– Siemionie Semieniewiczu, policzcie jeszcze raz te schody tam i z powrotem – powiedziałem.

– Ale po co, przecież pod górę jest 235, a z góry tylko 229, tylko sześciu schodów brakuje. Nie ma się co czepiać.

– Ależ w tych sześciu znikniętych przy schodzeniu schodach może kryć się odpowiedź na nasze rozterki egzystencjalne, nieprawdaż?

– Możliwe, powiedział od niechcenia mój asystent parząc kawę zbożową.

– Schody nie znikają bez powodu – powiedziałem – musimy oswoić się z myślą, że one żyją swoim życiem, tak jak my do niedawna żyliśmy swoim.

– Czy to znaczy, że schody ewoluują, stają się inne i jest ich mniej lub więcej, w zależności od sytuacji? – zapytał asystent.

– Tak, owszem, schody to życie, życie to schody. Nie znam nikogo, kto by w swoim życiu nigdy nie schodził lub nie wschodził. Wszyscy bez wyjątku mierzymy się ze schodami.

– Ale dlaczego są one takie wydeptane? – zapytał mój asystent.

– Ano dlatego, że wcześniej żyjący podjęli słuszną decyzję dreptania na podwórze i z powrotem. Tym sposobem demonstrowali oni przywiązanie do CK Monarchii, które ta po 1918 miała głęboko gdzieś, gdyż już nie istniała.