O cudzie w Bolsenie i pytaniu, którego czasem nie mamy odwagi zadać

Dziś Boże Ciało. Ktoś dziś zapytał mnie, skąd właściwie wzięło się to święto. Odpowiedziałem, bo akurat tę historię znałem. A potem pomyślałem, ilu ludzi jej nie zna, choć co roku widzi procesje, baldachim, chorągwie, dzieci sypiące kwiaty i ołtarze przy drogach. Ilu chciałoby zapytać, ale nie ma kogo, albo nie ma odwagi, bo przecież „takie rzeczy powinno się wiedzieć”. A może właśnie nie powinno się udawać, że się wie. Może warto czasem opowiedzieć najprościej, od początku.

Są takie historie, które Kościół pamięta nie dlatego, że są spektakularne, ale dlatego, że są bolesne i prawdziwe. Bo zaczynają się od człowieka, który – choć wierzy – to jednak nie do końca. I właśnie dlatego jest nam tak bliski.

W 1263 roku pewien ksiądz z Czech, Piotr z Pragi, ruszył w pielgrzymkę do Rzymu. Nie po odpusty, nie po przygodę, ale po coś znacznie trudniejszego: po ratunek dla własnej wiary. Dręczyła go myśl, która dręczyła wielu przed nim i wielu po nim: „Czy to naprawdę jest Ciało Chrystusa? Czy ja się nie łudzę?”

To nie był buntownik ani heretyk. To był człowiek zmęczony własnym sercem. I to właśnie takich ludzi Bóg lubi zaskakiwać.

W drodze powrotnej zatrzymał się w Bolsenie, małym włoskim miasteczku. Odprawiał Mszę świętą – zwyczajną, cichą, bez fanfar. I wtedy stało się coś, czego nie planował, o co nie śmiał prosić, a co zmieniło historię Kościoła: Hostia zaczęła krwawić. Krew spływała na korporał, na dłonie, na kamienie ołtarza. Nie jako metafora. Nie jako symbol. Jako odpowiedź.

Wieść dotarła do papieża Urbana IV, który akurat przebywał w pobliskim Orvieto. Papież kazał przynieść zakrwawiony korporał w uroczystej procesji – i to właśnie wtedy ten znak przestał być tylko odpowiedzią daną jednemu księdzu. Stał się znakiem dla całego Kościoła.

Rok później Urban IV ustanowił dla całego Kościoła Święto Bożego Ciała. Dojrzewało ono wcześniej w modlitwie, teologii i kulcie Eucharystii, ale cud w Bolsenie nadał mu szczególny, ludzki i przejmujący ton. To święto nie jest więc tylko triumfem teologii, lecz także triumfem ludzkiej słabości, którą Bóg bierze na serio. Nie powstało wyłącznie z pewności, lecz także z wątpliwości. Nie z chłodnego wykładu, lecz z drżenia rąk jednego kapłana.

I może właśnie dlatego to święto tak mocno działa do dziś. Bo każdy z nas ma w sobie coś z Piotra z Pragi – tę cichą, wstydliwą myśl: „Panie, jeśli jesteś, pokaż mi to jeszcze raz.”

A Bóg, jak w Bolsenie, odpowiada nie spektaklem, lecz obecnością. Boże Ciało nie jest tylko świętem pewności, ale także wiary, która kiedyś zadrżała – tak jak wielu z nas drży dzisiaj. I może dlatego jest nam tak bliskie.

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