Po drugim dniu Forum dla Rodziny w Andrychowie — o ks. Walusiaku, drewnianym klocku zamiast telefonu i o tym, dlaczego terapia to nie wymiana zepsutej części

Właściwie znalazłem się tam trochę przypadkiem. O dwudniowym „Forum dla Rodziny”, organizowanym w kościele pw. św. Macieja w Andrychowie, dowiedziałem się podczas Mszy świętej. Zwykłe ogłoszenie, które można było puścić mimo uszu, ale tym razem coś mnie zatrzymało. Zaciekawiła mnie zarówno sama problematyka, jak i nazwiska zaproszonych wykładowców, więc postanowiłem przyjść i posłuchać.

Pierwszego dnia słuchałem z dużym zainteresowaniem profesora Jakuba Andrzejczaka – badacza i teoretyka, który postawił przed nami sporo pytań, dołożył do nich niemało diagnoz i poruszył we mnie kilka różnych strun naraz. Nie ze wszystkim od razu chciało mi się zgadzać, nad niejednym trzeba było jeszcze trochę popitolić we własnej głowie, ale jedno było pewne: temat nie skończył się wraz z wykładem.

Dlatego następnego dnia z ciekawością usiadłem posłuchać człowieka z zupełnie innego świata. Nie badacza, który opisuje mechanizmy, lecz praktyka, który od dziesięcioleci spotyka się z ich skutkami. Człowieka, dla którego uzależnienie nie jest kategorią w ankiecie ani wykresem w prezentacji, lecz konkretnym chłopakiem, konkretną dziewczyną, konkretną rodziną i konkretnym dramatem, który trzeba próbować odwrócić.

Ksiądz prałat Józef Walusiak nie przyjechał opowiadać o uzależnieniach wyłącznie z książek. Od ponad trzech dekad pracuje z młodzieżą uzależnioną i jej rodzinami, a jego zawodowa droga od lat związana jest z bielską „Nadzieją” – ośrodkiem, do którego młodzi ludzie trafiają już nie z ryzykiem problemu, lecz z problemem bardzo konkretnym. Dlatego kiedy mówi o narkotykach, telefonie, pornografii, samotności, rodzinie czy nawrotach, mówi przede wszystkim z pamięci spotkań z ludźmi, których trzeba było próbować wyciągać z bardzo głębokich dołów.

Ks. Walusiak zaczął od rzeczy niby oczywistej, ale jednak wartej przypomnienia: świat zmienił się szybciej, niż człowiek zdążył sobie to wszystko poukładać. Jeszcze jedno pokolenie temu dziadkowie pamiętali głód, a dziś wnuki potrafią wyrzucać jedzenie. W takim tempie zmieniają się nie tylko warunki życia. Zmieniają się też rodziny, relacje, wychowanie i cały porządek, według którego młody człowiek próbował kiedyś rozpoznawać, kto ma rację.

Dawniej – mówił – dziecko miało kilka dość wyraźnych punktów odniesienia: rodzica, nauczyciela, księdza, czasem lekarza. Można było z nimi polemizować, można się było buntować, ale wiadomo było przynajmniej, kto w tej układance jest dorosłym i od kogo oczekuje się odpowiedzi. Dzisiaj tych odpowiedzi jest znacznie więcej i często zupełnie do siebie nie pasują. Co innego słyszy się w domu, co innego w szkole, jeszcze co innego w Kościele, mediach czy wśród rówieśników. Do tego dochodzi internet, który nie czeka, aż człowiek dojrzeje do pytania, tylko od razu podsuwa tysiąc odpowiedzi – zwykle każdą inną.

Może więc pierwszy problem nie polega na tym, że młody człowiek ma za mało informacji, ale że ma ich tyle, iż coraz trudniej rozpoznać, które z nich naprawdę warto potraktować serio. Ks. Walusiak mówił o rozchwianiu autorytetów, a ja słuchałem i pomyślałem, że może nie chodzi już nawet o to, że autorytet zniknął. Może raczej rozpadł się na kawałki i każdy z tych kawałków woła z innej strony: mnie słuchaj.

