Ukraińskie elity od trzydziestu lat nie dorosły do państwa, którego ich naród naprawdę potrzebuje.
To, co Szczerek w Tatuażu z tryzubem opisywał jako groteskową demokrację — parlament kupowany jak targowisko, milicję pobierającą opłaty za ‘używanie dróg’, państwo zbudowane na łapówce i fikcji — nie było literacką przesadą, tylko reportażem z rzeczywistości. Naród, który jeszcze w 1991 roku w większości uważał się za ‘ludzi radzieckich’, dziś lepi swoją tożsamość z resztek historii: trochę z Kozaków, trochę z Galicji, trochę — niestety — z banderowskiego mitu, który miał zastąpić brak spójnej pamięci. A przecież istnieje także inna, cicha Ukraina — ta, którą poznałem przez moich rusińskich krewnych, przedstawicieli trzeciego pokolenia inteligencji, wywodzących się ze związku szlachcianki Strzetelskiej z kierownikiem szkoły w Stanisławowie, Bazylim Deputatem. Ludzie zakorzenieni w kulturze rusinskiej, nie w banderowskiej; jedni propolscy, inni zapatrzeni w archeologię Łuka Rajkowieckiej, ale wszyscy dalecy od tej prymitywnej mitologii, którą dziś próbuje tamtejsza władza wtłoczyć w ramy ‘nowej tożsamości’. A nad tym wszystkim siedziało przez lata osiemdziesiąt % z posłów milionerów – w ichniej Radzie Najwyższej, oligarchowie traktujący państwo jak prywatny folwark. Podobno teraz tam działają agenci CIA i ich naciski stwarzają wrażenie , że Ukraina się zmieni, bo dochodzi do rozliczeń w samym otoczeniu Żełeńskiego, który w jakimś nie bardzo jasnym celu spoliczkował Polskę, gloryfikując jej morderców, przez co pokazał światu to, co my wiedzieliśmy od dawna: że Ukraina nie potrafi się rozliczyć z własnych demonów.