Związana z PiS wiceszefowa polskiego przedstawicielstwa przy Radzie Europy i jednocześnie była współpracowniczka Piotra Glińskiego Magdalena Marcinkowska nie zaalarmowała polskich władz, że Marcin Romanowski, który został zatrzymany w sprawie Funduszu Sprawiedliwości, posiada immunitet z racji zasiadania w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy.
„Nie będę tolerował w dyplomacji osób dla których partia jest ważniejsza od państwa.”
zareagował Minister Sikorski na X.
W odpowiedzi na to prof. Jacek Izydorczyk, były ambasador RP w Japonii, obecnie raczej nie przepadający za PiS, zamieścił zdjęcie Jacka Czaputowicza z Magdaleną Marcinkowską opublikowane przez MSZ na Twitterze z momentu wręczania nominacji Pani Marcinkowskiej i skomentował:
„Kadry Andrzeja Papierza.
Czaputowicz to był jego podwykonawca.”
No właśnie tu jest klucz. Andrzej Papierz, w okresie, kiedy był Dyrektorem Generalnym MSZ obsadzał swoimi ludźmi to, co mógł obsadzić. Wielu z jego „drużyny” pojechało w tamtym czasie na ambasadorów i konsulów.
Sikorski zastał taki MSZ i … nie zrobił wystarczająco dużo, żeby ten stan zmienić. Karygodne zaniechanie, zwłaszcza, że w pamięci Ministra Spraw Zagranicznych powinna być sytuacja, kiedy to Donald Tusk zostawił w CBA Mariusza Kamińskiego. Nic dobrego z tego nie wyszło, bo i nie mogło.
Przyszła ekipa Platformy i prawdopodobnie liczyła, wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej, że łagodny sposób zmieniania zastanych układów przyniesie więcej dobrego niż złego. Stało się dokładnie odwrotnie.
Każde zwolnienia pisowców odbywa się przy dźwiękach wycia tychże i ich mediów. Obecny układ rządzący nie krzyczy jednak: słychać wycie, znakomicie!, tylko „szuka rozwiązań prawnych” (jak to mówił Bodnar).
Pisowscy dyplomaci odwoływani są z placówek powoli, nawet sam Andrzej Papierz do dzisiaj jest jeszcze ambasadorem w Czarnogórze.
W sprawie obsady placówek dyplomatycznych rząd nie idzie na pełną konfrontację z prezydentem w obawie o rewanż przy nominacjach unijnych – pisał niedawno „Dziennik Gazeta Prawna”
„Nie są to pisma konfrontacyjne. Zakreślony jest w nich okres do końca roku na zakończenie misji” – pisał Dziennik.
Z kolei „prawicowe” media płakały w rękach nad odwoływanymi ambasadorami i wskazywały m.in, że mają oni np. dzieci w szkole, którym się przez to przerywa naukę.
Pytanie – czy tak samo zachowywałby się PiS?
Żeby uzmysłowić z kim mamy do czynienia opowiem pewne zdarzenie z życia pewnej dyplomatki, którą w styczniu 2020 roku odwołano z pewnej placówki zagranicznej i dano jej na zjechanie do kraju… 3 dni. Sporą część opowiadania będzie o jej mężu. Niestety.
Owa dyplomatka w 2015 roku została przyjęta na aplikację dyplomatyczną w MSZ. Nie wszyscy sobie zdają sprawę, że dostać się na taką aplikację nie jest prosto, przyjmują z reguły kilkanaście osób rocznie. Kandydatów jest sporo, a egzaminy trudne.
Po tych egzaminach PIS wygrało wybory. Ale nie anulowali egzaminów i od 1 lutego 2016 r. zaczęła się aplikacja dyplomatyczna. Szkolenie trwało rok i zakończyło się egzaminem na stopień dyplomatyczny w lutym 2017 r.