Z tego rozchwiania Ks. Walusiak przeszedł do tematu, który zabrzmiał chyba najmocniej, bo dotyczył nie dzieci zaniedbanych materialnie, ale często właśnie tych, którym rodzice starali się zapewnić wszystko. W jego opowieściach wracali dorośli zdziwieni tym, co się stało: przecież dziecko miało ubrania, pieniądze, zajęcia, sprzęt, wyjazdy, niczego mu nie brakowało. Tyle że – jak wynikało z doświadczeń prałata – można mieć pełny pokój rzeczy, a jednocześnie bardzo pustą codzienność. Można dostać wszystko, czego da się dotknąć, i nie dostać czasu, rozmowy, zwykłej obecności, wymagań, obowiązków i pewnego porządku, który dziecku pozwala zrozumieć, że nie wszystko jest od razu i nie wszystko należy się tylko dlatego, że się tego chce.

Opowiadał o nastolatkach trafiających do ośrodka, którzy przyznawali, że w domu nie musieli nawet umyć po sobie szklanki, bo wszystko robiła mama albo ktoś zatrudniony do sprzątania. Z drugiej strony mówił o dzieciach, którym dorośli w dobrej wierze wypełniali tydzień po brzegi: szkoła, język, instrument, sport, konie, kolejne zajęcia dodatkowe. Wszystko po to, żeby miały szansę, żeby się rozwijały, żeby nie zostały w tyle za rówieśnikami. Tylko że w tym coraz dokładniej zaplanowanym życiu zaczynało brakować rzeczy najprostszej – chwili, kiedy można usiąść obok siebie bez pośpiechu i zwyczajnie porozmawiać. Bez dowożenia, bez patrzenia na zegarek, bez kolejnego punktu programu.

Szczególnie zostało mi w głowie to, co mówił o niedzieli. Dniu, który teoretycznie powinien być choć odrobinę spokojniejszy i dawać rodzinie szansę, żeby pobyć razem. Tymczasem z opowieści wychowanków wyłaniał się nieraz zupełnie inny obraz: ktoś śpi do późna, ktoś je osobno, często przy komputerze, ojca już nie ma w domu, matka zajęta obiadem, później rodzice wychodzą do znajomych, dziecko zostaje ze swoim ekranem, a wieczorem okazuje się, że cały dzień minął. Niby wszyscy mieli wolne, niby byli rodziną, ale każdy przeżył tę niedzielę osobno.

Wtedy zaczyna się rozumieć, dlaczego Ks. Walusiak ak często wracał do słowa „relacja”. Nie dlatego, że rzeczy są złe, zajęcia dodatkowe niepotrzebne, a dobrobyt szkodzi. Problem pojawia się wtedy, kiedy to wszystko zaczyna zastępować obecność. Kiedy rodzic daje coraz więcej, organizuje coraz więcej i finansuje coraz więcej, a jednocześnie coraz trudniej znaleźć mu czas, by po prostu być obok. Bo może się okazać, że dziecko dostało wszystko, czego potrzebowało do wygodnego życia, a zabrakło mu właśnie tego, czego żadnym przelewem, prezentem ani grafikiem zajęć zastąpić się nie da.

W tym miejscu dobrze pasowała przywołana przez Ks. Walusiaka stara, przewrotna lista pokazująca, jak krok po kroku można sobie wychować przyszły problem. Nie przedstawiał jej oczywiście jako instrukcji, tylko jako rodzaj lustra podstawionego dorosłym. W jego wykładzie zabrzmiała mniej więcej tak:

1. Dawać dziecku wszystko, czego zapragnie.

2. Śmiać się, kiedy przeklina i używa wulgarnych słów.

