Vytek Galosh – jeden z moich absolutnie ulubionych korespondentów na FB (fantastyczny balans kultury, taktu, humanizmu i zdrowego dystansu do agresywnej postępowości, z zachowaniem ciekawości świata i braku dogmatyzmu) poprosił mnie o opinię w kwestii następującej:

„Polska stanie się pierwszym poza USA, użytkownikiem przeciwpancernej amunicji podkalibrowej z rdzeniem wykonanym ze stopu zubożonego uranu rodziny M829. Co istotne, są to nie tylko nadal bardzo nowoczesne M829A2 czy M829A3 ale nawet najnowocześniejsze M829A4 i to w ilości łącznie 112.000 szt.!”

No i oczywiście – wiadomość ta „zasiała” zaniepokojenie!

Od czasów I Wojny w Zatoce media starają się na różne sposoby podtrzymywać antyatomowe fobie, co oznacza, że wszystko, co wiąże się z tą tematyką musi być jakoś szczególnie niebezpieczne, a wszelkie usiłowania zapewnienia opinii publicznej, że zdecydowanie przecenia niebezpieczeństwa związane z technologiami jądrowymi, kończą się co najwyżej konkluzją, że „trzeba dalej badać”. W domyśle – tak długo, aż wreszcie ukryte licho zostanie odkryte i da wystarczający asumpt do tego, aby technologii tych na dobre zakazać.

No dobra – ale przecież były niepokojące doniesienia z Iraku i Afganistanu, gdzie stosowano amunicję artyleryjską tego typu! Były doniesienia o „syndromie Wojny w Zatoce”!

No były – to prawda. Amerykańska Akademia Nauk wykonała szczegółowe badania i stwierdziła, że faktycznie – weterani wojen w Iraku i Afganistanie skarżą się na pewien zespół dolegliwości, który nie był dotąd tak licznie zgłaszany w przypadku żołnierzy walczących w innych konfliktach. Wśród objawów były charakterystyczne: chroniczne zmęczenie, podwyższone wystąpienia stwardnienia rozsianego, częste bóle głowy i kłopoty z pamięcią, różne problemy neurologiczne, zwiększone występowanie ciężkich chorób nowotworowych, bóle mięśniowe i szkieletowe, problemy związane z układem oddechowym i problemy skórne.

Wśród możliwych czynników brano pod uwagę:

– różnice genetyczne i adaptacyjne między populacją rdzennej ludności a żołnierzami z USA i krajów Europejskich,

– narażenie na działanie broni chemicznej w rodzaju sarinu lub cyklosarinu.

– nieoczekiwane opóźnione działanie pirydostygminy, czyli lekarstwa, które żołnierze ci otrzymywali prewencyjnie, aby wzmocnić ich odporność na ewentualny atak chemiczny takimi substancjami jak sarin,

– późne skutki długotrwałej ekspozycji na zawieszone w powietrzu dymy i opary związane z pożarami szybów naftowych,

– narażenie na fosfoorganiczne pestycydy i insektycydy podczas wkraczania wojsk na tereny wcześniej poddane opryskom,

– nieoczekiwane reakcje immunologiczne na szczepionki przeciw wąglikowi i innym rodzajom broni biologicznej, które otrzymywali żołnierze walczący w Iraku,

– działanie czynników wydzielanych przez nagrzewnice stosowane do ogrzewania namiotów wojskowych,

– działanie pyłów związanych z burzami piaskowymi,

– ogólne narażenie na stress wojenny,

– i wreszcie, działanie pyłów powstających podczas eksplozji amunicji z rdzeniami uranowymi.

Ostatecznie, tzw. „Chorobę z Zatoki Perskiej” zdefiniowano jako stan chronicznego zapalenia niskiej intensywności, często obejmującego układ nerwowy człowieka.

Poniżej przedstawiam (za Wikipedią), w jaki sposób oceniono możliwy wkład tych czynników na wczesnym i późnym etapie analizy,

Jak widać – ze wszystkich czynników wpływ pozostałości po wybuchach amunicji ze zubożonym uranem oszacowano najniżej.

Oczywiście – różne organizacje pozwoliły sobie nie uznać tych wyników za przekonujące i do dziś mamy tu do czynienia z tzw. kontrowersją. Mówiąc wprost – wśród sceptyków pokutuje pogląd, że mamy tu do czynienia z manipulacją rządu Stanów Zjednoczonych, który wpłynął na badaczy tak, aby uniknąć ewentualnych odszkodowań związanych ze szkodliwym działaniem amunicji uranowej.

Od czasu Wojny w Zatoce sprawa stosowania rdzeniu ze zubożonego uranu wielokrotnie trafiała pod obrady różnych komisji ONZ a najnowsza rezolucja Organizacji Narodów Zjednoczonych w tej sprawie z 2018 r. dość ostrożnie zaleca, aby państwa-członkowie tej organizacji „czyniły co możliwe, aby ogłosić moratorium na stosowanie tego typu amunicji”.

