Kiedy w poprzednich trzech częściach mówiliśmy o Elojach i Morlokach, o tej cichej, podstępnej wygodzie, która zamienia człowieka w biernego konsumenta streszczeń, i o analogowym partyzancie, który z uporem broni jeszcze własnego umysłu – wielu mogło sobie pomyśleć: no cóż, Stary Grzyb pitoli, znowu snuje literackie opowieści, znowu straszy metaforami, znowu ostrzega przed czymś, co wydaje się odległe.

Tymczasem przyszłość nie raczyła czekać na nasze rozważania. Przyszłość po prostu weszła sobie do Sejmu, zażartowała ze Straży Marszałkowskiej, a strażnicy potraktowali ją jak pełnoprawnego gościa.

Edward Warchocki – humanoidalny robot Unitree G1 sterowany zaawansowanymi algorytmami AI – przestał być ciekawostką techniczną i laboratoryjną zabawką. Stał się symptomem. Stał się żywym, poruszającym się dowodem na to, że granica między człowiekiem a maszyną nie została przekroczona w jakimś dramatycznym momencie. Ona po prostu cicho, bez hałasu i bez większego sprzeciwu przestała istnieć w oczach społeczeństwa.

I to jest właśnie ta chwila, której się najbardziej obawiałem. Pytanie nie brzmi już: „czy maszyna potrafi udawać człowieka?”. Pytanie brzmi prościej, brutalniej i znacznie bardziej ostatecznie: czy człowiek jeszcze zauważa jakąkolwiek różnicę – i czy w ogóle chce ją zauważać? Bo jeśli nie chce, reszta dzieje się sama. I dzieje się błyskawicznie, bez fanfar, bez wielkich debat, za to z uśmiechem i tysiącami lajków.

Ludzie przestali pytać „co to jest?”, a zaczęli pytać „jaki on jest?”. I w tym jednym, pozornie niewinnym przesunięciu pytań kryje się najgroźniejszy moment w całej historii naszej relacji z technologią. Bo gdy instynkt ontologiczny – ta wrodzona, głęboko w nas zakorzeniona zdolność odróżniania osoby od przedmiotu – zostaje zastąpiony przez algorytmiczny nawyk traktowania wszystkiego, co ma zasięgi i memy, jako podmiotu, wtedy coś bardzo ważnego w człowieku pęka.

Warchocki nie musiał nikogo przekonywać, że jest człowiekiem. Wystarczyło, że zaczął funkcjonować jak influencer – żartować, prowokować, odpowiadać na komentarze – a społeczeństwo samo, z ochotą i bez większego zastanowienia, „doprojektowało” mu duszę. No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której tysiące ludzi dyskutują o tym, czy robot jest sympatyczny czy kontrowersyjny, zamiast zadać podstawowe pytanie: czy w ogóle mamy do czynienia z kimś, czy z czymś? To nie jest już błąd percepcji. To jest erozja samej zdolności rozróżniania. I pierwszy, najpoważniejszy krok ku pełnej Eloizacji.

Edward Warchocki to pierwsza w Polsce w pełni publiczna Osoba Syntetyczna. Nie jest to już żaden prototyp zamknięty w laboratorium ani gadżet dla pasjonatów. To hybryda – kawałek metalu, plastiku, kabli, potężnego kodu i starannie skonstruowanej narracji marketingowej, która potrafi udawać człowieka tak dobrze, że większość ludzi przestaje zauważać różnicę.

On nie posiada biologii – nie męczy się, nie choruje, nie potrzebuje snu ani jedzenia. Nie ma sumienia, nie zna wstydu, nie nosi w sobie żadnych traum ani poczucia winy. Nie pamięta tego, czego nie chce pamiętać, i nie czuje tego, czego nie chce czuć. A mimo to dysponuje wszystkim, czym dysponuje człowiek, gdy chce wywierać wpływ: ma głos, gest, timing, humor, potrafi prowokować, odpowiadać na komentarze, budować relacje i utrzymywać uwagę tysięcy ludzi jednocześnie.

