W pewnym kraju nad Wisłą istnieje stara tradycja: gdy sprawy zaczynają się komplikować, zamiast rozmawiać ze sobą – sięga się po telefon. Nie byle jaki telefon, rzecz jasna. To nie jest rozmowa do sąsiada, ani nawet do wyborcy. To numer kierunkowy, który zaczyna się gdzieś między Brukselą a Berlinem.

Historia zna takie momenty. Wtedy też były listy, poselstwa, deklaracje „w trosce o dobro państwa”. Dziś mamy wideokonferencje, tweety i konferencje prasowe, ale sens zdaje się dziwnie znajomy.

Bo przecież zawsze chodzi o to samo: ktoś twierdzi, że ratuje kraj przed katastrofą – najlepiej przy pomocy kogoś z zewnątrz.

Współczesny polityk nie nosi kontusza ani peruki. Garnitur jest lepiej skrojony, przekaz bardziej wygładzony, a język pełen słów takich jak „standardy”, „wartości” i „europejska wspólnota”. Ale mechanizm? Ten sam.

Zamiast „konfederacji” – mamy „procedury”. Zamiast „interwencji” – „dialog”. Zamiast jawnej zależności – „współpracę strategiczną”.

A efekt – pozostaje niepokojąco podobny: decyzje, które powinny zapadać lokalnie, zaczynają pachnieć zagranicznym gabinetem.

Nie jest przecież tak, że każda rozmowa z zagranicą to zdrada. Państwa współpracują, konsultują się i spierają – to norma. Problem zaczyna się tam, gdzie linia między troską o wspólnotę a polityczną wygodą zaczyna się rozmywać.

Bo łatwiej jest powiedzieć: „To nie my – to standardy europejskie”.

Niż: „To nasza decyzja i bierzemy za nią odpowiedzialność”.

W tej opowieści nie chodzi o jedną osobę – choć nazwiska, jak Donald Tusk, często pojawiają się w publicznych sporach jak refren. Chodzi raczej o pewien schemat myślenia, który powraca w różnych epokach, pod różnymi sztandarami.

Schemat, w którym przeciwnik polityczny staje się zagrożeniem egzystencjalnym,
zagranica – arbitrem,
a społeczeństwo – widownią, która ma uwierzyć, że to wszystko dla jego dobra.

Najostrzejsza satyra polega na tym, że nie trzeba wiele zmieniać w scenariuszu. Wystarczy zamienić pióro na mikrofon, posłańca na rzecznika, a pergamin na komunikat prasowy.

Reszta pisze się sama.

Bo historia – choć nie powtarza się dokładnie – lubi się rymować. A niektóre rymy brzmią zaskakująco znajomo.