Gdy kultura zamienia się w polityczny megafon, a tolerancja w narzędzie pogardy, społeczeństwo wcześniej czy później przestaje wierzyć tym, którzy chcieli uchodzić za jego moralne sumienie. A utracona wiarygodność ma tę właściwość, że wraca jak bumerang — zwykle wtedy, gdy rzucający są już przekonani, że trafili przeciwnika.
Dzisiejsza tak zwana kultura polityczna ma z kulturą mniej więcej tyle wspólnego, co krzesło z krzesłem elektrycznym. Niby można usiąść, niby konstrukcja podobna, ale efekt końcowy zasadniczo odmienny.
Podobnie jest z tolerancją. Im głośniej ktoś ją wypisuje na sztandarach, im większe serce przypina sobie do marynarki, im częściej powtarza słowa o miłości, otwartości, praworządności i szacunku dla inności, tym większe prawdopodobieństwo, że po dojściu do władzy zacznie używać tych haseł jak pałki. Oczywiście w imię dobra, postępu i europejskich wartości. Bo przecież pałka w dłoni człowieka postępowego nie jest pałką. Jest narzędziem edukacji obywatelskiej.
Miłość okazuje się wtedy nienawiścią. Tolerancja — tresurą. Szacunek — pogardą. Praworządność — pałką proceduralną. A konstytucja, którą jeszcze wczoraj noszono na koszulkach, staje się czymś w rodzaju dekoracji teatralnej: dobra, kiedy ładnie wygląda na scenie, ale niekoniecznie potrzebna, kiedy przeszkadza w akcji.
Ci, którzy doszli w Polsce do władzy z sercem w klapie i konstytucją na ustach, uczynili z tych symboli narzędzie oskarżenia wobec poprzedników. Tamci mieli nie szanować prawa. Tamci mieli niszczyć instytucje. Tamci mieli dzielić społeczeństwo. Tamci mieli być zagrożeniem dla demokracji.
Po czym, gdy już sami zasiedli przy sterach, zademonstrowali rzecz fascynującą: że wszystkie te zarzuty można nie tylko powtórzyć, ale wykonać z większym rozmachem, lepszą oprawą medialną i znacznie grubszą warstwą moralnego lukru.
Komisje powoływane do spraw domniemanych przestępstw i nadużyć poprzedniej władzy bardzo szybko zaczęły przypominać nie organy dochodzenia do prawdy, lecz amatorski teatr politycznego odwetu. Miały być dowody — były miny. Miały być fakty — były tezy. Miało być prawo — była publicystyka przebrana za procedurę. Miały być ustalenia — były inscenizacje z góry napisanym finałem.
Otrzymaliśmy spektakl, w którym najpierw ogłaszano winę, potem szukano materiału, a gdy materiał okazywał się słaby, próbowano podnieść do rangi dowodu każdą sprzeczność, każdy domysł i każdy wygodny fragment rzeczywistości. Wszystko to oczywiście w imię standardów. Standardów, które miały być tak wysokie, że aż przestały sięgać ziemi.
W efekcie zmarnowano nie tylko czas i powagę instytucji państwa. Zmarnowano także zaufanie tych wyborców, którzy naprawdę uwierzyli, że chodzi o naprawę państwa, a nie o odwet z paragrafem w charakterze rekwizytu. Komisje te nie wykazały wiele poza własną bezradnością wobec ciężaru zarzutów, którym próbowały nadać rangę niepodważalnych ustaleń. Publiczność zaczęła zaś coraz wyraźniej widzieć, że nie przyszła do sądu, tylko na próbę generalną politycznej propagandy.
Rządzący, zamiast wykonywać obowiązki wynikające z kompetencji władzy wykonawczej, coraz śmielej wchodzili w rolę tych, którzy nie tylko wykonują prawo, ale sami definiują jego sens, granice i konstytucyjne konsekwencje. Mówiąc prościej: zaczęli zachowywać się tak, jakby państwo było ich prywatnym regulaminem, który można w razie potrzeby dopisać na kolanie.
A gdy ktoś pytał o podstawę prawną, słyszał mniej więcej: podstawą jest to, że my jesteśmy po właściwej stronie. Bardzo wygodna formuła. W historii polityki zawsze cieszyła się dużą popularnością. Zwłaszcza wśród tych, którzy po czasie dziwili się, że społeczeństwo przestało im ufać.