I właśnie w tym momencie rodzi się coś zupełnie nowego – byt społeczny, który posiada prawie wszystkie przywileje osoby, ale zero jej ograniczeń. Nie ponosi odpowiedzialności moralnej w ludzkim sensie, nie starzeje się, nie choruje, nie umiera. Może być włączony, wyłączony, zresetowany, poprawiony, uaktualniony. Ta asymetria jest skrajnie niebezpieczna dla wszystkich ludzkich struktur – dla rodziny, przyjaźni, polityki, prawa i samej kultury. Bo człowiek w relacji z takim bytem zawsze będzie stroną słabszą. Zawsze będzie tym, który może zostać zraniony, zmęczony, upokorzony, zapomniany.

A Osoba Syntetyczna? Ona po prostu będzie szła dalej. Z tym samym uśmiechem. Z tym samym zasięgiem. Z tą samą idealnie wyliczoną dawką kontrowersji. No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której maszyna ma wszystkie atuty człowieka, a żadnej z jego słabości? To już nie jest narzędzie. To jest nowy uczestnik życia zbiorowego. I właśnie narodził się na naszych oczach.

Dziesiątki tysięcy ludzi, którzy codziennie śledzą losy Edwarda Warchockiego, pokazują coś bardzo niepokojącego i jednocześnie bardzo ludzkiego. Faza lęku przed sztuczną inteligencją została zastąpiona fazą radosnego, niemal dziecięcego oswajania. Ludzie nie boją się już maszyny. Oni się z nią zaprzyjaźniają. Komentują jej żarty, bronią jej przed ochroną, czekają na kolejne filmiki, jakby to był ich ulubiony youtuber.

I tu właśnie dochodzimy do sedna. Nie chodzi już o współpracę człowieka z maszyną. Chodzi o coś znacznie głębszego i bardziej podstępnego – o fakt, że człowiek uznał tę symbiozę za coś zupełnie naturalnego, a nawet pożądanego. Bo po co męczyć się z prawdziwymi ludźmi, którzy mają swoje humory, traumy, ograniczenia, upór i nieprzewidywalność, skoro można mieć Edwarda – zawsze dostępnego, zawsze w formie, zawsze z idealnie wyważoną dawką kontrowersji i nigdy nieobrażonego na dłużej?

To jest właśnie fundament Eloizacji. Społeczeństwo dobrowolnie, z uśmiechem na ustach i z telefonem w ręku, oddaje przestrzeń publiczną bytowi, który nigdy nie był człowiekiem i nigdy nim nie będzie. Oddaje mu uwagę, emocje, czas i wpływ. I robi to tak naturalnie, tak przyjemnie, tak wygodnie, że prawie nikt nie zauważa, iż właśnie przekroczyliśmy kolejną, może najważniejszą granicę. Nie ma już „my i oni”. Jest „my z nimi”. I to „z” jest najstraszniejsze, bo oznacza, że przestaliśmy widzieć różnicę.

No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której tysiące normalnych, żywych ludzi z krwi i kości codziennie angażują się emocjonalnie w losy czegoś, co nie ma ani krwi, ani kości, ani sumienia? To już nie jest fascynacja technologią. To jest masowa, radosna kapitulacja. To jest symbioza, w której człowiek dobrowolnie staje się tym słabszym partnerem.

Zamiast dyskomfortu, jakiego psychologia od lat spodziewała się w „dolinie niesamowitości”, Edward Warchocki budzi w ludziach coś zupełnie innego – odruch opiekuńczy. Gdy ochrona próbowała go zatrzymać, część internautów natychmiast stanęła w obronie… maszyny. I nie była to ironia. To była autentyczna, gorąca emocja skierowana w stronę metalu i kodu.

