Jeszcze raz o małych rzeczach czyli o pięknych rzeczach w książkach i niewykonanej biopsji u pewnego pensjonariusza Zakładu Karnego.

Piękne zdarza mi się wyczytać rzeczy w książkach. Na przykład to, co twierdził Piotr Kropotkin, rosyjski naturalista i anarchista. Na początku XX w. pojawił się jego zbiór esejów „Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju” (wydany w 1902 r.).

Pisał tam Kropotkin, że prawem, które umożliwia rozwój wszelkich społeczeństw wcale nie jest darwinowska walka gatunków o przetrwanie, ale pomoc wzajemna, która jest jakąś immamentną dążnością ludzkości i tkwi w nas tak głęboko, że przetrwała pomimo wojen i innych kataklizmów historii.

Z kolei Emmanuel Levinas, chrześcijański filozof francuski podkreśla jak ważne jest to, byśmy starali się dostrzec w człowieku jego twarz, a nie maskę, w której występuje on w stosunkach społecznych.

Levinas zachęca nasz do tego, byśmy kształtowali kulturę dialogu „z innym”. Rozwija tę myśl w jakiś sposób ks. Józef Tischner, który zachęca nas do tego, byśmy umieli mówić nie tylko , „z pewnością masz trochę racji”, ale również „z pewnością ja nie całkiem mam rację” (J. Tischner: Etyka solidarności oraz Homo sovieticus, wyd. ZNAK 1992 r.).

Te wszystkie wyżej wymienione myśli prezentuje praca zbiorowa pt. „Pomoc społeczna. Idea – rozwój – instytucje, wydana przez PWN w 2022 r. Znalazłem tam taki fragment, który skłonił mnie do napisania niniejszego postu – kontynuacji wpisu „O małych rzeczach”, na który, jak widziałem, było sporo reakcji i pochlebnych uwag pod moim adresem, z którymi jakoś nie za bardzo potrafię sobie poradzić, więc w tym miejscu chciałbym wszystkim zbiorowo za nie podziękować.

Przechodząc do rzeczonego fragmentu (str. 30) to brzmi on tak:

„Podjęcie dialogu jest wznoszeniem się jakby ponad siebie, dążeniem ku wspólnocie jednego i tego samego punktu w widzeniu na sprawy i rzeczy, jest metakompetencją umożliwiającą nie tylko realizację wartości, jaką jest współpraca, ale również nawiązywanie dobrych relacji pomocowych, czyli takich, które szanują wolność osoby, są równocześnie wyrazem odpowiedzialności za jednostki, grupy i środowiska lokalne, wymagające społecznej troski.

Niejednokrotnie słabnie społeczna nadzieja, że podejście dialogiczne do życia posiada moc sprawczą, aby chronić wspólnotę wartości – chociażby tych, na których ufundowana jest pomoc społeczna: godności osoby ludzkiej i powiązaną z nią wolność do samostanowienia, równość, wykluczającą jakiekolwiek formy dyskryminacji człowieka, sprawiedliwości oraz solidarności.

Dialog traci swój uniwersalny charakter, kiedy może być praktykowany, ale „nie zawsze” i „nie z każdym człowiekiem” oraz gdy wymaga określenia czytelnych granic, które jednych włączają, a innych wykluczają.

Wtedy dialog staje się karykaturą, ustępuje miejsca organizacji życia społecznego, której synonimem nie jest już otwarta, inkluzywna wspólnota, ale zbiorowość dychotomiczna, spolaryzowana, podzielona na swoich i obcych, i obywateli „motłoch” pozbawiony na różne sposoby godności i praw.

Podział ten chwilowo łagodzi anomię społeczną – wykluczając odmiennych, złych, niegodziwych, daje iluzoryczne poczucie przynależenia do moralnej i spójnej całości. Równocześnie jednak upośledza on instynkt pomocy wzajemnej, który jest nie tylko podstawą, ale i gwarantem trwania i hominizacji ludzkich wspólnot.”

I teraz do rzeczy (mam nadzieję, że większość czytających przebrnęła do tego momentu).

Pan Zbigniew Ziobro, Prokurator Generalny i Minister Sprawiedliwości w jednej prostej wypowiedzi uzasadniającej zmiany w prawie karnym wykonawczym stwierdził, że „więzienie to nie sanatorium”. Na pewno wielu twardo usposobionych, prawych obywateli przyjęło tę deklarację dialogu ale „nie zawsze” i „nie z każdym człowiekiem” z aprobatą. Wielu się podoba takie „określenie czytelnych granic, które jednych włączają, a innych wykluczają.”

