Uwielbiam to mięso. Jest chude, lekkostrawne i pyszne. Jak tylko jestem na Bliskim Wschodzie lub Bałkanach objadam się nim po uszy. Pieczona, duszona, z grilla. Wsuwam w każdej postaci.
Najlepsza jaką dotąd jadłem to na greckiej wyspie Nisiros.
W małej tawernie, blisko morza.
Zanim jednak do niej dotarłem, zjadłem kwiaty cukinii w swego rodzaju „pączkach” usmażonych na złocisty kolor.
Nadzieniem była właśnie cukinia z serem feta.
Skórka tego „pączka” była chrupiąca, a farsz.
Lekko półsłodki z wyczuwalną nutą sera feta, miodu i dzikiego tymianku, który rośnie na wyspie gdzie popadanie.
A potem, na stół wjechała ona.
Królowa mięs.
Duszona w pomidorach i ziołach koźlina.
Cała, dorodna goleń pokrojona na mniejsze kawałki.
Z gęstego sosu mrugały do mnie ciemne oczy oliwek Kalamata, a nos mile łechtał zapach mięsa i ziół.
Mięso, rozpływało się w ustach.
Jadłem oczywiście palcami, obierając z kości małe kawałeczki mięsa, które po zaburzeniu w sosie, wrzucałem do ust w tempie sprintera.
Jak powiedział właściciel tawerny, koźlina pochodzi z jego gospodarstwa.
Kozy żywią się tylko trawą ziołami, na wolnym wybiegu.
A dokładnie, łażą gdzie chcą.
Tu skubną odrobinę wonnej trawy, tam kawałek gałązki.
Dlatego ich mięso jest tak delikatne i aromatyczne.
Gospodarz zapraszał nas na koźlinę z rusztu.
Pieczoną w całości.
Ale to może za rok, jak Bóg da.
Wiem, że większość Polaków jest konserwatywna i z czerwonych mięs najchętniej jada tylko wieprzowinę.
Choć ta z hiper i supermarketów to wyrób przemysłowy, od świń karmionych na potęgę antybiotykami i soją.
Dlatego jest tak tania i z tą, z małych gospodarstw, niewiele w smaku ma wspólnego. Zwłaszcza jeśli świnki są rasy puławskiej.
Ale, może, pokonując przyzwyczajenia żywieniowe, znajdą się odważni, którzy się skuszą w czasie pobytu na Bliskim Wschodzie lub Bałkanach, także w Azji, na małe co nieco, z koźliny.
Polecam.
Na zdjęciu, uczta z mieloną koźliną zawijaną w cieście, Garni, Armenia
Zostaw komentarz