Na Alasce odbyło się spotkanie prezydentów Trumpa i Putina. Ale jest problem, gdyż przed Putinem rozwinięto czerwony dywan. Jak można tak było?

Z tego należy wyciągnąć wniosek, że Trump dał się oszukać, a Putin osiągnął swoje. Dlatego rozmowy pokojowe nie mogą przynieść pozytywnych rezultatów. Bo Rosja szanuje wyłącznie siłę, a Ameryka okazała słabość poprzez czerwony dywan. A wszystko przez to, że Trumpa fascynuje osobowość ruskiego dyktatora. Można to wyczytać z wyrazu jego twarzy i ułożenia nóg oraz rąk podczas rozmowy z Putinem.

I tego typu bzdury wylewają się całymi potokami z naszych mediów. A wszystko przez to, że nałożono na dziennikarzy obowiązek tłumaczenia ludziom świata, ale nie nałożono na nich obowiązku, aby byli mądrzy.

Działają tu bowiem sprzężone mechanizmy. Po pierwsze, w państwie, w którym gospodarka zbudowana jest na niskich zarobkach – w przypadku zawodów wysokopłatnych przestają się liczyć kwalifikacje. Piłkarzem, sędzią, politykiem i dziennikarzem nie zostają więc ci, którzy powinni, ale ci, którzy mogą. Talent i umiejętności schodzą na drugi plan, gdy w grę wchodzą pieniądze. Bo przecież piłkę każdy kopać może. A jeżeli dziennikarz coś chlapnie głupiego – to się wytnie.

To dobrze działa, gdy jest dobrze. W normalnych warunkach nawet najgorszego nieudacznika można wykreować na wybitnego specjalistę. Ale raz na jakiś czas trzeba relacjonować spotkanie Trumpa z Putinem, a wtedy, Houston, mamy problem!

I nie jest to problem indywidualny, ale społeczny, gdyż większość ludzi nie jest w stanie myśleć samodzielnie i potrzebuje, aby ktoś im świat wytłumaczył. Nie wiem, czy to jest defekt umysłu, efekt wychowania, czy po prostu lenistwo, ale tak było zawsze, że za ludzi ktoś musiał myśleć. Inaczej czuliby się jak dziecko zagubione w ciemnym lesie.

Kiedyś za większość myślał pan szlachcic, właściciel wsi i folwarku. To było dla wszystkich bardzo naturalne. Bo pan to pan. Jeżeli pan kazał być patriotą, chłop brał widły i bił Krzyżaków pod Grunwaldem. Miał pewność, że robi dobrze, bo pan kazał.

Później rolę pana zaczął przejmować ksiądz, a następnie dołączyła do niego miejscowa inteligencja – lekarz, aptekarz, nauczyciel. To była trochę inna jakość, gdyż inteligencja bardzo często podważała rolę pana.

Byli to ludzie o dużo szerszych horyzontach od większości, ale mieszkający tuż obok, na tyle blisko, że można ich było dotknąć ręką i zobaczyć na porannym spacerze. Każdy więc wiedział, czy byli pijakami, łajdakami, czy też ludźmi wartościowymi i uczciwymi. Nie ufano im w ciemno i nie mogli z siebie robić przy tym durniów.

Ale później ich wymordowano. I jeszcze odarto z autorytetu i zgnojono. W młodzieży szkolnej wzbudzono przekonanie, że nauczyciele źle ich uczyli i łamali im charaktery, w pacjentach – że lekarze źle ich leczyli i pracowali wyłącznie za łapówki, a w wiernych – że wiara jest wielkim oszustwem, a duchowieństwo żeruje na ludzkiej naiwności.

Bo lokalna inteligencja była solą w oku każdej władzy. Stanowiła bowiem intelektualne przedmurze, broniące społeczeństwo przed omnipotencją państwa. Władza nie mogła bezpośrednio mieszać w głowach ludziom, gdyż musiała najpierw do swych racji przekonać księdza, nauczyciela i aptekarza.

Nie mówię, że to byli ludzie najmądrzejsi. Gdyby byli mądrzy – siedzieliby w Warszawie i służyli władzy za duże pieniądze. Niemniej pełnili ważną funkcję społeczną. Byli dla społeczeństwa jak warstwa ozonowa, chroniąca Ziemię przed promieniowaniem kosmicznym.

Dlatego każda władza traktowała ich jako najgorszego wroga. Bo każde państwo, niezależnie od ustroju, chce być wszechmocne. W tym celu chce decydować, co ludzie mają myśleć. Gdy więc nastał nazizm oraz komunizm i zerwane zostały wszelkie hamulce, inteligencję lokalną po prostu eksterminowano.

To było jak bolesne zdarcie ze społeczeństwa warstwy ochronnej. Społeczeństwo miało być całkiem bezbronne wobec rządowej propagandy głoszonej za pośrednictwem dziennikarzy. Po upadku komunizmu nic się nie zmieniło, gdyż nie podjęto żadnych starań, aby odbudować społeczeństwo. Dlatego dziennikarze są obecnie jedynym autorytetem dla społeczeństwa. Tyle tylko, że teraz dziennikarze wyrwali się spod kontroli państwa i działają we własnym interesie.

Media przejęły więc całkowicie dawną rolę elit lokalnych. Tłumaczą ludziom, jak mają zrozumieć świat. Problem polega jednak na tym, że ksiądz, nauczyciel i aptekarz byli ludziom znani, bo byli miejscowi, natomiast dziennikarze są anonimowi. Oznacza to, że dziennikarzem może zostać każdy, niezależnie od tego, co ma do powiedzenia. A sam fakt pracy w mediach nie czyni nikogo mądrzejszym.

Dlatego czerwony dywan rozwinięty przed Putinem stał się sposobem oceny światowej polityki. I to jest już nasza prawdziwa narodowa tragedia.