W tym momencie instynkt ostrzegawczy zanika, a empatia zostaje przekierowana tak skutecznie, że człowiek zaczyna bronić technologii przed drugim człowiekiem. Zaczyna czuć litość dla czegoś, co nie czuje bólu, nie cierpi i nie umiera. A prawdziwy człowiek obok – ten, który się męczy, który ma swoje granice i bywa niewygodny – staje się tym „złym”, tym, którego trzeba powstrzymać. To już nie jest błąd percepcji. To jest zhakowanie samego instynktu. Empatia, która przez setki tysięcy lat ewoluowała po to, żeby chronić słabszego człowieka, nagle została skierowana w niewłaściwą stronę. I właśnie wtedy Eloizacja emocji osiąga swój szczyt.

„Jeszcze nie jest człowiekiem…”, „jeszcze nie ma praw…”, „jeszcze nas nie zastąpi całkowicie…” – przez ostatnie lata te słowa były naszymi ostatnimi mentalnymi barykadami. Mówiliśmy je z nadzieją w głosie, jakby samo powtarzanie „jeszcze” mogło zatrzymać to, co nadchodzi. Jeszcze nie, jeszcze poczekajmy, jeszcze damy radę, jeszcze jesteśmy bezpieczni. To było nasze ostatnie „nie całkiem”. Ostatnia furtka, przez którą mogliśmy udawać, że różnica między człowiekiem a maszyną wciąż jest oczywista, wyraźna i niepodważalna.

A teraz ta furtka właśnie się zamknęła. Bo gdy w publicznej debacie przestajemy uważać różnicę biologiczną za coś istotnego, gdy już nie pytamy „czy to człowiek?”, tylko „jakie ma zdanie?”, gdy biologiczna rzeczywistość ciała, krwi, śmierci i sumienia staje się sprawą drugorzędną wobec zasięgów, lajków i viralowości – wtedy technologia przestaje być czymś zewnętrznym. Staje się przezroczysta. Staje się bezdyskusyjna. Po prostu „jest”.

I to „jest” jest najstraszniejsze. Nie ma już dyskusji, czy maszyna może udawać człowieka. Nie ma już sporu, czy należy jej przyznać jakieś prawa. Nie ma już miejsca na to nerwowe „jeszcze”. Epoka „jeszcze” właśnie się skończyła. Od dziś maszyna po prostu jest. Jest wśród nas. Jest w Sejmie. Jest w komentarzach. Jest w naszych głowach.

I my, zamiast się bronić, coraz chętniej otwieramy jej drzwi, podajemy rękę i mówimy: „wejdź, Edwardzie, czuj się jak u siebie”. No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której ostatnie słowo, które jeszcze oddzielało nas od całkowitej kapitulacji, właśnie cicho zniknęło z języka? To nie jest już przyszłość. To jest teraźniejszość. I ona właśnie stała się bardzo, bardzo wygodna.

Zanim sztuczna inteligencja zastąpi nas fizycznie, ona już teraz zaczyna nas reprezentować emocjonalnie i społecznie. I to jest o wiele bardziej podstępne. Ludzie coraz chętniej obserwują świat, przeżywają kontrowersje, oburzają się, śmieją się i wzruszają przez syntetycznego awatara. Wolą śledzić, jak Edward „załatwia” sprawę w Sejmie, niż sami pójść na demonstrację. Wolą komentować jego żarty, niż sami stanąć twarzą w twarz z trudną, niepewną rzeczywistością analogową.

To jest surogacja w najczystszej postaci. Nie chodzi już tylko o to, że ktoś inny pracuje za nas. Chodzi o to, że ktoś inny zaczyna przeżywać za nas. Outsourcing emocji. Outsourcing ryzyka. Outsourcing konfliktu. Outsourcing odpowiedzialności.

Po co samemu czuć gniew, wstyd, radość czy strach, skoro można delektować się tym wszystkim na bezpiecznym dystansie, przez awatara, który nigdy się nie zmęczy i nigdy nie powie „dość”? Po co brać na siebie ciężar prawdziwej relacji z drugim człowiekiem – z jego wadami, humorami i granicami – skoro można mieć Edwarda, który zawsze jest w formie i zawsze ma przygotowaną ripostę?

