Gdy Chrystus umierał na krzyżu, jego uczniowie pochowali się jak tchórzliwe szczury, tylko młody Jan pozostał i to raczej nie z heroizmu ale bardziej z bezradności. Jan był taką maskotką wśród starszych wiekiem apostołów. Nie do końca traktowany serio. I to jemu Jezus polecił wziąć swoją Matkę do siebie, choć wiedział, że za kilkadziesiąt godzin będzie z powrotem. Ówczesny Kościół nie stanął na wysokości zadania, część apostołów, może nawet wszyscy byli zawiedzeni tym, że Jezus nie zasiadł na tronie Izraela i nie popędził Rzymian z ich kraju. Ich nadzieje okazały się płytkie, przyziemne – całe to kilkuletnie nauczanie Chrystusa poszło jak krew w piach. Dlaczego na uczniów wybrał sobie takich ćwoków, mogąc powołać w swoje szeregi wybitnych uczonych spośród faryzeuszy lub sadyceuszy? Pewnie nieprzypadkowo.
Kościołowi ostro się w ostatnim czasie obrywa. Na jaw wychodzą kolejne grzechy, i to bardzo poważne, wielu hierarchów. Nie one są jednak dla mnie osobiście gorszące, bo od początku istnienia Kościoła dochodziło do wielu haniebnych nadużyć. Najgorsze jest to milczenie ze strony tych, którzy powinni potępić czyny swoich kolegów w biskupstwie. Ta cisza jest bardzo niepokojąca i złowieszcza. Może nawet jest ona gorsza od tych wszystkich przestępstw, jakich dopuścili się biskupi, zwykli księża czy zakonnicy. Piotr Skarga pisał, że w takich sytuacjach Bóg karze winnych „mieczem pogańskim”. I tak się dzieje teraz. Myślę, że jesteśmy dopiero na początku czegoś, co wielu z nas zwyczajnie przerośnie.
Znam przynajmniej kilka osób, które w ostatnim czasie odeszło od Kościoła. Jasne, można powiedzieć, że odeszli bo nie mieli prawdziwej wiary. Nie ukrywam, że irytują mnie te ultrakatolickie memy pt. Kto odszedł z Kościoła z powodu księdza, nigdy nie przyszedł do niego z powodu Chrystusa. To daleko idące uproszczenie zawierające w sobie potężnych ładunek pychy i wyniosłości. Niepokojące jest to „zwieranie szeregów” i budowanie „oblężonych twierdz” w pełnym pychy przekonaniu, że prawda jest po naszej stronie (w domyśle – i tylko my przetrwamy). Jest taka pokusa, nawet bardzo silna, żeby się wewnętrznie bardziej wzmóc, by wybudować wokół siebie taki mur, którego wrogowie Kościoła nie obalą. To jest fałszywe myślenie. Trzeba raczej zacząć myśleć o tych, którzy z Kościoła odeszli, i zrobić wszystko by do niego powrócili, już jako inni ludzie, z inną świadomością, w wolności, nie w przymusie tradycji i obyczaju.
Co ciekawe, wielu gorliwych katolików i wielu przeciwników Kościoła łączy jednak myśl. Że siłą Kościoła jest liczebność wiernych. Że Kościół upadnie, jak będzie ich bardzo mało, znaczy dochody będą tak niskie, że nie będzie się opłacało utrzymywać tej instytucji (wrogowie Kościoła) lub że Kościół zatryumfuje gromadząc na mszach miliony osób (część katolików). Tymczasem najbardziej wartościowe dla Kościoła są zawsze powroty tych, którzy zawiedli lub zdradzili. Siła Kościoła bierze się z płaczu św. Piotra, wyznającego swoją bezradność i to nie bezpośrednio Chrystusowi, ale wobec zupełnie obcych mu ludzi, którzy nie bardzo wiedzieli, co mają z tym zrobić.
Pozdrawiam wszystkich tych, którzy dziś warczą i złorzeczą na Kościół i liczę na to, że przynajmniej dla części z Was jest to początek głębszej refleksji nad sobą samym.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz