„Cudze chwalicie, swego nie znacie” – mówi przysłowie. Tak i jest w przypadku polskiego kompotu. Wyparty przez obrzydliwe, słodkie paskudztwa, barwione sztucznie, robi furorę w Ameryce.
Można wybaczyć Jankesom, że nadali naszemu kompotowi jakąś cudaczną nazwę „fruit water” czyli woda owocowa.
A przecież, nawet durny mieszkaniec USA, który myli Austrię z Australią i dlatego szuka w tej pierwszej kangurów, jest w stanie wymówić „kompot”.
Łatwe jak konstrukcja ruskiego cepa.
Ale niech im tam będzie.
Moje pokolenie od dziecka go piło.
Najpierw w domu, ten gotowany przez mamy lub babcie.
Z owoców kupowanych na targu wczesnym rankiem, bo wtedy najświeższe.
Truskawek, rabarbaru, jabłek, gruszek, agrestu, ostatnio zapomnianego zupełnie.
Gdy lodówki były jeszcze rzadkością, chłodził się w jakimś ciemnym i chłodnym pomieszczeniu.
Koniecznie w szklanym dzbanku lub jak u mnie w domu, w kamionkowym garnku z przykrywką by pszczoły nie wlazły.
Potem pojawiał się w stołówkach szkolnych, mlecznych barach, GS-owskich restauracjach gdzieś na prowincji.
Piła go cała Polska, od morza do Tatr.
Dopiero gdy upadał komunizm i pojawił się kapitalizm, ten ożywczy i zdrowy napój z polskich owoców, zastąpiło amerykańskie badziewie: Pepsi i Coca Cola oraz inne sztucznie barwione świństwa, od których nasze dzieciaki zaczęły przypominać dobrze odkarmionego prosiaczka.
Czyli nie wszystko dobre, to co nowe.
Warto zatem sięgnąć do zapomnianych dań i napojów, które karmiły i poiły całe pokolenia Polaków.
Kompotów, zsiadłego mleka, mrożonej herbaty miętowej, kwasu chlebowego, podpiwka itd.
Bo to także część naszej tradycji.
Kulinarnej.
Zostaw komentarz