Działo się to mimo oczywistych szkód wyrządzanych organizacji państwa: chaosu w instytucjach publicznych, zamętu kompetencyjnego, erozji zaufania do procedur i rosnącego przekonania obywateli, że prawo działa nie według reguł, lecz według aktualnego zapotrzebowania politycznego. A przecież społeczeństwo nie daje władzy mandatu po to, by oglądać demonstrację samowoli w eleganckim garniturze. Daje go po to, by państwo działało sprawnie, przewidywalnie i zgodnie z prawem.
I właśnie w tym miejscu na scenę wchodzi środowisko kultury. Całe na biało, choć po kilku minutach okazuje się, że raczej w kostiumie chóru greckiego z kiepsko zsynchronizowanym poczuciem przyzwoitości.
Z powodów, które naprawdę trudno pojąć, niemała część ludzi kultury i sztuki stanęła za tym wszystkim, manifestując swoje stanowisko głosami najbardziej radykalnych przedstawicieli własnego środowiska. Zamiast zachować dystans, krytyczną niezależność i odpowiedzialność za słowo, wielu wybrało rolę klaki politycznego zaplecza. Klaki, dodajmy, która coraz częściej fałszuje, lecz nadal domaga się owacji za samą moralną intencję występu.
A przecież kultura, jeśli chce być czymś więcej niż salonem wzajemnej adoracji, powinna mieć jedną podstawową cechę: niezależność. Nie od podatnika, bo od niego akurat często zależy bardzo konkretnie. Nie od instytucji, bo te także bywają potrzebne. Ale od bieżącej władzy, jej humorów, interesów i propagandowych potrzeb.
Tymczasem mieliśmy do czynienia z czymś dokładnie przeciwnym. Środowisko, które lubi przedstawiać się jako sumienie narodu, w kluczowych momentach zaczęło sprawiać wrażenie megafonu jednej strony politycznego sporu. Milczało wtedy, gdy wobec osób formalnie niewinnych, nieobjętych żadnym prawomocnym wyrokiem, stosowano metody budzące poważne wątpliwości co do zgodności z zasadami praworządności. Milczało, gdy łamano standardy, o których wcześniej tak pięknie opowiadano. Milczało, gdy ofiary możliwych nadużyć potrzebowały elementarnej solidarności ludzi wrażliwych.
Za to klaskało tym, którzy praworządność odmieniają przez wszystkie przypadki, a potem omijają ją bokiem, gdy zaczyna przeszkadzać. Jak to się ma do haseł o godności, prawach człowieka, konstytucji, niezależności instytucji i szacunku dla jednostki? Nijak. Ale widać w dzisiejszych czasach „nijak” również może zostać uznane za wyrafinowaną formę zaangażowania obywatelskiego.
Czy środowisko kultury nie popełniło tu kolosalnego błędu? Czy nie pomyliło swojej misji — obrony wrażliwości, wolności myślenia i odpowiedzialności za słowo — z funkcją dopingu dla tych, którzy akurat dorwali się do władzy? Czy nie pomyliło sumienia kultury z miejscem dla widowni w loży rządowej?
Największym rozczarowaniem dla tego obozu nie okazała się jednak nawet utrata poparcia części społeczeństwa. Ludzie, którzy zorientowali się poniewczasie, że zamiast standardów dostali spektakl, a zamiast praworządności — polityczną technologię władzy, zaczęli się odwracać. Oczywiście poza tymi, którym nowa rzeczywistość odpłaciła się znanymi korzyściami. Oni zwykle są odporni na rozczarowanie, zwłaszcza jeśli rozczarowanie nie wpływa na przelew.
Prawdziwym ciosem stał się wybór Prezydenta RP reprezentującego inny porządek wartości: państwo, naród, konstytucję, interes wspólnoty i odpowiedzialność za Ojczyznę. Człowieka, z którym można się zgadzać lub nie, którego decyzje można krytykować, analizować i podważać w normalnym sporze publicznym, ale wobec którego nie powinno się dopuszczać języka pogardy, nienawiści i symbolicznego poniżania.
Bo spór z Prezydentem jest rzeczą normalną. Krytyka głowy państwa jest w demokracji czymś oczywistym. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym publiczne zdziczenie obyczajów, sprzedawane jako odwaga artystyczna albo moralny protest. Kiedy aktor, publicysta czy medialny komentator zaczyna mylić własne frustracje z głosem narodu, problem nie polega na tym, że ma poglądy. Problem polega na tym, że mikrofon pomylił mu się z sumieniem Rzeczypospolitej.
