Donald Tusk – „cesarz Europy”,czy jak go tam nazywają, który miał trzymać rękę na pulsie wielkiej polityki – nie dostał zaproszenia do Waszyngtonu. Do stolicy USA zlecieli się liderzy Zachodu: Meloni, Macron, Starmer, von der Leyen, Stubb… a Tusk? Został w Warszawie.I tu zaczyna się groteska. Polska – kraj w środku Europy, graniczący z wojną, kluczowy dla bezpieczeństwa regionu – swoje stanowisko wobec spotkania w Białym Domu przekazała… listem. Tak, listem. Ministrowi Sikorskiemu pozostała Poczta Polska. Pytanie tylko: wysłali list polecony czy zwykły? Bo jeśli zwykły, to jeszcze zginie w drodze między Okęciem a Atlantą, a jeśli polecony – to może chociaż ktoś na recepcji w Waszyngtonie odbierze i podbije pieczątkę.Jeszcze zabawniejsze jest to, że Polska nie ma nawet ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Nasze interesy reprezentuje tam Klich – „kierownik placówki”. Ale jak to brzmi? Kierownik sklepu, kierownik budowy, kierownik stacji benzynowej… a teraz kierownik ambasady. Jakby sam chciał coś załatwić, to też musiałby wysłać list, bo nigdzie go nie wpuszczą.A może zamiast listu lepiej było wysłać kartkę pocztową z Krakowa z widokiem Wawelu i dopiskiem „Pozdrowienia z Polski, szkoda, że nas nie zaprosiliście”? Albo paczkę z krówkami – w końcu słodycze łatwiej trafią na biurko Trumpa niż notatka Sikorskiego. Jeszcze lepiej – balon z napisem „Stanowisko Polski”, puszczony z Placu Defilad. Może by doleciał szybciej niż priorytet.No i w sumie, po co w ogóle Tusk? Skoro na miejscu są Niemcy, to Polska i tak nie ma głosu. Przecież Tusk to w praktyce niemiecki pełnomocnik w Warszawie, więc jego obecność w Waszyngtonie byłaby tylko powieleniem delegacji Berlina. Lepiej od razu dodać dopisek: „Stanowisko Polski? Patrz punkt: Berlin”.
Cała ta sytuacja przypomina trochę gościa, który nie dostał zaproszenia na wesele, ale i tak wysłał prezent – butelkę wódki i życzenia na kartce: „Bawcie się dobrze, szkoda, że nie mogłem być”. Wszyscy się bawią, orkiestra gra, a Polska czeka pod salą, czy ktoś chociaż wyjrzy.A żeby było naprawdę nowocześnie, Sikorski mógł nagrać całe stanowisko na kasetę VHS, zapakować w pudełko po magnetowidzie i wysłać DHL-em do Białego Domu. Tylko wtedy trzeba by dodać instrukcję: „Proszę przewinąć do początku przed oglądaniem”.Bo w tej farsie nie chodzi już tylko o śmieszność. To pokazuje, że państwem rządzą amatorzy i dyletanci, którzy mylą wielką dyplomację z piaskownicą.Teraz to widać, że zamiast polityków mamy klaunów, którzy święcie wierzą, że znaczek pocztowy naklejony na list wystarczy, żeby liczyć się w świecie. To może zamiast zajmować się dyplomacją – niech zajmie się KPO? A może lepiej nie.