochrydzie, to koniecznie trzeba pojechać do Albanii, z pustym bakiem, bo tam mają LPG o 60 groszy na litrze taniej niż w Macedonii. Momentami taniej niż w PL.
Tych kilka dni, które spędziłem w Macedonii uświadomiło mi, że można jednak wiele razy wchodzić do tej samej rzeki. Że wszystko może stać się powtarzalne i przewidywalne. I że człowiek, który w pewnym momencie swojego życia nie powie „dosyć” przywyknąwszy do pewnych schematów i zachowań, celebrując ich powtarzalność, duchowo umiera. Fajnie się po Macedonii, Albanii i Grecji jeździło, były przygody i zaskoczenia, ale mimo wszystko to i tak summa summarum wpisuje się w te same koleiny. One są w gruncie rzeczy wygodne, ale ich minus polega na tym, że uniemożliwiają rozwój.
Wracając z Bałkanów czułem ulgę. Jakbym zrzucił z siebie skórę, która nie jest moja. Specjalnie zjechałem za Nowym Sadem z autostrady w prowincjonalne drogi, żeby upewnić się, że już nie zatęsknię za Bałkanami. Przy jednym z pól zatrzymałem się i ukradłem cztery kolby wysuszonej kukurydzy dla moich świniaków. One uwielbiają nie tyle kolbę, co te liście. I wtedy zawahałem się. Ale przecież Wojwodina to nie Bałkany – zacząłem sobie tłumaczyć. Niemniej w świadomości mojej – niemniej niebałkańska lecz czysto środkowoeuropejska Wojwodina stanowi swoistą „śluzę” wyrównującą ciśnienie między Europą Środkową a Bałkanami.
Mimo wszystko, myślę, że przez długi czas już nie pojadę na południe. Wystarczy już tych doznań. Zwłaszcza jak jeszcze za kilka tygodni przyjdzie mandat za przekroczenie prędkości na autostradzie na Węgrzech. Niedobrze mi się robi jak pomyślę, jak węgierskie służby z premedytacją polują na kierowców ustawiając fotoradary mobilne w miejscach najmniej spodziewanych, a jednocześnie nie mających niemal nic wspólnego z bezpieczeństwem na drodze. Wystarczy przekroczyć prędkość o kilka km i mandat na ponad 400 zł.
Fajnie się było raz jeszcze przejechać na Bałkany, ale na dłuższy czas to już wystarczy. No chyba, że znów niestety zapragnę powrotu do przeszłości, której już nie ma.
Zostaw komentarz