Żeby było śmieszniej — albo raczej żałośniej — osoby reprezentujące środowiska artystyczne, często występujące z mandatem ludzi kultury, a nierzadko także nauki, pozwalają sobie publicznie na wypowiedzi wobec osoby pełniącej urząd Prezydenta RP, które trudno pogodzić z elementarnymi standardami debaty publicznej. Zamiast sporu z programem mamy akty pogardy. Zamiast argumentu — grymas. Zamiast krytyki — rytuał środowiskowego opluwania.
Ich forma i treść tak dalece wykraczają poza granice ostrej, lecz dopuszczalnej debaty publicznej, że w skrajnych przypadkach mogą wypełniać znamiona czynów, za które polskie prawo przewiduje odpowiedzialność karną. I tu nie chodzi o zamykanie ust krytykom. Chodzi o elementarne rozróżnienie między wolnością słowa a przekonaniem, że wolno wszystko, jeśli tylko wypowiada się to z odpowiednio postępową miną.
Czy środowisko, z którego wywodzą się te osoby, naprawdę nie widzi, że jest przez nie ośmieszane? Czy z przyczyn konformistycznych, serwilistycznych albo czysto środowiskowych nie chce zauważyć, że traci coś znacznie cenniejszego niż chwilowy poklask jednej strony politycznego sporu? Traci wiarygodność.
A wiarygodność kultury nie jest dodatkiem. Nie jest broszką do gali. Nie jest kolejnym punktem w ministerialnym programie. Jest fundamentem. Bez niej kultura staje się tylko dobrze dotowaną dekoracją, salonem z pretensjami do moralnej wyższości i chórem, który śpiewa temu, kto akurat rozdaje zaproszenia.
Jak długo jeszcze środowiska kultury i nauki będą tolerować takie zdziczenie obyczajów tam, gdzie powinny dawać przykład? Jak długo będą udawać, że nic się nie stało, gdy ich własne autorytety zamieniają debatę publiczną w karczemną scenę z ambicjami? Jak długo będą pozwalać, by występowano w ich imieniu językiem pogardy, a potem dziwić się, że znaczna część społeczeństwa nie chce już klaskać?
Bo kultura nie żyje z własnego samozachwytu. Żyje z zaufania. Z przekonania zwykłych ludzi, że jest w niej coś więcej niż salonowy odruch, polityczna poza i środowiskowa solidarność w najgorszym możliwym momencie. Żyje z szacunku tych, którzy może nie zawsze chodzą na premiery, może nie uczestniczą w panelach dyskusyjnych, może nie znają wszystkich kodów towarzyskich wielkomiejskiej elity, ale płacą podatki, utrzymują instytucje i mają prawo oczekiwać, że kultura nie będzie plunąć im w twarz tylko dlatego, że głosują inaczej.
Zastanówcie się Państwo, czy nie pozwalacie właśnie piłować gałęzi, na której opiera się to, co dla świata kultury i nauki powinno być bezcenne: wiarygodność. Zwłaszcza wobec tych, którzy mimo wielu wątpliwości narosłych w ostatnich latach wciąż próbują zachować wobec was resztki szacunku.
Bo jeśli w porę tego nie zrozumiecie, milcząco wspierając ludzi wywodzących się z waszych kręgów, a zarazem wyraźnie nieodpowiedzialnych i nieobliczalnych, możecie utracić więcej, niż dziś sądzicie. Nie tylko wpływy. Nie tylko sympatię. Nie tylko komfort moralnego pouczania innych. Możecie utracić prawo do bycia traktowanymi poważnie.
A to strata, której nie naprawi żadna konferencja prasowa, żaden grant, żaden festiwal i żadna kolejna deklaracja o wrażliwości społecznej. Bo utracony autorytet nie wraca na komendę. Nie wystarczy ogłosić, że znów jest się sumieniem narodu. Naród może odpowiedzieć, że dziękuje, ale woli już korzystać z własnego.
Nic nie pozostanie bez konsekwencji. Konsekwencje mają bowiem tę przykrą właściwość, że wracają wtedy, gdy najmniej ich oczekujemy. Jak w starym dowcipie o australijskim myśliwym, który kupił sobie nowy bumerang, ale starego nijak nie mógł wyrzucić.
I być może właśnie bumerang jest dziś najlepszym symbolem naszej tak zwanej kultury politycznej. Rzucony w przeciwnika z rozmachem, z uśmiechem moralnej wyższości i przy akompaniamencie chóru samozadowolonych komentatorów, zatacza już szeroki łuk. A kiedy wróci, może się okazać, że uderzy nie tam, gdzie celowano, lecz prosto w tych, którzy byli święcie przekonani, że stoją po bezpiecznej stronie historii.
Tomasz Trzciński
Zostaw komentarz