Gdy kultura zamienia się w polityczny megafon, a tolerancja w narzędzie pogardy, społeczeństwo wcześniej czy później przestaje wierzyć tym, którzy chcieli uchodzić za jego moralne sumienie. A utracona wiarygodność ma tę właściwość, że wraca jak bumerang — zwykle wtedy, gdy rzucający są już przekonani, że trafili przeciwnika.

Dzisiejsze czasy tak zwanej kultury politycznej i tolerancji mają w wielu przypadkach tyle wspólnego z kulturą, co krzesło z krzesłem elektrycznym. Niby forma podobna, niby można usiąść, ale skutki bywają zasadniczo odmienne.

Im bardziej krzykliwe, ostentacyjnie symboliczne hasła i logotypy mają oznaczać ideologiczną otwartość, miłość oraz szacunek wobec ludzi myślących inaczej, tym częściej okazują się później narzędziami działającymi dokładnie odwrotnie do tego, co miały symbolizować. Miłość okazuje się nienawiścią. Tolerancja — ograniczeniem. Szacunek — pogardą. Zrozumienie — małostkowością. A obrona praworządności zaczyna przypominać sytuację, w której podpalacz wygłasza wykład o bezpieczeństwie przeciwpożarowym.

Ci, którzy doszli w Polsce do władzy, posługując się symbolem serca i głosząc konieczność poszanowania prawa, tolerancji dla odmienności oraz respektowania ustawy zasadniczej, uczynili z tych haseł ostrze krytyki wymierzone w swoich poprzedników. Zarzucali im brak właśnie tych wartości, które sami wynosili na sztandary. Tymczasem od chwili przejęcia władzy zaczęli — w oczach coraz większej części opinii publicznej — praktykować ich zaprzeczenie z gorliwością, której nie powstydziłby się żaden neofita świeżo nawrócony na cynizm.

Komisje powoływane do spraw domniemanych przestępstw i nadużyć poprzedniej władzy bardzo szybko zaczęły sprawiać wrażenie żałosnej parodii prawa oraz procedur, które miały prowadzić do ustalenia faktów, a nie do inscenizowania gotowych z góry oskarżeń. Miały być dowody, były miny. Miały być ustalenia, były występy. Miała być prawda, była próba nadania politycznej tezie rangi niemal sądowego objawienia.

Zamiast przekonujących dowodów otrzymaliśmy często popis miernego, lecz wiernego zakłamywania rzeczywistości, w którym sprzeczności usiłowano podnosić do rangi argumentów, a polityczne domysły przedstawiać jako ustalenia quasi-sądowe. W efekcie zmarnowano nie tylko czas i powagę instytucji państwa, lecz także wiarygodność tych wyborców, którzy naprawdę uwierzyli, że chodzi o przywracanie standardów, a nie o spektakl odwetu z dekoracją z paragrafów.

Komisje te nie wykazały nic ponad własną bezradność wobec ciężaru zarzutów, którym próbowały nadać rangę dowodów. Stały się teatrem, w którym aktorzy znali już finał sztuki, zanim publiczność zdążyła kupić bilet. Problem w tym, że publiczność coraz szybciej zaczęła rozumieć, że nie przyszła do sądu, lecz na próbę generalną politycznej propagandy.

Rządzący, zamiast wypełniać obowiązki wynikające z kompetencji władzy wykonawczej, coraz śmielej — i coraz bardziej „na bezczelnego” — wchodzili w rolę tych, którzy nie tylko wykonują prawo, lecz także samodzielnie definiują jego sens, granice i konstytucyjne konsekwencje. Działo się to mimo oczywistych szkód wyrządzanych organizacji państwa: chaosu w instytucjach publicznych, zamętu kompetencyjnego i postępującej erozji zaufania do procedur, które powinny chronić obywateli przed arbitralnością rządzących.

W konsekwencji cierpiało społeczeństwo, które udzieliło władzy mandatu zaufania nie po to, by obserwować demonstrację politycznej samowoli, lecz po to, by państwo działało sprawnie, przewidywalnie i zgodnie z prawem. Obywatel nie głosuje przecież po to, by następnie oglądać, jak ci, którzy mieli naprawiać państwo, zaczynają traktować je jak scenę do improwizacji. Zwłaszcza gdy improwizacja jest słaba, a suflerzy coraz bardziej nerwowi.