3. Nie przekazywać mu żadnych zasad duchowych ani religijnych – niech kiedyś samo wybierze.

4. Nie mówić mu, że robi coś źle, żeby nie wywołać w nim poczucia winy.

5. Wszystko za nie sprzątać, naprawiać i porządkować.

6. Pozwalać mu wszystko czytać i wszystko oglądać bez kontroli.

7. Kłócić się przy nim i przy nim rozstrzygać różnice między rodzicami.

8. Dawać mu tyle pieniędzy, ile zechce.

9. Spełniać wszystkie jego życzenia i zachcianki.

10. Zawsze stawać po jego stronie – przeciw nauczycielom, sąsiadom, policji i każdemu, kto zwróci mu uwagę.

Z tej listy wynikało jednak coś bardziej niewygodnego niż samo wyliczenie błędów: wiele z nich nie bierze się z obojętności, lecz przeciwnie – z troski źle ustawionej. Rodzic chce oszczędzić dziecku przykrości, więc nie pozwala mu ponosić skutków własnych decyzji. Chce mu dać lepszy start, więc organizuje za nie życie. Chce je ochronić, więc automatycznie staje po jego stronie, zanim jeszcze sprawdzi, co naprawdę się wydarzyło. Chce, żeby niczego mu nie brakowało, więc dokłada pieniędzy, rzeczy i wygód. Intencja bywa dobra, tylko efekt potrafi być zupełnie przeciwny.

Najbardziej uderzające było chyba to, że w tych dziesięciu zasadach właściwie nie ma żadnej wielkiej katastrofy na początku. Nie ma jednego dramatycznego błędu, po którym wszystko nagle się wali. Są drobne codzienne decyzje, podejmowane przez lata: odpuszczenie, wyręczenie, przymknięcie oka, kupienie świętego spokoju, załatwienie sprawy za dziecko. Dopiero po czasie może się okazać, że młody człowiek nauczył się bardzo wielu rzeczy, ale nie nauczył się odpowiedzialności, cierpliwości, znoszenia odmowy ani tego, że własne wybory mają konsekwencje. Może właśnie dlatego ta ironiczna lista działa do dziś: przypomina, że wychowanie nie polega wyłącznie na dawaniu dziecku dobra. Czasem polega także na tym, żeby czegoś nie dać, czegoś wymagać, na coś się nie zgodzić i wytrzymać własny dyskomfort, kiedy dziecko z tej decyzji zadowolone nie jest.

Potem wykład przesunął się od wychowania ku samemu uzależnieniu i tu również dobrze było słychać, jak bardzo przez te wszystkie lata zmienił się świat. Kiedy Ks. Walusiak zaczynał pracę z młodzieżą uzależnioną, obraz nałogu był znacznie prostszy do opisania. Trafiały do ośrodka dzieci i nastolatki sięgające po kleje, rozpuszczalniki i inne substancje wziewne, później coraz częściej po marihuanę, dopalacze i kolejne środki chemiczne. Dzisiaj, jak mówił, ta scena wygląda zupełnie inaczej. Substancji jest więcej, są coraz bardziej toksyczne, pojawiają się nowe mieszanki, łączy się narkotyki z lekami wyciąganymi z domowych apteczek, a nazwy zmieniają się tak szybko, że dorośli często nie są już w stanie nadążyć za tym, co funkcjonuje w młodzieżowym obiegu.

Jeszcze ważniejsza była jednak druga część tej opowieści. Uzależnienie przestało się kojarzyć wyłącznie z narkotykiem albo alkoholem. Obok nich pojawiły się problemy związane z internetem, grami, telefonem, hazardem, pornografią, lekami, kompulsywnymi ćwiczeniami czy zaburzonym jedzeniem. Mechanizm bywa inny, ale skutek podobny: jakaś rzecz albo zachowanie zaczyna stopniowo zabierać człowiekowi kontrolę nad własnym życiem. I właśnie dlatego rodzicom nieraz tak trudno dostrzec moment, w którym zwykłe korzystanie z telefonu, komputera czy internetu przestaje być zwyczajne.

Ks. Walusiak podkreślał też coś, co może być dla dorosłych szczególnie zdradliwe: nałóg rzadko wchodzi do domu z hukiem. Zwykle nie wygląda tak, że jednego dnia wszystko jest w porządku, a następnego dziecko jest już głęboko uzależnione. Najpierw coś zdarza się od czasu do czasu, później częściej, potem staje się elementem tygodnia, dnia, wreszcie czymś, bez czego trudno funkcjonować. Rodzice często mówią później, że niczego nie zauważyli. Być może dlatego, że przez długi czas rzeczywiście nie było jeszcze czegoś spektakularnego do zauważenia. Nie zawsze widać to po oczach, zachowaniu czy zapachu. Czasem dziecko nadal chodzi do szkoły, siedzi w swoim pokoju i pozornie wszystko wygląda normalnie, tylko coraz większa część jego życia przesuwa się gdzieś poza zasięg dorosłych.

