Mojemu pokoleniu, w dzieciństwie, na ogół się nie przelewało. Lody były rzadko, czekolada też. Nie mówiąc o owocach tropikalnych.

Czym zatem raczyły się gzuby? ( gzub, gwara poznanska-dzieciak)

Ano tym co było tanie i pod ręką.

Najczęściej to był chleb z cukrem, w dwóch wariantach.

Pierwszy, lekko namoczony wodą i posypany obficie cukrem.

Drugi, ze śmietaną i cukrem.

Jak smakował?

Zwłaszcza latem, popijany kompotem z agrestu, porzeczek, wiśni lub rabarbaru?

Wyśmienicie.

Co prawda cukier oblepiał całą buzię i ręce, ale to był taki rarytas, że najlepsze delicje mogą się schować.

Zdecydowanie, dla mnie, najlepszą jego wersją była ta, gdy chleb z piekarni był jeszcze ciepły, a jego skórka, chrupiąca.
Wyobraźcie sobie ten zapach i tekstura kromki świeżego chleba z makiem, posypanej bialiuśkim cukrem.

Uwielbiałem gdy cukier chrupał między zębami lub rozpływał się powoli, gdy kęs chleba trochę się potrzymało w ustach.
Niech się schowają te wszystkie pseudo-dubajskie wynalazki, które stały się obecnie modne.

Kolejną jego wersją, chleba znaczy się, był ten ze świeżo odwirowanym miodem z dziadkowych uli.
Zaraz po wyjęciu plastra.

Trudno powiedzieć z jakich kwiatów był zrobiony.
Jego smak zależał od tego, co na pobliskich polach wysiano.
Jeśli rzepak, to miał nutę rzepakową.
Jeśli facelię, to jej smak.
Jednak najczęściej wielokwiatowy.

Maczałem, dopiero co upieczony przez babcię Annę chleb, w misce z ciekłym, złocistym miodem i zajadałem się tym smakołykiem, aż niekiedy bolał brzuch.
Zwłaszcza gdy chleb był jeszcze ciepły.

Takie to były przysmaki.
Choć kaloryczne i psuły zęby, były kwintesencją lata.

Na zdjęciu, pierwszy mój dom, przy Kościuszki 4, w Wyrzysku