Przez lata słyszeliśmy, że na Węgrzech „nie ma demokracji”, że państwo jest rzekomo autorytarne, a władza wszystko kontroluje. Tak mówiono o rządach Viktora Orbána niemal w każdym europejskim studiu telewizyjnym.

No dobrze. To pojawia się bardzo proste pytanie.
Jeżeli demokracji nie było, to jakim cudem opozycja wygrała wybory?

W autorytaryzmie opozycja nie wygrywa. Tam wyniki są znane wcześniej, a wybory są dekoracją. Tymczasem na Węgrzech odbyła się normalna kampania, ludzie poszli do urn i władza się zmieniła.

Czyli jednak wyborcy decydują. Ale przez lata powtarzano inną historię. Bruksela wstrzymywała pieniądze, powołując się na „praworządność”. Presja finansowa była oczywista.

Bardzo podobny mechanizm widzieliśmy wcześniej wobec Polski. I tu dochodzimy do ciekawego wniosku.

W europejskiej narracji demokracja wygląda czasem bardzo specyficznie. Demokracja jest wtedy, gdy rząd w danym kraju podoba się unijnym elitom, zwłaszcza tym największym i najgłośniejszym z Berlina. Najlepiej, gdy taki rząd jest grzeczny, przewidywalny, spolegliwy. Gdy daje się poklepać po plecach i bez większego dyskutowania robi to, co mu każą.

Jeżeli natomiast próbuje prowadzić własną politykę, nagle zaczynają się wykłady o demokracji, praworządności i europejskich wartościach.

Paradoks polega na tym, że demokracja w swojej istocie jest znacznie prostsza. To nie Bruksela decyduje, kto rządzi. Nie Berlin. Nie komentatorzy w telewizji. Decydują wyborcy. Nawet wtedy, gdy ich wybór komuś bardzo się nie podoba