I właśnie tutaj najmocniej było widać, że Ks. Walusiak nie opowiada o uzależnieniach z bezpiecznej odległości. W jego wykładzie co chwilę pojawiał się konkretny człowiek i konkretna sytuacja, której nie da się łatwo zamknąć w definicji. Jedna z takich historii dotyczyła dziewczyny przyjętej do ośrodka, która zgadzała się oddać właściwie wszystko, ale błagała, żeby nie zabierano jej telefonu. W „Nadziei” komórkę odkłada się na kilka miesięcy, więc przez pierwsze dni dziewczyna chodziła z drewnianym klockiem trzymanym w dłoni jak zastępczy telefon. Nie po to, żeby się nim bawić. Po prostu potrzebowała czegoś w ręce, bo sam gest trzymania urządzenia zdążył stać się częścią jej codziennego funkcjonowania. Trudno o bardziej plastyczny obraz tego, jak głęboko może wejść w człowieka coś, co jeszcze niedawno było tylko narzędziem.

Inny przykład był jeszcze bardziej przejmujący. Chłopak po wielu miesiącach terapii powiedział mu kiedyś w sobotę, że właśnie wtedy szczególnie mocno chce mu się ćpać. Nie dlatego, że coś wydarzyło się tego dnia w ośrodku, ale dlatego, że przez poprzednie lata sobota była dla niego dniem imprezy i narkotyków. Organizm był już oczyszczony, życie w ośrodku uporządkowane, a jednak pamięć i nawyk nadal potrafiły uruchomić głód. W tym jednym zdaniu było chyba więcej o uzależnieniu niż w niejednej tabeli: człowiek może przestać brać, a nałóg jeszcze długo nie przestaje się do niego odzywać.

Była też historia ucznia pierwszej klasy liceum z dobrze sytuowanej rodziny. Rodzice widzieli, że dzieje się z nim coś niedobrego: gorzej funkcjonował w szkole, nie mógł się skupić, był zmęczony i niewyspany. Podejrzewali nawet narkotyki. Dopiero w rozmowie bez rodziców chłopak przyznał, że nocami, kiedy w domu gasły światła, włączał internet i potrafił siedzieć przy nim do drugiej, trzeciej, czasem niemal do rana. Jego problemem była pornografia. Z zewnątrz nie było strzykawek, podejrzanego towarzystwa ani klasycznych oznak nałogu. Był pokój, komputer, zamknięte drzwi i rodzice przekonani, że syn śpi.

Takich historii podczas wykładu było więcej i chyba właśnie one najlepiej tłumaczyły wagę jego słów. Nie wynikało z nich przecież, że każdy telefon prowadzi do uzależnienia, każde nocne siedzenie przy komputerze kończy się terapią, a każdy eksperyment z narkotykiem musi skończyć się katastrofą. Pokazywały raczej, jak cienka potrafi być granica między czymś, co jeszcze wydaje się zwyczajnym elementem młodego życia, a czymś, co po pewnym czasie zaczyna tym życiem rządzić. Ks. Walusiak mówił o tej granicy jak człowiek, który wiele razy oglądał ją już z drugiej strony.

Z telefonu i internetu przeszedł w pewnym momencie do czegoś jeszcze nowszego – sztucznej inteligencji. Nie mówił o niej jednak jak o kolejnym gadżecie ani jak o technologicznym straszaku. Jego niepokój dotyczył czegoś bardziej podstawowego: miejsca, do którego młody człowiek może kierować swoje najtrudniejsze pytania. Bo dziś odpowiedź można dostać natychmiast z ekranu, bez konieczności zwracania się od razu do rodzica, nauczyciela, księdza, pedagoga czy innej zaufanej osoby.

Przywoływał pytania bardzo osobiste: co zrobić, kiedy nie chce się żyć, jak przestać myśleć o samobójstwie, czy samookaleczanie oznacza już problem, co zrobić, gdy ktoś poznany w internecie chce się spotkać. W jego opowieści ważne było nie tylko to, że maszyna odpowiada, lecz także to, dlaczego taka forma rozmowy może być dla młodego człowieka atrakcyjna. Odpowiedź przychodzi od razu, bez widocznej reakcji drugiej osoby i bez konieczności mierzenia się z jej oceną. Dla kogoś, kto obawia się trudnej rozmowy z dorosłym, taka droga może wydawać się po prostu łatwiejsza.