I za tym wszystkim — z powodów, które naprawdę niełatwo pojąć — stanęła niemała część ludzi kultury i sztuki, manifestując swoje stanowisko głosami najbardziej radykalnych przedstawicieli własnego środowiska. Zamiast zachować dystans, krytyczną niezależność i odpowiedzialność za słowo, wielu z nich wybrało rolę chóru towarzyszącego politycznej awanturze. Chóru, dodajmy, który coraz częściej fałszuje, lecz wciąż domaga się owacji za samą intencję występu.

Czy środowisko to nie popełniło tutaj kolosalnego błędu? Czy nie pomyliło własnej misji — polegającej na obronie wrażliwości, prawdy i wolności myślenia — z funkcją propagandowego dopingu dla tych, którzy akurat znaleźli się u władzy? Czy nie pomyliło sumienia kultury z klaką politycznego zaplecza?

Środowisko to milczało wtedy, gdy wobec osób formalnie niewinnych, nieobjętych żadnym prawomocnym wyrokiem, stosowano metody budzące najpoważniejsze wątpliwości co do ich zgodności z zasadami praworządności. Tym milczeniem stawało nie po stronie ofiar możliwych nadużyć, lecz po stronie tych, którzy podstawowe zasady państwa prawa traktowali jak przeszkodę w politycznym pochodzie.

Jak to się ma do wszystkich szczytnych haseł o tolerancji, godności, prawach człowieka, niezależności instytucji i poszanowaniu konstytucji? Czy można jeszcze mówić o obronie praworządności, jeśli bije się brawo tym, którzy praworządność odmieniają przez wszystkie przypadki, a zarazem gotowi są omijać ją wtedy, gdy stoi im na drodze? Czy kultura ma być sumieniem wspólnoty, czy tylko ładniej oświetloną lożą dla tych, którzy klaszczą właściwej stronie?

Największym rozczarowaniem dla tego środowiska okazała się jednak nie tyle postawa tej części społeczeństwa, która — zorientowawszy się poniewczasie we własnej naiwności i łatwowierności — zaczęła odwracać się od władzy, pomijając oczywiście tych, którym odpłacono wiadomymi korzyściami. Prawdziwym ciosem stał się wybór na urząd Prezydenta RP człowieka reprezentującego nie tylko wysoki poziom kultury, wiedzy i przygotowania, lecz przede wszystkim głęboko patriotyczne wartości oraz przywiązanie do narodowego interesu.

W ten sposób naprzeciw tak chętnie wywyższanego przez „serduszkowy” obóz kosmopolityzmu i projektu coraz ściślejszej unifikacji Polski z ideologią oraz interesami Unii Europejskiej stanął mandat społeczny odwołujący się do zupełnie innego porządku: państwa, narodu, konstytucji i odpowiedzialności za własną wspólnotę.

Z Prezydentem Nawrockim i jego suwerennymi decyzjami — wpisującymi się w obraz polityka głęboko odpowiedzialnego i zaangażowanego w losy naszej Ojczyzny — można się zgadzać lub nie. Można oceniać jego posunięcia przez pryzmat własnych emocji, politycznych uprzedzeń albo sympatii wobec jego oponentów. Nie wolno jednak dopuszczać do tego, by głos kompromitujący poziom debaty publicznej znajdował oparcie w środowisku, które samo siebie przedstawia jako depozytariusza kultury, etyki i społecznej wrażliwości.

Tymczasem dziś — rok po wyborach prezydenckich, których wynik obóz rządzący, mimo jego jednoznaczności, usiłował na różne sposoby podważyć, medialnie osłabić i administracyjnie unieważnić — do głosu dochodzą publicznie objawy coraz głębszej degrengolady mentalnej. Widać ją szczególnie tam, gdzie skrajny cynizm władzy znajduje wsparcie w wypowiedziach osób uważających się — z powodów nie zawsze łatwych do zrozumienia — za głos i sumienie wyborców swoich politycznych idoli, a czasem wręcz za reprezentantów opinii całego społeczeństwa.

