Odkąd nastąpiło takie postkowidowe rozprzężenie wśród pracowników naukowych, z którym nie były sobie w stanie poradzić komisje powoływane przez dziekana i rektora, postanowiono w pokoju 228b zatrudnić pracownika uniwersalnego, którego zadaniem byłoby zastępowanie innych pracowników w ich obowiązkach w sytuacji, w której danego dnia jakiś pracownik odczuwałby niechęć do podjęcia obowiązków zawodowych. Skąd inąd niechęć ta była powszechnie zrozumiała i nawet cieszyła się sympatią.
Pracownik uniwersalny miał umowę na czas określony z pensją minimalną. Siedział w pomieszczeniu nie większym od kabiny WC i przeglądał zawartość smartfona co i rusz wybuchając gromkim śmiechem. Miał niskie czoło i tatuaż na prawym policzku. I takie świdrowate oczy. Inni pracownicy się go bali ale ponieważ bywał przydatny, tolerowano go. W każdym razie żaden z pracowników nie nawiązał z nim nawet najmniejszej znajomości. Gdy pracownik uniwersalny wychodził na pepierosa przed budynek, to wówczas reszta pracowników dogaszała papierosa, nawet jeśli nawet nie zaczęła go palić. Nikt nie chciał mieć z nim nic do czynienia.
Na uczelni mówiono o nim różne rzeczy. Plotki niosły się po korytarzach jak smród z przepalonego piekarnika. W pokoju 227b podobno nawet wyłożono trutkę na niego. Że jak zje, to umrze i nie będzie trzeba w pośpiechu dogaszać papierosów. A nasi pracownicy palą dużo. Nie ma co się dziwić, stresująca praca. Palą nawet ci, którzy normalnie nie palą, dla towarzystwa. Jeden profesor jak zapali to musi wypić. Jednym haustem wypija zawartość piersiówki i ocierając usta rękawem zazwyczaj mówi: ależ to było dobre, teraz mogę wykładać.
Pracownik uniwersalny niby nie był nikomu do niczego potrzebny, jednakże od czasu do czasu proszono go o zastępstwo. Tu robił za brakującego członka do quorum w jakiejś radzie, tam zastępował kogoś na zajęciach dydaktycznych, innym razem udawał dyrektora instytutu przed zagraniczną delegacją. W jego pokoiku zawsze na wieszaku wisiał odświętny garnitur, po ubraniu którego osobom postronnym mogło się wydawać, że nie jest on idiotą, którym był od urodzenia.
Nie był lubiany, choć chyba bardziej obawiano się go z racji jego nietypowego stanowiska pracy. Nikt normalny przecież nie jest uniwersalny! Od czasu do czasu wychodził do ubikacji i wówczas wszyscy śledzili ukradkiem trasą jego przemarszu. Był zazwyczaj ubrany w fioletowy szlafrok ze sztucznej tkaniny oraz klapku Kubota. W każdej jednak chwili, na żądanie władz naszej uczelni był w stanie wdziać garnitur i świeżo wypastowane czarne buty skórzane święcące jak psu jajca w pogodne popołudnie. Był ulubieńcem władz, bo jako jedyny nigdy przeciwko niczemu nie protestował. Przeciwnie, publicznie wychwalał władze.
Uniwersalny pracownik miał nawet jakieś tam publikacje na swoim koncie. Wykorzystując znajomości na innych uczelniach, pośród innych podobnych mu pracowników naukowych, publikował jakieś niedorzeczne treści za 140 punktów. Nikt normalny nie był w stanie tego bełkotu przeczytać ze zrozumieniem. Ale co z tego, jak przy kolejnym kieliszku pożywnej wódeczki gratulował sam sobie sukcesu wydawniczego. Miał bowiem kolegów wysoko postawionych, którzy mieli tzw. dojścia. I dlatego został wybitnym naukowcem, rekordzistą w zbieraniu punktów.
Jak sobie popił danego dnia, bo akurat go nikt do niczego nie potrzebował, przychodził słaniając się ledwo do sekretariatu dziekana. Upewniwszy się, że w danym dniu dziekana nie ma i nie będzie, zasiadał wygodnie na krzesełku domagając się mocnej kawy z ekspresu. Pani Bogdana cierpliwie wysłuchiwała jego opowieści, tłumacząc mu delikatnie, że nie jest nielubiany przez resztę pracowników za to jakim jest, ale za to, jaką funkcję sprawuje. Obiektywnie to było i tak bez znaczenia.
Zostaw komentarz