Ks. Walusiak nie twierdził przy tym, że AI jest wyłącznie złem. Sam zaznaczał, że może pomagać i w wielu sprawach rzeczywiście pomaga. Jego obawa zaczynała się w innym miejscu: wtedy, gdy kontakt z maszyną zaczynałby zastępować relację z człowiekiem, a nie tylko ją wspierać. Gdy młody człowiek z trudnym pytaniem częściej zwracałby się najpierw do ekranu niż do kogoś bliskiego. I chyba właśnie to pytanie zostało ze mną po tej części wykładu najmocniej. Nie czy sztuczna inteligencja potrafi odpowiedzieć, bo potrafi, ani nawet czy odpowie dobrze, bo to już osobny temat. Bardziej interesuje mnie, czy łatwość i natychmiastowość takiego kontaktu nie sprawią czasem, że rozmowa z człowiekiem zostanie odsunięta na dalszy plan. A jeśli tak się stanie, to warto pytać nie tylko o możliwości maszyny, ale także o jakość relacji po naszej stronie ekranu.

Kiedy więc Ks. Walusiak dochodził do pytania najprostszego i zarazem najtrudniejszego – co z tym wszystkim robić – nie proponował żadnej jednej cudownej metody. Z jego opowieści wyłaniało się raczej kilka rzeczy, które trzeba odbudowywać równocześnie: granice, odpowiedzialność, relację z rodziną, czas dla drugiego człowieka i zwyczajną rozmowę. To właśnie ich brak przewijał się wcześniej w wielu historiach młodych ludzi trafiających do ośrodka, więc nic dziwnego, że do tych samych elementów wracał wtedy, gdy mówił o wychodzeniu z kryzysu.

Szczególne miejsce zajmował u niego Dekalog. Nie jako ozdobny dodatek do terapii ani hasło wywieszone na ścianie, lecz jako podstawowy punkt odniesienia do rozmowy o dobru, złu, odpowiedzialności i granicach. Opowiadał, że w pierwszych latach działania ośrodka jego regulamin był wręcz bardzo prosty: „naszym regulaminem jest Dekalog”. Dopiero później pojawiły się bardziej szczegółowe zasady, ale fundament – jak podkreślał – pozostał ten sam.

Ja odebrałem tę część szerzej niż tylko jako formalne odwołanie do religii. U ks. Walusiaka ten porządek ma oczywiście źródło chrześcijańskie i on sam mówi o tym wprost, ale obok Dekalogu stale wracał do spraw bardzo przyziemnych: wspólnego stołu, rozmowy, obecności, czasu i odpowiedzialności rodziców za klimat domu. W jego myśleniu wartości spotykają się więc z codziennością, bo nawet najlepiej wypowiedziane zasady niewiele znaczą, jeśli w domu nie ma nikogo, kto ma czas je spokojnie wyjaśnić, wysłuchać odpowiedzi i być obok wtedy, kiedy młody człowiek zaczyna się z nimi mierzyć.

Samo przerwanie nałogu i ukończenie terapii również nie oznacza jeszcze końca problemu. Człowiek może przez wiele miesięcy funkcjonować w uporządkowanym środowisku, mieć jasno określone zasady, wsparcie terapeutów i ludzi, którzy wiedzą, z czym się mierzy. Prawdziwy sprawdzian zaczyna się jednak wtedy, kiedy wraca do zwyczajnego życia – do domu, znajomych, dawnych ulic i sytuacji, które wcześniej były częścią jego uzależnienia.

Jeżeli wraca do rodziny, w której również coś się zmieniło, uporządkowano relacje, ograniczono przemoc, podjęto terapię rodzinną i próbuje się budować inny sposób życia, szansa na utrzymanie tego, co osiągnięto w ośrodku, jest większa. Jeśli jednak wraca dokładnie do tego samego układu, z którego wyszedł – tych samych konfliktów, napięć, znajomych i tej samej bezczynności – wszystko, co przez miesiące budowano, może zostać wystawione na bardzo ciężką próbę. W tej opowieści dobrze było słychać, że terapia nie może być traktowana jak naprawa zepsutego elementu, po której wkłada się go z powrotem w niezmieniony mechanizm i oczekuje, że wszystko będzie już działało poprawnie.