Pech chciał, że owa dyplomatka zdała najlepiej ten egzamin i akurat Jacek Czaputowicz został (po odejściu z KSAP) szefem akademii dyplomatycznej w MSZ i miał plan na reformę systemu naboru i nauczania aplikantów w imię interesów pewnej partii. Zażyczył sobie, żeby mu dać najlepszego aplikanta. I tym sposobem została asystentką JCZ.
Po niejakim czasie JCZ. został ministrem a dyplomatka wyjechała na placówkę w Moskwie.
Miała tam jechać na 2 lata.
Mając 3 małych dzieci próbowała jeszcze będąc w centrali załatwić dla męża, z zawodu adwokata, stanowisko konsula w Moskwie.
W kadrach ją oczywiście zbyli mówiąc, że jest za krótko w MSZ i dopiero co zdała egzamin.
Mogła to załatwić przez Czaputowicza ale nie chciałam nawet pytać, bo nie chciała być politycznie zaszufladkowana.
Przyszedł czas wyjazdu do Moskwy. Dyplomatka została wicekonsulem. Jej mąż miał pracować w Warszawie w swojej kancelarii i przyjeżdżać do ridziny co parę tygodni.
Po pierwszej takiej nieobecności, kiedy był w Polsce i przyjechał po 3 tygodniach najmłodsza córka go nie poznała (miała roczek). To był taki szok, że sam się zgodził, że może być tzw. EKN-em (etat niekierowany czyli mówiąc najogólniej pracownikiem do pomocy dyplomatom, z pensją sprzątaczki).
I tak zaczęli pracować razem. Ona wydawała decyzje wizowe jako dyplomata a mąż był referentem i przygotowywał jej te wnioski do wydawania wiz. Poza tym był przydatny, bo zna rosyjski na poziomie C1, a dyplomatka znała angielski i niemiecki, a rosyjskiego praktycznie wcale.
Mąż owej dyplomatki sporo stracił, bo pracował poniżej swoich możliwości, w Polsce jego klienci poszukali sobie już nowych pełnomocników, a ona nie miała żadnej siły przebicia będąc na placówce żeby dali mu stanowisko dyplomatyczne.
Na domiar złego drugi konsul z jej referatu, rozchorował się tak, ze został odwołany z Moskwy i została sama z tymi wizami (ok 500 decyzji wizowych dziennie, wbrew pozorom nie „just like that” wydawanych).
Mąż wziął na siebie cały bezpośredni kontakt z Rosjanami, w tym z dyplomatami rosyjskimi, odpowiednikami jego żony…
W tym czasie do ambasady przyjechał nowy kierownik ds. bezpieczeństwa placówki. Nazwisko, które zostawiamy dla siebie, nie pozostawiało wątpliwości, że jest to osoba silnie z partią związana.
Jego funkcja kumulowała w sobie także kwestie kadrowe pracowników, kancelarię tajną placówki oraz nadzór nad budynkiem mieszkalnym, który jest tam obok placówki i pracownikami ochrony SOP oraz nadzór nad całą siecią teleinformatyczną. Korzystał ze wszystkich tych uprawnień w sposób absolutny.
Dla niego generalnie największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa byli sami Polacy. Reszty nie ogarniał, bo nie znał rosyjskiego. Dał się poznać jako człowiek nie tolerujący jakiejkolwiek dyskusji, sprzeciwu tym bardziej.
Na początku 2019 r., ekipa Andrzeja Papierza wymyśliła nowe wytyczne o ewidencji czasu pracy. Były napisane tak lakonicznie, że ów kierownik ds. bezpieczeństwa na ich podstawie wyinterpretował zarządzenie, że pracownicy pomocowi (do jakich nalezał mąż dyplomatki), czyli nie-dyplomaci nie powinni być traktowani jak dyplomaci w kontekście dni wolnych od pracy – tzn, że wszystkie dni wolne w Rosji mają być wolne TYLKO dla dyplomatów ale referenci musza przychodzić do pracy, ponieważ nie podlegają ustawie o służbie zagranicznej i nie są dyplomatami. Jak się okazało, w podobny sposób interpretowały to zarządzenie wszystkie placówki polskie na całym świecie.