Aktorzy, publicyści i medialni komentatorzy, zamiast temperować emocje, coraz częściej dolewają oliwy do ognia, nadając własnym frustracjom rangę moralnego osądu narodu. Żeby było śmieszniej — albo może raczej żałośniej — osoby reprezentujące środowiska artystyczne, często występujące z mandatem ludzi kultury, a nierzadko także nauki, pozwalają sobie publicznie na wypowiedzi wobec osoby pełniącej urząd Prezydenta RP, które trudno pogodzić z elementarnymi standardami debaty publicznej.

Zamiast sporu z programem, zamiast rzeczowej krytyki decyzji i poglądów, pojawiają się akty pogardy, nienawiści i symbolicznego poniżania. Ich forma i treść tak dalece wykraczają poza granice ostrej, lecz dopuszczalnej debaty publicznej, że w skrajnych przypadkach mogą wypełniać znamiona czynów, za które polskie prawo przewiduje odpowiedzialność karną.

Czy środowisko, z którego wywodzą się te osoby, nie jest już w stanie — czy też, z przyczyn konformistycznych lub serwilistycznych, nie chce — zauważyć, że jest przez nie ośmieszane i poniżane jeszcze bardziej niż ich polityczni przeciwnicy?

Jak długo jeszcze będzie tolerować takie zdziczenie obyczajów, brak kultury i elementarnej ogłady tam, gdzie kultura powinna dawać przykład, temperować emocje i być jednym ze sztandarów etycznej odnowy życia publicznego? Tymczasem zamiast stać się moralnym zapleczem tych rządów, staje się coraz częściej ich pośmiewiskiem, ciężarem i świadectwem upadku.

Jeżeli środowisko to pozwala, by występowano w jego imieniu językiem pogardy, zdziczenia i politycznej nienawiści, samo wystawia się na śmieszność wobec społeczeństwa, które utrzymuje jego instytucje, finansuje je podatkami i wspiera ich działalność. Zamiast być wzorem odpowiedzialności za słowo, staje się wtedy sceną kompromitujących wynurzeń, które uderzają nie tylko w adresata ataku, lecz także w autorytet samej kultury.

Bo kultura nie żyje z własnego samozachwytu. Żyje z zaufania. Z przekonania zwykłych ludzi, że jest w niej coś więcej niż salonowy odruch, polityczna poza i środowiskowa solidarność w najgorszym momencie. Gdy ten autorytet zostanie roztrwoniony, nie odbuduje go żadna konferencja prasowa, żaden grant, żaden festiwal i żadna kolejna deklaracja o wrażliwości społecznej.

Zastanówcie się Państwo, czy nie pozwalacie właśnie piłować gałęzi, na której opiera się to, co dla świata kultury i nauki powinno być bezcenne: wiarygodność. Zwłaszcza wobec tych, którzy — mimo wielu wątpliwości narosłych w ostatnich latach — wciąż próbują zachować wobec was resztki szacunku.

Bo jeśli w porę tego nie zrozumiecie, milcząco wspierając ludzi wywodzących się z waszych kręgów, a zarazem wyraźnie nieodpowiedzialnych i nieobliczalnych, możecie utracić więcej, niż dziś sądzicie. I nie chodzi tylko o polityczny spór. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o przekonanie społeczeństwa, że kultura nie jest już przestrzenią wyższego namysłu, lecz kolejnym megafonem bieżącej władzy.

Nic nie pozostanie bez konsekwencji. A konsekwencje mają tę niewygodną właściwość, że wracają wtedy, gdy najmniej ich oczekujemy — jak w starym dowcipie o australijskim myśliwym, który kupił sobie nowy bumerang, ale starego nijak nie mógł wyrzucić.

I być może właśnie ten bumerang jest dziś najlepszym symbolem naszej tak zwanej kultury politycznej. Rzucony w przeciwnika z wielkim rozmachem, z uśmiechem moralnej wyższości i przy dźwiękach chóru samozadowolonych komentatorów, zatacza już szeroki łuk. A kiedy wróci, może się okazać, że uderzy nie tam, gdzie celowano, lecz prosto w tych, którzy byli pewni, że stoją po bezpiecznej stronie historii.

Tomasz Trzciński