Czerwony dywan, uściski dłoni z Putinem, kurtuazja – dla jednych dowód słabości, dla innych przejaw cynizmu. Ale polityka nigdy nie toczy się na czerwonym dywanie. To tylko scena, na której wystawia się teatr dla widzów. Rzeczywistość dzieje się za kulisami – tam, gdzie decyduje się, czy świat stanie w płomieniach, czy ocaleje na kolejny dzień.Historia uczy, że właśnie w tym teatrze gestów kryje się paradoks. Reagan i Gorbaczow uśmiechali się, choć ich rozmowy były zimne jak stal. Nixon podał rękę Mao, wiedząc, że czyni to tyranowi i mordercy. A jednak te obrazy otwierały przestrzeń, w której można było rozbroić rakiety, zakończyć konflikty, przełamać ciszę nienawiści. Człowiek potrzebuje rytuałów, symboli, masek – czasem nawet pozornych – by móc rozpocząć rozmowę z wrogiem.Trump nie jest wizjonerem idealistą. Jest pragmatykiem, który rozumie, że wojna jest złym interesem. W Syrii jego polityka powstrzymała eskalację konfliktu i ograniczyła starcia z Rosją, chroniąc świat przed otwartym starciem dwóch mocarstw. W Iranie, mimo zabicia generała Sulejmaniego, udało się uniknąć wojny totalnej i destabilizacji regionu. Na Bliskim Wschodzie Trump doprowadził do konkretnych porozumień, które zmieniły układ sił w regionie: państwa arabskie nawiązały dyplomatyczne kontakty z Izraelem, co wydawało się niemożliwe przez dekady. Kiedy napięcie wzrosło między Indiami a Pakistanem, jego interwencje dyplomatyczne pomogły zapobiec otwartemu konfliktowi. Można go krytykować za styl, za język, za gesty – ale trudno zaprzeczyć, że w latach jego prezydentury świat nie osunął się w otchłań globalnego konfliktu. Bo jedyną alternatywą tych konfliktów jest wojna.
I tu wraca pytanie o nasze podwójne standardy. Na zdjęciu z jednej z konferencji międzynarodowych widzimy Radosława Sikorskiego i Siergieja Ławrowa: zima, balkon, płaszcze, dym papierosów unoszący się w powietrzu. Rozmawiają jak starzy znajomi. Zdjęcie krążyło, ale nie oburzyło nikogo. Nie wywołało alarmów o zdradzie Zachodu, nie wzbudziło moralnej furii,szczególnie żony Sikorskiego Anne Applebaum . Tymczasem w komentarzu dla amerykańskiego magazynu pisała o spotkaniu na Alasce: „Było upokarzające patrzeć, jak amerykański prezydent zachowywał się jak radosny szczeniak podczas spotkania z dyktatorem znacznie biedniejszego i mniej ważnego państwa, traktując go jak przełożonego”. Tak wygląda obsesja i brak uczciwości w oglądzie rzeczywistości i tak wyglądają podwójne standardy. No cóż. Może taka jest ludzka natura: wolimy subiektywnie potępiać gesty, bo są namacalne, widzialne, łatwe do uchwycenia. Trudniej mierzyć skutki, które przychodzą cicho, jak odroczona wojna, która nie wybuchła. Łatwo piętnować uśmiech na czerwonym dywanie, trudniej docenić ciszę, której dzięki niemu nie przerwały syreny alarmowe. Dlatego warto pamiętać: czasem uścisk dłoni wroga jest najgłębszym aktem odpowiedzialności, a papieros na balkonie( choć nie lubię Sikorskiego) – jest symbolem, że rozmowa trwa. Historia nie zapyta, kto się uśmiechał, a kto milczał. Historia zapyta, kto ocalił świat przed kolejną wojną.Bo teatr gestów to cena, jaką płacimy za ciszę pokoju. Musimy pamiętać alternatywa jest tylko jedna, bo sankcje w dzisiejszym świecie niewiele dają – jest nią WOJNA.