Uzależnienie nie rozwija się przecież w próżni. Ma swoje związki z relacjami, środowiskiem, sposobem spędzania czasu, napięciami i ludźmi, którzy są obok. Dlatego powrót do życia po terapii oznacza nie tylko sprawdzian dla samego pacjenta, ale także dla jego otoczenia. Ks. Walusiak mówił o tym z perspektywy człowieka, który wielokrotnie widział zarówno wytrwanie, jak i powrót do nałogu. I chyba dlatego w jego słowach nie było łatwego optymizmu. Było raczej przekonanie, że człowieka można wyciągać z bardzo głębokiego dołu, ale jeśli po wyjściu zostawi się go dokładnie tam, gdzie wcześniej zaczął spadać, droga w dół może się otworzyć ponownie.

I dopiero tutaj wróciła mi myśl z pierwszego dnia. Nie po to, żeby obu prelegentów zestawiać ze sobą w jakimś wspólnym programie czy robić z nich dwa ogniwa jednego łańcucha, bo przecież nic takiego nie wiem. Po prostu po dwóch dniach słuchania zostały mi w głowie dwa różne sposoby patrzenia na człowieka zagrożonego upadkiem. Jeden każe możliwie wcześnie rozpoznać mechanizm, nazwać zagrożenie i szukać sposobu, żeby człowiek nie poleciał w dół. Drugi zaczyna się wtedy, gdy ostrzeżenia okazały się niewystarczające albo przyszły za późno i trzeba już pomagać komuś, kto naprawdę wpadł w uzależnienie, kryzys czy rozpad relacji.

Nie wiem, czy profesor Andrzejczak i ks. prałat Walusiak patrzą na te sprawy podobnie, czy zgodziliby się ze sobą w ocenie metod, przyczyn i sposobów pomocy. Nie mam prawa tego dopowiadać. Wiem tylko, że jako słuchacz zobaczyłem dwa różne sposoby czynienia dobra wobec człowieka zagrożonego upadkiem i klęską. Czasem największym dobrem jest wcześnie zauważyć niebezpieczeństwo i pomóc komuś ominąć miejsce, z którego łatwo już polecieć w dół. Innym razem nie ma sensu pytać, dlaczego ktoś nie posłuchał ostrzeżenia – trzeba zejść po niego niżej i próbować wyciągnąć go z tego, w czym utknął.

Może więc właśnie o to chodzi w tych dwóch sposobach ratowania człowieka: jeden próbuje sprawić, żeby nie spadł, a drugi – żeby po upadku nie został na dole.

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄

Ks. prałat Józef Walusiak

kapłan, certyfikowany specjalista terapii uzależnień i jeden z pionierów pracy terapeutycznej z młodzieżą uzależnioną na Podbeskidziu.

Od ponad trzech dekad zajmuje się pomocą dzieciom, młodzieży oraz ich rodzinom. W 1990 roku współtworzył Fundację Zapobiegania i Resocjalizacji Uzależnień „Nadzieja”, a rok później Katolicki Ośrodek Wychowania i Terapii Młodzieży „Nadzieja” w Bielsku-Białej, uznawany za pierwszą w Polsce stacjonarną placówkę przeznaczoną dla nieletnich uzależnionych od narkotyków.

Przed uruchomieniem ośrodka poznawał rozwiązania stosowane w placówkach terapeutycznych w Niemczech, Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych.

Przez lata prowadził działalność terapeutyczną, profilaktyczną i edukacyjną, współtworząc rozwijany wokół Fundacji „Nadzieja” system wsparcia obejmujący leczenie uzależnień, pomoc psychologiczną oraz działania skierowane do rodzin osób w kryzysie.

To właśnie wieloletnia praktyka pracy z młodzieżą i rodzinami stanowi podstawę doświadczeń, którymi dzieli się podczas swoich wykładów i spotkań. W swojej pracy od lat podkreśla znaczenie relacji rodzinnych, odpowiedzialności i obecności dorosłych w życiu młodego człowieka.

Zwraca uwagę, że skuteczna pomoc osobom uzależnionym wymaga często zaangażowania nie tylko samego pacjenta, ale również jego najbliższego otoczenia.