Ponieważ wśród pracowników podniósł się tumult, szef wydziału konsularnego w ambasadzie, wiedząc, że ten jest adwokatem, poprosił wtedy męża owej dyplomatki o opinię prawną co do tego zarządzenia. Mąż opinię napisał. Konsul poszedł z nią do ambasadora i powiedział, że chyba jest problem z interpretacją przepisów. Dyskusja na ten temat przeszła na poziom kierownictwa. Tym bardziej, że w tej opinii od męża było napisane, że ambasador oraz ów kierownik bezpieczeństwa – jako osoby wprowadzające dyskryminacyjne zarządzenie – mogą teoretycznie odpowiadać finansowo solidarnie wraz z pracodawcą (MSZ), za naruszenie przepisów o zakazie dyskryminacji w zatrudnieniu.
Następnego dnia ów kierownik bezpieczeństwa jako szef od kadr i wszystkiego innego zwołał zebranie dla wszystkich pracowników ambasady – ponad 70 osób – od kierowców i kucharzy po zastępcę ambasadora. Powtórzył zarządzenie. I wtedy zaczęła się dyskusja. Pod czyim nadzorem referenci mają pracować w dni wolne dla dyplomatów skoro nie mogą nawet sami wejść na teren ambasady itd..
To właśnie na tym spotkaniu mąż dyplomatki zaczął zadawać bardzo konkretne pytania o przepisy Kodeksu Pracy, relacji ustawy o służbie zagranicznej do Kodeksu Pracy, regulaminu MSZ i inne. Wyszło kuriozalnie. Oczywiście kierownik bezpieczeństwa nie potrafił odpowiedzieć na żadne pytanie, wszyscy pokładali się ze śmiechu.
Kierownik na koniec stwierdził, że specjaliści z kadr wiedzą co robią lepiej, niż inni i zakończył spotkanie.
Jednak ambasador, który miał w głowie najwyraźniej kilka zwojów mózgowych więcej niż jego podwładny, kazał kierownikowi wysłać maila do centrali o tzw. interpretację. Załączono opinię męża dyplomatki do tego maila. Poszły więc „papiery”.
Szefostwo MSZ, zgodnie z procedurą, przekazało zapytanie do działu prawnego.
A dział prawny… potwierdził kropka w kropkę opinię męża dyplomatki (w zasadzie ją przepisał), z tym, że radca prawny z MSZ podkreślił i wyboldował zapis o karach finansowych dla ambasadora za złamanie przepisów o równym traktowaniu. Claris poszedł wtedy na wszystkie polskie placówki na całym świecie i mąż się śmiał, że w MSZ wprowadzono lex z jego nazwiskiem w tytule.
Rozsierdziło to prawdopodobnie i kierownika i szefostwo MSZ. Pracownicy działu owego kierownika donieśli mężowi dyplomatki, że jest m.in. śledzony (co się niedługo potem potwierdziło, kiedy mąż wyszedł na chwilę z placówki w trakcie pracy, oczywiście za zgodą przełożonego, a służby natychmiast wystosowały zapytanie gdzie i po co, odkrywając tym samym fakt inwigilacji).
Mąż dyplomatki zaczął być rozliczany z każdego wejścia i wyjścia z pracy, kontroli spotkań w konsulacie itd.. Kierownik słał donosy do MSZ, że mąż dyplomatki „podburza” pracowników do obstrukcji… (co później, po powrocie, ze zdziwieniem czytała w swoich aktach dyplomatka).
W maju 2019 r. mąż dyplomatki zwolnił się więc z pracy i wyjechał do Polski. Zaczął się tam uczyć na aplikację dyplomatyczną, bo to była jedyna szansa, żeby mogli razem normalnie wyjeżdżać na stanowiska dyplomatyczne.
Dyplomatka została w Moskwie z dziećmi. Było ciężko, ale mieli cel. Mąż dyplomatki zdał wszystkie egzaminy i dostał się na tę aplikację. W grudniu przyjechał do niej do Moskwy, żeby zabrać rzeczy do Polski. Aplikacja miała się zacząć 1 lutego 2020 r.
