Był 1986 rok. Komuna w Polsce powoli traciła grunt pod nogami. Stan wojenny był już historią, system coraz wyraźniej się kruszył, a młodzi ludzie coraz odważniej domagali się prawa do własnego głosu.

Ale w „czerwonej Hajnówce” stare mechanizmy wciąż działały.

Przyjechali młodzi punkowcy z Białegostoku — Tempelhof. Nie byli konspiratorami. Nie tworzyli podziemnej organizacji. Mieli gitary, własne teksty i przekonanie, że nie wszystko trzeba śpiewać tak, jak życzy sobie władza.

Podczas Konkursu Muzyki Nowofalowej z programu wyrzucono 36 utworów, w tym siedem Tempelhofu.

Muzycy mimo zakazów zaczęli grać.

Wtedy wyłączono im prąd.

Trudno o lepszy symbol schyłkowego PRL: system nie potrafił odpowiedzieć na punkową muzykę argumentem, więc odpowiedział wyłącznikiem.

Ale na tym się nie skończyło. Pojawiła się SB i sprawa operacyjnego sprawdzenia „Amatorzy”. Były rozmowy ostrzegawcze, naciski, problemy związane ze szkołą i studiami. Andrzej Bołtryk „Dziewiona” trafił do wojska, Wojciech Rogalski „Rogal” miał problemy z dostaniem się na studia.

Kilku młodych ludzi z gitarami potraktowano jak zagrożenie dla państwa.

I właśnie dlatego warto pamiętać tę historię.

Bo można różnie oceniać muzykę Tempelhofu. Można nie lubić punku. Można uważać ich teksty za prowokacyjne.

Ale po czterdziestu latach jedno jest pewne:

to nie oni powinni się wstydzić.

Wstyd pozostaje po stronie tych, którzy uznali, że najlepszą odpowiedzią na piosenkę jest cenzura, zakaz, wyłączenie prądu i represja.

Tempelhof wrócił na scenę po ponad trzydziestu latach jako Tempelhof 85.

A „czerwona Hajnówka” została w tej historii przede wszystkim jako symbol świata, który próbował zatrzymać młodych ludzi wyłącznikiem.

Komuna przeminęła.

Hańba jej strażników została.