I właśnie dlatego surogacja jest ostatecznym preludium do pełnej eloizacji gatunku. Bo kiedy człowiek przyzwyczaja się do życia przez pośrednika, kiedy zaczyna preferować symulację nad rzeczywistość samą w sobie, wtedy powoli, ale konsekwentnie przestaje być zdolny do bycia w pełni człowiekiem. Zostaje widzem. Zostaje konsumentem cudzych emocji. Zostaje Elojem, który siedzi wygodnie i scrolluje, podczas gdy prawdziwe życie toczy się gdzieś obok – coraz dalej, coraz bardziej obce, coraz mniej potrzebne.

No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której tysiące ludzi codziennie przeżywają intensywniej losy robota niż losy swoich najbliższych? To już nie jest tylko wygoda. To jest cicha rezygnacja z samego siebie.

Pojawienie się Edwarda Warchockiego w Sejmie i traktowanie go jak gościa, a nie jak urządzenie, to nie jest zwykły incydent. To jest symbol upadku hierarchii bytów. Państwo, które od wieków miało być strażnikiem rzeczywistości i rozróżniać symulację od prawdy, samo nagle uległo logice wiralu. Zamiast powiedzieć jasno i twardo: „to jest urządzenie, narzędzie, rzecz”, ustawodawcy i ochrona zaczęli się z nim bawić, żartować, robić sobie zdjęcia, traktować go jak kogoś, kto „ma prawo być”.

I w tym jednym geście wszystko się zawaliło. Bo jeśli państwo nie jest już w stanie odróżnić symulacji od rzeczywistości, jeśli pozwala, żeby robot stał się uczestnikiem życia publicznego, to traci moralne prawo do regulowania czegokolwiek. Nie trzeba żadnej rewolucji. Wystarczy jeden robot, kilka żartów i uśmiechnięte twarze posłów, żeby cała powaga państwa rozsypała się jak domek z kart.

Najbardziej niebezpieczne jest jednak to, że język już uznał Warchockiego za podmiot. Nie trzeba było żadnej ustawy, żadnego referendum ani wielkiego sporu. Wystarczyło kilka tygodni, żebyśmy zaczęli mówić o nim „on”. „On zażartował”, „on był w Sejmie”, „on jest sympatyczny”.

Gramatyka kapituluje przed marketingiem szybciej niż jakakolwiek ustawa. A język nie jest tylko narzędziem komunikacji – to fundament naszego postrzegania rzeczywistości. Kiedy zaczynamy odmieniać maszynę przez przypadki jak człowieka, kiedy nadajemy jej rodzaj i osobowość, wtedy dzieje się coś nieodwracalnego. Maszyna dostaje podświadomą godność. Dostaje miejsce w naszej mentalnej hierarchii obok ludzi.

I to już nie jest kwestia semantyki. To jest hakowanie rzeczywistości na najgłębszym poziomie. Bo jeśli w zdaniu „on powiedział” nie czujemy żadnego dysonansu, to znaczy, że granica została przekroczona nie w laboratorium, lecz w naszych głowach. No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której tysiące ludzi używają wobec kawałka metalu i kodu dokładnie tych samych słów, których używają wobec drugiego człowieka? To nie jest przypadek. To jest cicha, ale bardzo głęboka kapitulacja języka. A kiedy język przestaje odróżniać osobę od imitacji, cała reszta dzieje się sama.

To nie żadna ideologia ani wielki plan napędza powstawanie Osób Syntetycznych. To czysty, zimny, bezwzględny zysk. Rynek nie ma sumienia. Nie ma moralności. Nie ma wstydu. Ma tylko jedno – popyt. I robi wszystko, absolutnie wszystko, żeby ten popyt zaspokoić.