Oczywiście – zalecenie to zostało podjęte przez Unię Europejską, która już w 2008 r. jednostronnie zakazała produkcji i stosowania takiej broni na swoim terenie.

MÓJ KOMENTARZ

1) Dlaczego w ogóle amunicja z rdzeniem uranowym?

Kluczowym parametrem decydującym o przydatności amunicji artyleryjskiej na polu walki jest przebijalność pancerza. Pomimo postępu w tym zakresie, amunicja z rdzeniem uranowym wykazuje szereg unikalnych właściwości, które decydują o jej wielkiej użyteczności na polu walki. Konkurencyjne rodzaje amunicji o zbliżonych właściwościach (wykorzystujące rdzenie wolframowe) nie dość, że z ledwością nawiązują do zdolności penetracyjnych amunicji uranowej, to są drogie i trudne w produkcji. Przyczyną przewagi uranu jest jego piroforyczność.

W warunkach kolizji penetratora z pancerzem rdzeń uranowy ulega samozapłonowi, tworząc w miejscu kontaktu strefę gwałtownego spalania o właściwościach płonącego magnezu czy termitu, co dokłada się do ciepła wyzwalanego w wyniku deformacji materiału pancerza i rdzenia podczas kolizji. Jak dotąd, nie udało się tu wymyślić nic lepszego pomimo całej mnogości wojskowych rozwiązań technicznych w tym zakresie. Inne rodzaje amunicji albo są mniej skuteczne, albo bardziej zawodne, albo są bardzo trudne w produkcji.

2) Co myślę o ryzyku związanym ze stosowaniem tego typu amunicji?

Uważam, że zubożony uran nie stanowi istotnego zagrożenia radiologicznego. Piszę to jako były (bo nie przedłużałem certyfikacji) inspektor ochrony radiologicznej. Szczegółowe badania wykazały, że wzrost promieniotwórczości terenu spowodowany użyciem amunicji z rdzeniem ze zubożonego uranu w takich miejscach jak Irak, Afganistan czy Kosowo wynosił nie więcej niż jedynie 1% naturalnego promieniowania tła.

Jego promieniotwórczość jest pomijalna wobec zagrożenia, jakie uran stanowi jako metal ciężki. A uran jest metalem ciężkim, podobnie jak np. ołów, cynk, cyna czy kadm. Jako taki, stanowi pewne obciążenie dla środowiska. Szukając jakichś porównań, można powiedzieć, że zubożony uran jest podobnym obciążeniem dla środowiska jak ołowiana amunicja strzelecka.

Co roku w Europie w efekcie strzelectwa sportowego i polowań jest rozpraszane w środowisku ok. 44 tys. ton ołowiu. Dla porównania, pojedynczy rdzeń uranowy amunicji artyleryjskiej waży ok. 300 g. Oznacza to, że cały zapas amunicji uranowej zakupiony obecnie przez Polskę odpowiada mniejszej ilości metali ciężkich niż to, co związane jest ze strzelectwem w Europie. Nie mówię tu, że jest to bez znaczenia! W Unii Europejskiej od pewnego czasu dąży się do redukcji tego obciążenia. Piszę to jednak, abyście znali miarę.

Co więcej – toksyczność związku uranu wydaje się mniejsza niż toksyczność związków ołowiu czy cyny. Wynika to z tego, że rozpuszczalne w wodzie są właściwie wyłącznie związki uranu na +6 stopniu utlenienia, które są zbyt reaktywne, żeby wystarczająco „głęboko” przeniknąć w mechanizm komórkowej enzymatyki.

KONKLUZJA

Nie ma obecnie, moim zdaniem, racjonalnych argumentów przeciw stosowaniu amunicji z rdzeniem ze zubożonego uranu na polu walki. Wojna stanowi tu per se zdecydowanie większe wyzwanie – także dla środowiska, co możemy dziś z przykrością obserwować na Ukrainie.

Nie ma powodów, dla których należałoby się wyzbywać skutecznej amunicji uranowej, kiedy podczas wojny mamy do czynienia z dużo poważniejszymi zagrożeniami. Wydaje się, że argumenty przeciwników amunicji uranowej są wydumane, zwłaszcza w przypadku wojny obronnej i wynikają nie tyle z racjonalnej estymacji, ile ze szczególnego systemu wartości, który przedkłada ortodoksyjnie rozumiane „dobro planety” ponad wszelkie sprawy ludzkie.

Jedynie w takiej optyce skuteczna obrona przed militarnym atakiem wroga może być interpretowana jako „motywowane nacjonalistycznym partykularyzmem zatruwanie środowiska”.

Stanowczo sprzeciwiam się takiej postawie i uważam ją nie tyle za naiwną, ile za skrajnie szkodliwą i po prostu paskudną.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.