W sobotę 14 grudnia 2019 r. zaprosił na pożegnalną kolację 3 dyplomatów z ruskiego MSZ, którzy byli oddelegowani do kontaktu z polskim konsulatem.
I w tym miejscu opiszemy szczegółowo kontakty męża dyplomatki z Rosjanami.
Dyplomaci ci przyjeżdżali regularnie do konsulatu, bo przywozili paszporty dyplomatyczne swoich, żeby Polacy wbijali im wizy dyplomatyczne i służbowe, kiedy ruski MSZ ich wysyłał na placówki albo delegacje do Polski.
Ponieważ po zajęciu Krymu nie było absolutnie żadnych innych kontaktów roboczych z Rosjanami, to ci ludzie byli jedynym kanałem dostępu, żeby załatwiać kwestie konsularne.
Mąż dyplomatki, zawsze ich dobrze i elegancko traktował – z uwagi na to, że płynnie znał rosyjski, często z nimi rozmawiał o różnych problemach jakie mają Polacy w Moskwie. Dzięki temu mógł na telefon załatwiać wiele pozornie skomplikowanych spraw. M.in. załatwił wieloletni, nierozwiązywalny dotychczas problem polskich księży w Rosji.
Ksiądz polski dostawał wizę na 3 miesiące i po 2 miesiącach musiał wracać do Polski, żeby wystąpić w Polsce w ruskim konsulacie o nową wizę i czekał miesiąc na decyzję, bo był sprawdzany przez ruskie MSZ i FSB. Księża wiele razy prosili polskiego ambasadora o interwencję. Mąż dyplomatki umówił się z rosyjskimi „partniorami” tak, że wysyłał im wszystkie dane księdza polskiego i ten proces sprawdzenia był uruchamiany od razu w Moskwie. Czyli jak ksiądz jechał do Polski po kolejną wizę, to dostawał ją w ciągu 3 dni i nie musiał tam siedzieć miesiąca.
Dzięki kontaktom, które wyrobił sobie mąż dyplomatki, polski konsulat de facto na telefon ustalał w którym zakładzie karnym siedzi polski obywatel, jak dostawał notę, że ktoś został aresztowany.
Koniec dygresji.
W tym stanie rzeczy trudno byłoby przypuszczać, że mąż dyplomatki, po zwolnieniu się z MSZ (i przed rozpoczęciem w MSZ nowej przygody, już poza Moskwą) nie pożegna się z owymi dyplomatami.
W efekcie wszyscy się nawalili na to pożegnanie. Ok 2 w nocy zadzwonił do naszej dyplomatki jeden z pijących – Rosjanin. Był tak pijany, że zrozumiała tylko tyle, że jest na Klimaszkina 4 (siedziba ambasady) i mąż nie może wejść. Nie dało się z nim rozmawiać, bo strasznie bełkotał.
Dyplomatka pobiegła na dół do oficera SOP i zaczęła sprawdzać kamery. Okazało się, że podjechali taksówką pod Klimaszkina 4, czyli pod wejście do ambasady. Ale ponieważ wejście do budynku mieszkalnego dyplomatów jest od innej ulicy to musieliby iść jakieś 800 metrów, żeby obejść cały zakratowany teren ambasady. Na kamerze było widać, że byli tak pijani, że nie mogli nawet iść.
Wtedy podeszli do nich ruscy stójkowi. To jest ruska milicja, która stoi pod polską ambasadą 24/7. Oni znają b. dobrze wszystkich polskich pracowników i znali też oczywiście męża dyplomatki, bo często ich zagadywał. Mają stróżówki w kilku miejscach na zewnątrz terenu ambasady i są tam zawsze. Nie legitymują Polaków, ale legitymują ruskich którzy przychodzą po wizy do konsulatu.
