Dawno, dawno temu kiedy nie było internetu, a telewizja (biało-czarna) była rzadkością, po świętym Janie zaczynały się wakacje. Było to pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy miałem kilkanaście lat i mieszkałem w Wyrzysku. W poniemieckim domu, na poddaszu.
Wokół szeregu domów przy ulicy Kościuszki, od tyłu i między nimi, były jeszcze małe ogródki, w których mieszkańcy uprawiali warzywa. Rosły kwiaty, krzewy porzeczki, agrestu. Drzewa wiśni i czereśni. W klatkach przy szopach niektórzy trzymali króliki. A nawet kury. Było to niby miasto, a w zasadzie duża wioska, w której jak położyłeś się na rynku, nogi trzymałeś w ziemniakach. Dzieciaki ze wszystkich domów chodziły do sąsiedzkich ogródków „na pachtę” czyli podkradały niedojrzały jeszcze agrest, po którym bolały ich brzuchy, a pod każdym krzakiem pozostawiały ślady nieco przyspieszonego trawienia bo nie były w stanie dobiec z potrzebą do domu. Ich właściciele o tym wiedzieli, ale te najazdy dziecięcych hord wkalkulowywali w ryzyko utrzymywania ogródków.
Na ogół ich rodzice nie mieli zbyt wiele pieniędzy więc wakacje spędzały w domu i musiały sobie same jakoś zorganizować czas. Ja z siostrą wyjeżdżałem na dwa tygodnie z rodzicami nad Bałtyk, głównie do Jarosławca, do ośrodka Funduszu Wczasów Państwowych. No, ale zostawało jeszcze, do września pięć tygodni i trzeba było się zdrowo nagłówkować jak tu spędzić każdy, wakacyjny dzień.
Co zatem robiliśmy?
Jedną z opcji była gra „w podchody”. Polegała ona na tym, że dzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna miała szukać, druga się ukrywać. Ta która się ukrywała zostawiała na ziemi wskazówki dla poszukiwaczy. Na ogół strzałki malowane na ziemi. Za kryjówki służyły: szopy, piwnice, śmietniki.
Inną, gra w piłkę nożną na „niemieckiej górze”, na której przez długi czas stał poniemiecki, protestancki kościół. Aż go kiedyś zburzono. Za boisko służyła nam polana pomiędzy starymi kasztanowcami. Zaś zasady były nietypowe. Za „bramki” czyli gole uznawaliśmy rzuty rożne. Bodaj na jednego gola wchodziło pięć rożnych.
Spragnieni, po meczu, chodziliśmy do kiosku, przy dworcu PKS, na oranżadę produkowaną w dawnym browarze. Miała smak landrynek o smaku wiśniowym, cytrynowym, a nawet truskawkowym. Jeśli starczyło kieszonkowego kupowaliśmy jeszcze tzw. szneki z glansem. Były to drożdżówki z lukrem na wierzchu. Czasami z makiem, rabarbarem lub innymi, sezonowymi owocami. Niekiedy lukier zastępowała kruszonka, którą wydłubywaliśmy brudnymi palcami. Szczęśliwi, że nikt nad nami nie stoi i nie powtarza do znudzenia – „umyj ręce, umyj ręce”. Jak one smakowały, zwłaszcza kiedy były jeszcze ciepłe.
Poza tym, całą bandą, chodziliśmy się kąpać w Łobżonce, na tzw. łące Kuicha. Za dawną kuźnią. Gromadą dzieciaków opiekował się zawsze ktoś starszy. Niekoniecznie rodzic. Najczęściej czyjś starszy brat. Oczywiście kąpaliśmy się na golasa bo choć Łobżonka w tym miejscu jest płytka miała bystry nurt i woda mogła nam porwać gacie. Po kąpieli wylegiwaliśmy się na łące. Musieliśmy jednak uważać na krowie „placki” bo pasące się na niej krowy, jakby na złość, robiły je właśnie na brzegu. Tam gdzie plażowaliśmy. By nie zgłodnieć zabieraliśmy z domu „sznytki” czyli dwie, złożone kromki chleba przełożone serem lub posmarowane smalcem ze skwarkami. Do tego pomidory z działki. Pachnące słońcem i słodkie jak miód. Do picia, woda z kwaskiem cytrynowym lub jakimś, domowej roboty, sokiem. Mogliśmy tak bawić się nad rzeką cały dzień, aż cienie nadbrzeżnych olch kłady się na wodzie. Znak, że trzeba wracać do domu.
Czy było wtedy fajniej jak dziś?
Odpowiem tak, było inaczej. Nikt z rodziców nie sterczał nad nami bez przerwy, Mieliśmy dużo swobody i wolności bo i świat był znacznie bezpieczniejszy. Nie mieliśmy smartfonów bo wtedy ich po prostu nie było więc musieliśmy używać wyobraźni, pomysłowości by się nie nudzić. Za zabawki służyły nam kije z leszczyny do zabawy w rycerzy i zbójców, albo kij i gumowa piłka, do gry w palanta. No i jeszcze jedno, byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi. Całe życie stało przed nami otworem.
Dziś, na zdjęciu, próbuję przywrócić tamten czas. Czas beztroski i radości.
Autor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz