Dekady temu dzień zaczynałem klasycznie: kawa i Gazeta Wyborcza.

Potem, gdy przeprowadziłem się do Irlandii, zamiast gazety był już Internet.

A kiedy media społecznościowe rozrosły się do obecnej skali – poranek zaczynał się od nich. Szczególnie od Twittera, dziś znanego jako X.

I tak było przez lata.

Aż na początku tego roku zrobiłem sobie coś, co dziś coraz częściej nazywa się cyfrowym detoksem. Polecam każdemu. X i cała reszta powędrowały w kąt, bo odkryłem, jak bardzo algorytmy potrafią trzymać człowieka w stanie permanentnego napięcia. Człowiek wchodzi tylko na chwilę, a wychodzi po godzinie – z głową pełną cudzych emocji, sporów i katastrof. Trochę jak całodobowa wersja TVN24, tylko w kieszeni.

Zostawiłem właściwie tylko Facebooka, jako namiastkę życia towarzyskiego.

I wtedy pojawiło się pytanie: czym zastąpić ten poranny rytuał?

Okazało się, że odpowiedź znalazłem zupełnie gdzie indziej.

Na YouTube. Jest tam kanał Albert z lasu.

Facet żyje swoim życiem gdzieś wśród drzew. Jest dom, są zwierzęta, są codzienne prace i oczywiście jest las. Nie jest typowym rolnikiem ani leśnikiem. Formalnie rzecz biorąc to YouTuber, choć to słowo trochę się już zdążyło zdewaluować. A szkoda, bo jeśli ktoś naprawdę zasługuje na miano internetowego twórcy, to właśnie tacy ludzie.

Albert po prostu pokazuje swoje życie.

Opowiada o zwierzętach, o pracy wokół domu, o planach, o marzeniach.

Bez krzyku. Bez skrajności. Bez celebryckiego ekshibicjonizmu.

Ta dawka zwyczajności działa z rana jak najlepsza kawa. W świecie, który codziennie próbuje nas czymś zdenerwować, przestraszyć albo oburzyć, taka spokojna opowieść o życiu w lesie jest jak porządny zastrzyk dopaminy.

Albert jest przy tym człowiekiem niezwykle pozytywnym. Mam wrażenie, że jego drugie imię to po prostu „Uśmiech”.

Polecam Wam jego kanał – i oczywiście Uli również.

A zimowa epopeja z kotem Żbikiem to już była historia godna Jacka Londona.

Dzięki, Albert

 

A tu randomowy filmik sprzed pół roku: https://youtu.be/RkoPHQzE0L4?is=OmS9t5yxUJogPDzb