Jak ów stójkowy zobaczył, że się chłopaki powywracali i mu wytłumaczyli, że się odprowadzają do ambasady, to wziął samochód i podwiózł ich pod bramę wejściową do budynku mieszkalnego, czyli te 800 metrów.
W tym czasie, dyplomatka i oficer SOP wyszli do bramki, przejęli pijanego męża i zawieźli windą do mieszkania. Koniec zdarzenia.
Po 2 tygodniach – 30 grudnia – dyplomatka została odwołana z placówki bez podania przyczyny. Dali jej 3 dni na zjazd. Mąż dostał maila, że jego przyjęcie na aplikację zostało anulowane.
W ciągu 3 dni musiała się spakować, wypisać dzieci ze szkoły, przywieźć cały majdan do Polski, kupić mieszkanie i zapisać dzieci do nowej szkoły.
W sprawie chodziło o to, żeby zdążyła wyjechać z Moskwy zanim ze świąt Bożego Narodzenia wróci jej szef Konsul RP, który o niczym nie wiedział. Żeby nie mógł bronić pracownika.
Ówczesny Dyrektor Kadr wspomniał jej tylko, że „policja doprowadziła Pani męża”. Była to oczywiście nieprawda, bo czynność doprowadzenia ma miejsce na wypadek popełnienia przez dyplomatę złamania prawa. I, oczywiście, nie doprowadza się delikwenta żonie…No i mąż nie był pracownikiem, ani dyplomatą. Był zwykłym Kowalskim. Ale MSZ zastosowało zasadę odpowiedzialności zbiorowej.
Kiedy dyplomatka wróciła do centrali na początku stycznia, to temat natychmiast został wyciszony. Nie miała ani jednego spotkania w tej sprawie. Nikt mnie nigdzie nie wzywał, o nic mnie nie pytali. Nie zrobili jej żadnego sprawdzenia. Tak jakby żadnej sprawy nie było.
Dlatego sama zgłosiła się do wydziału MSZ ds. bezpieczeństwa i złożyłam oświadczenie przed dwoma pracownikami ds. bezpieczeństwa służby zagranicznej. Byli trochę zaskoczeni, bo …. biuro też o niczym nie wiedziało, ale przyjęli to oświadczenie.
Potem już nic się w tym temacie nie zadziało. Pozbyto się niewygodnego „kauzyperdy”, a dyplomatce skutecznie podcięto skrzydełka – nigdzie już nie wyjechała.
Oczywiście nikt nie patrzył na dzieci, które z dnia na dzień musiały wyjechać, zmienić szkołę, dom, kolegów.
Dyplomatka została skierowana do departamentu konsularnego. Nie minęły 2 tygodnie od jej przyjazdu, kiedy dyrektor kazał jej zająć się przygotowaniem wizyty pisowskiej delegacji do Katynia z Kaczyńskim na czele, bo się okazało, że ogarniała Rosję najlepiej z departamentu.
Zastosowali w stosunku do jej rodziny ubeckie metody.
Kierownik bezpieczeństwa wykorzystał sytuację, pojechał do Papierza, przekonał go, że mąż dyplomatki utrudnia pracę.
Co ciekawe, mąż dyplomatki, który nie mógł w to po prostu uwierzyć, napisał nawet maila do Papierza z prośbą o racjonalną ocenę sytuacji i zmianę decyzji. Zwrócił mu uwagę, że kobiecie z trójką małych dzieci ciężko będzie samej wyjeżdżać na placówki zagraniczne.
Oczywiście nigdy nie otrzymał odpowiedzi.
Papierz i jego dwór doprowadzili tym samym do sytuacji, w której – przez te wszystkie niedomówienia i brak jasnej przyczyny – miała nasza dyplomatka być postrzegana jako ta, która zjechała z placówki po tzw. incydencie bezpieczeństwa (takim jest np. podejrzenie o szpiegostwo, czy zgwałcenie sekretarki na placówce, co się podobno też zdarzyło i podobno nawet MSZ płaciło za to odszkodowanie w Bułgarii), a następnie radośnie dali jej pełen dostęp do wszystkich wrażliwych danych delegacji do Katynia, z Kaczyńskim na czele (numery paszportów, pesele, itd…). Kazali jej nawet zadzwonić do konsula ruskiego w Warszawie, znajomego jej męża i prosić, żeby im przyspieszył wydanie wiz służbowych.