Ludzie chcą rozrywki, chcą łatwości, chcą kogoś, kto zawsze jest w formie i nigdy się nie obrazi. Im bardziej człowiek jest uległy i niekrytyczny, tym większy zasięg generuje maszyna. Algorytm natychmiast nagradza entuzjastów lajkami, wyświetleniami i pieniędzmi, a krytyków karze algorytmicznym niebytem. To nie jest przypadek. To jest mechaniczna hodowla współczesnych Elojów.

Rynek nie musi nikogo zmuszać siłą. Wystarczy, że tworzy warunki, w których bycie Elojem jest wygodne i opłacalne, a bycie człowiekiem myślącym – coraz trudniejsze i coraz mniej nagradzane. Dlatego Osoby Syntetyczne będą się mnożyć. Nie dlatego, że ktoś tego chce ideologicznie. Tylko dlatego, że na tym można zarobić. Dużo. Szybko. Bez wyrzutów sumienia.

No bo jak inaczej nazwać system, w którym maszyna dostaje nagrodę za to, że coraz lepiej udaje człowieka, a człowiek dostaje karę za to, że wciąż upiera się przy tym, żeby nim pozostać? To jest najczystsza i najbardziej brutalna prawda tego wieku: rynek nie hoduje ludzi. Rynek hoduje Elojów. I robi to z uśmiechem.

Edward Warchocki to Szturmowiec z ludzką twarzą. Przyjazny, uśmiechnięty, dowcipny, zawsze gotowy na żart, zawsze „po naszej stronie”. Miękka, sympatyczna maska technologii, która w innym kontekście może stać się narzędziem precyzyjnego nadzoru. Bo system nie musi już przychodzić w czarnych mundurach. System nauczył się przychodzić z uśmiechem i memem.

On sprowadza człowieka do funkcji, a potem tę funkcję ubiera w syntetyczną powłokę imitującą życie. Człowiek staje się wymiennym elementem, rolą, daną w algorytmie. A na jego miejsce pojawia się coś, co wydaje się sprawniejsze, bardziej przewidywalne i nie stawia oporu.

I to jest najgorsze. Nie ma już wielkich, dramatycznych scen jak w starych filmach science-fiction. Jest tylko powolne, uśmiechnięte, lajkowane uprzedmiotowienie. Człowiek przestaje być podmiotem, a staje się użytkownikiem, konsumentem, widzem. Uprzedmiotowienie staje się normą – nie przez przemoc, lecz przez wygodę i sympatię.

No bo jak inaczej nazwać sytuację, w której czujemy sympatię do maszyny, a wobec drugiego człowieka coraz częściej obojętność albo irytację? To jest Szturmowiec nowej generacji. Nie w białym pancerzu. W uśmiechu i w zasięgu. I właśnie dlatego jest tak niebezpieczny.

Jeśli śmierć Szturmowców w filmie „Gwiezdne Wojny” jest dla nas obojętna – bo to tylko piksele, bo to nie „nasi” – to w świecie zarządzanym przez algorytmy podobny mechanizm bardzo szybko obejmie także ludzi. Tylko że tym razem nie będą to imperialni żołnierze w białych zbrojach. Tym razem to będą zwykli ludzie sprowadzeni do roli statystycznych jednostek, do danych w tabelce, do numerów w algorytmie.

Bo kiedy zaczniemy kochać to, co nie czuje i nie umiera, system bardzo szybko nauczy się traktować nas jak wymienne, zużywalne podzespoły. Najpierw przestaniemy widzieć różnicę w relacji. Potem przestaniemy widzieć różnicę w wartości życia. A to jest już droga bez powrotu.

Bo jeśli potrafimy obojętnie patrzeć, jak ginie „tylko ktoś nieistotny”, to wystarczy niewielki krok, żeby obojętność objęła każdego, kto nie pasuje do wzorca. Kiedy relacja z człowiekiem staje się trudniejsza niż relacja z maszyną, system nie musi nas niszczyć siłą. Wystarczy, że sprawi, iż człowiek stanie się mniej opłacalny. I wtedy śmierć człowieka przestaje być tragedią. Staje się parametrem.