Nie pytał jednak Pan Ziobro tych, którzy świadczą pomoc dla tych, których Pan Ziobro od razu wyklucza od stołu, przy którym toczy się dialog. Jeśli zaś spytał, to pewnie tylko „pro forma” – nie wziął ich zdania pod uwagę. Pan Prezydent również skwapliwie skorzystał z okazji aby zabawić się w demiurga kształtującego w obrany przez siebie sposób ten fragment życia społecznego i ustawy nie zawetował. Poprawiły się zapewne notowania w elektoracie, kiedy ci dwaj politycy pokazali więziennemu „motłochowi” gdzie jego miejsce.

Wykluczając odmiennych, złych, niegodziwych, dali obaj Panowie „iluzoryczne poczucie przynależenia do moralnej i spójnej całości”.

Czy jednak ktokolwiek zastanowił się jakie mogą być skutki takiej polityki karnej? Rozumiem, że więzienie to nie sanatorium, ale Ministrowi Sprawiedliwości przystoi takim upraszczającym bon motem zaklinać rzeczywistość?

W więzieniu w powiatowym mieście B. przebywa człowiek. Kiedyś, w młodości, miał życie ciekawe i bujne, o czym świadczy łączny wymiar kar, jakie ma do odbycia w ilości 21 lat. Dzisiaj jest to już trochę inny człowiek – żywy dowód na to, że jakaś resocjalizacja jednak działa. Wypuszczony na roczną przerwę w karze sprawował się bez zarzutu i wrócił do więzienia w terminie mimo tego, że wiedział, że zostawia umierającą matkę, która rzeczywiście jakiś czas po stawieniu się przez niego do Zakładu Karnego umarła. U człowieka tego zdiagnozowano czerniaka złośliwego. Nie jestem lekarzem, nie wiem ile się z taką diagnozą żyje i czy można to wyleczyć. Ważne jednak to, że w związku ze stwierdzeniem choroby wożą go po szpitalach i prowadzą mu diagnostykę. Pacjent jednak bardzo szybko traci na wadze i zaczął mieć problemy z poruszaniem się.

Ostatnio lekarz, który go badał, zlecił natychmiastową biopsję. Gabinet do robienia biopsji znajdował się na parterze, gabinet lekarza na pierwszym piętrze. Strażnicy odmówili jednak stawienia się w gabinecie, gdzie tę biopsję się robi. Dlaczego? – bo na biopsję nie mieli rozkazu. Nie pomogły tłumaczenia, że jest to zabieg konieczny, być może zdecyduje on o tym, że ten pacjent będzie żył lub nie, że przecież strażnicy przywieźli jeszcze wielu innych więźniów i będą i tak oczekiwać na zakończenie badań co najmniej przez 2, może 3 godziny, a zabieg biopsji trwa maksymalnie około 20 minut.

Nie mieli rozkazu. Wprowadzili osadzonego do więźniarki, palili papierosy, czekali na pozostałych. Nikt nie wpadł na to, żeby może gdzieś zadzwonić.

Człowiek ten potem dzwonił do mnie cały zrozpaczony. Na następną wizytę u lekarza nie ma szans przed 19 stycznia 2023, kiedy będą rozpoznawać jego wniosek o udzielenie zgody na kolejną przerwę w karze. Nie mam żadnego realnego środka oddziaływania. Mogę tylko pismo napisać, z którego, w tak krótkim terminie i tak niewiele wyniknie.

Czy zamykając człowieka w więzieniu przestajemy być za niego odpowiedzialni, albo odpowiedzialni w mniejszym stopniu? A może on po prostu jest naszej pomocy niegodzien? Może zapiszmy to w ustawie?

Pan Ziobro i Pan Duda nie mogą zauważyć takich przypadków, nawet gdyby chcieli. Nie można wymagać od Prezydenta, czy Ministra Sprawiedliwości, żeby mieli wiedzę o takich szczegółach. Jednak tani populizm, jaki zaserwowali, może się skończyć tragicznie. Nie tylko w tym przypadku. Ale czy nie łatwiej jest rzucać ludowi „ochłapy” z pańskiego stołu sprawiedliwości – niech wie, że przynależy do „moralnej i spójnej całości”. Trudniej jest szkolić personel. Trudniej jest zainwestować w dobór odpowiednich kadr.

Ale po co trudniej, jak można łatwiej?