To już przerosło jej percepcję i przeniosła się do departamentu nie mającego z Rosją nic wspólnego.
W sprawie istotne jest to, że pisowscy hunwejbini nie ograniczyli się do zemsty na mężu dyplomatki. Zaatakowali też nią samą i dzieci.
Tak wyglądały zjazdy dyplomatów za PiS. A to wcale nie był wyjątek. Ścigano ludzi za postawienie nieprawilnego „lajka” na portalu społecznościowym. Wspomniany na początku tego wpisu profesor Izydorczyk do teraz chodzi z nimi po sądach.
Dziś Radosław Sikorski wychodzi na naiwniaka. Dał się im ograć. I będą go ogrywać, bo są w tym nieźli. Są umieszczeni w każdym departamencie i czekają na okazję. Wielu z nich, w tym Papierz piastuje stanowiska ambasadorskie.
Ludzie tacy jak mąż tej dyplomatki, jak Izydorczyk i inni podobni, patrzą na to wszystko z niedowierzaniem. Zrozumiałe – polityka – ale gdzieś są chyba granice naiwności? Żadnej polityki z tymi ludźmi być nie może – oni będą tylko kontestować i szkodzić rządowi. Jeżeli po sytuacji ze Strasburga rząd tego nie zrozumie, to nie zrozumie już niczego. I szybko i źle skończy.
Na koniec ciekawostki:
– w sprawie męża dyplomatki, o czym małzeństwo dowiedziało się znacznie później, interweniował Biskup z Gorzowa Wielkopolskiego – z kurii nadzorującej Kościół w Moskwie. Podobnież księża, jak się dowiedzieli, to napisali do tego biskupa a on napisał do MSZ o tym, jak im mąż dyplomatki ułatwił życie z tymi wizami.
– również pewien ambasador w na Bałkanach napisał do Papierza z interwencją na rzecz męża dyplomatki. Panowie pracowali kiedyś razem: mąż dyplomatki jako prawnik fundacji a ów ambasador jako ówczesny szef protokołu MSZ w sprawie odszkodowania od kuwejckich dyplomatów za naruszenie prawa w Polsce.
– sam mąż dyplomatki także podjął starania, żeby odwrócić tę historię – wszak powrót do pracy adwokata zupełnie rozjeżdżał się z możliwością prowadzenia niezakłóconego życia rodzinnego. W tym celu zwracał się do różnych postaci z PiS (powiedzmy, że adwokat w Warszawie ma znajomości w różnych środowiskach).
Szybko przestał. Większość z nich nawet nie zawracała sobie tym glowy, ale też pojawiły się konkretne propozycje. Ceną nie może być jednak godność.
Dyplomatka złożyła rezygnację z wymarzonej pracy w MSZ z zamiarem powrotu do pracy w kancelarii męża (też jest adwokatem owa dyplomatka). Jednak za namową męża i jednego Pana Dyrektora w MSZ odwołała rezygnację. Dzisiaj pracuje w MSZ przy… skargach strasburskich.
Chodzą słuchy, że od tamtej pory mąż jest zupełnym abstynentem. W końcu nawet złe doświadczenia trzeba umieć przekuć na coś dobrego:-)
The end.
Przecież oni doskonale wiedzieli o tym immunitecie. Hołownia jako rotacyjny przede wszystkim. Ale liczyli, że jako protegowani Niemiec mogą bezkarnie łamać prawo. A post factum trolownia peowska będzie ludzi mamić. Co zresztą ma miejsce nawet na tym portalu. Może więc pora najwyższa wywalić bzdety Łuczyńskiego? Niech pisze do Gazety Wyborczej…. ;)
Chciwość tak wygląda. I wciąż pokrzywdzeni!