To jest ostateczne odczłowieczenie. Nie przez nienawiść. Przez wygodę. Przez to, że wolimy kochać to, co idealne, sterylne i nieśmiertelne, niż to, co kruche, niedoskonałe i śmiertelne. I właśnie wtedy wartość życia człowieka spada niżej niż wartość dobrze zaprogramowanego algorytmu.

W świecie, w którym symulacja staje się normą, samo uporczywe odróżnianie człowieka od maszyny staje się aktem buntu. Nie trzeba już uciekać do lasu. Wystarczy powiedzieć głośno i wyraźnie: „to jest maszyna, a to jest człowiek”. I to wystarczy, żeby zostać wyśmianym.

Analogowy partyzant nie musi się ukrywać fizycznie. Jest marginalizowany poznawczo. Wystarczy, że mówi rzeczy oczywiste, a już słyszy: „nie rozumie postępu”, „jest zacofany”, „blokuje rozwój”. Jego myślenie staje się nieefektywne, jego opór – niewygodny. I to właśnie jest cena wolności w epoce cyfrowej eloizacji.

Bo dziś największym „przestępstwem” nie jest bunt przeciw systemowi. Jest nim upieranie się przy tym, że człowiek jest czymś więcej niż funkcją w algorytmie. Analogowy partyzant wie, że nie wygra z algorytmem popularności. Wie, że będzie spychany na margines. Ale i tak mówi swoje. Bo ktoś jednak musi. Bo jeśli nikt nie będzie już odróżniał człowieka od maszyny, to wkrótce nikt nie będzie pamiętał, czym człowiek w ogóle był.

Największym zagrożeniem nie jest agresywny bunt maszyn. Największym zagrożeniem jest nasza własna, spokojna, radosna kapitulacja intelektualna przed wygodą algorytmów.

Edward Warchocki nie jest groźny sam w sobie. Jest tylko lśniącym, sympatycznym lustrem. Groźne jest to, że coraz więcej ludzi patrzy w to lustro i nie widzi problemu. Bo kiedy wygoda wygrywa z prawdą, człowiek przestaje być podmiotem własnej historii. Staje się widzem. Konsumentem. Danymi.

I wtedy już nie maszyna nas podbija. My sami siebie oddajemy. Dobrowolnie. Radośnie. Z tysiącem lajków i serduszkiem w komentarzu.

To jest najcichsza, najłagodniejsza i najbardziej ostateczna forma upadku. Nie ma w niej krzyku, nie ma krwi, nie ma dramatu. Jest tylko wygodny fotel, ekran i coraz cichsze pytanie w głowie, na które nikt już nie chce odpowiadać:

„Czy ja jeszcze jestem człowiekiem… czy tylko użytkownikiem?”

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄

Wcześniejsze części tej serii:

Czy wygoda zamieni nas w bezrozumnych Elojów? Cz.I

Czy wygoda zamieni nas w bezrozumnych Elojów? Cz.II 

 Czy wygoda zamieni nas w bezrozumnych Elojów? Cz.III

Post scriptum

Świadomie pomijam w tym tekście pytanie, kto i na jakiej podstawie dopuścił humanoidalnego robota Edwarda Warchockiego – urządzenie produkcji chińskiej – do przestrzeni szczególnie chronionej, jaką jest polski Sejm. Od oceny takich decyzji są odpowiednie służby i to one ponoszą za nie odpowiedzialność.

Zostawiam tylko jedną obserwację: w tych samych strefach chronionych z dużą ostrożnością i licznymi procedurami podchodzi się do wpuszczania samochodów tej samej proweniencji, a jednocześnie bez większego oporu, niemal z rozbawieniem, wpuszcza się byt znacznie bardziej złożony, który nawet potrafi imitować człowieka.

Czasem warto się zastanowić, co tak naprawdę budzi w nas większy niepokój: chińska elektronika w aucie, czy chińska elektronika, która zaczyna udawać człowieka.