Lewica o złotych serduszkach wciąż nie może się pogodzić z topiącymi się w bagnach dwulatkami z rodzin imigranckich.

Ja mam natomiast pytanie: czy te dzieci topią się w polskich bagnach i tułają w polskich lasach, czy bialoruskich? Jeśli w białoruskich, to nasze złote serduszka – obojętnie prawicowe, lewicowe czy położone w centrum – na nic się zdadzą. Bo musielibyśmy przekroczyć cudzą granice i zbierać dzieci w cudzych lasach, bagnach i na cudzych terenach. I co dalej z sobą i tymi dziećmi robić?

Ano nie wiadomo. Bo nie bylibyśmy jako nie-obywatele uprawnieni do łażenia po ichnich bagnach i lasach, ani opiekowania się znalezionymi na białoruskich terenach dziećmi (kobietami, starcami; no, może kotami tak).

A dzieci imigrantów topiące się w polskich bagnach i błąkające po polskich lasach? Przede wszystkim należałoby je ogrzać, nakramić, a jednocześnie i energicznie poszukać ich biologicznych rodziców, bo tylko oni mają prawo deczdować, czy chcą te dzieci porzucić, czy zabrać na białoruską stronę. Jeśli chcą je porzucić, to dzieci trafią do poskich domów dziecka. I co dalej? Ano właśnie!

Osoby w moim wieku czytały jako lekture obowiazkowa „Dom odzyskanego dzieciństwa” Brandysa. Bardzo wzruszająca lektura. O dzieciach koreańskich, ofiarach wojny koreańsko- amerykańskiej, którym Polska zaofiarowała schronienie w polskich domach dziecka.

Każdy, kto czytał książkę o tym, jak to dzieci były szczęśliwe w „domu odzyskanego dzieciństwa” łkał i łkał. Niewielu jednak czytelników zaciekawiło się dalszym losem tych uszczęsliwionych dzieci.

Zainteresował się nimi były ich wychowawca z owego domu dziecka i działacz Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, a mój z tegoż TPD kolega. I co? Ano, po pewnym czasie Korea upomniała się o te dzieci. Które już wyrosły i mówiły po polsku, chodziły do polskich szkół i wiązały z Polską swoją przyszłość. Zostały zabrane do macierzysteg kraju i… rozstrzelane. Bo nikt w komunistycznej Korei nie chciał odmieńców, którzy zarazili się w Polsce (wprawdzie też wtedy komunistycznej, ale bardziej liberalnej) trutką liberalizmu.

Czy złote serdduszka, oprócz wydziwiania nad okrucieństwem polskiego rządu i polskich żołnierzy, mają jakiś konstruktywny pomysł na zaopiekowanie się dziećmi, nad którymi tak się litują?

Nie mają żadnego. Ich złote serduszka ograniczają się do nienawidzenia PIS, a nie do tego, by zaproponować jakiekolwiek sensowne rozwiązanie problemu.

Przyjęcie imigrantów wraz z ich dziećmi? No cudnie. Ale co zrobić, jak ci imigranci za nic nie chcą żyć w naszej kochanej Polsce , ani nie chcą, aby żyły w niej ich dzieci? Wolą je wysłać do lasu i na zatracenie niż dać je Polakom. I w tym cały jest ambaras.

Nie wiem, czy mam złote serduszko, ale nie mam go z kamienia. I pewnie dlatego widzę już oczyma wyobraźni te właśnie dzieci, które trafiają do polskich domów dziecka,  „zarażają” się polską kulturą, obyczajowością, a może i religią, a po powrocie do kraju zostają zduszone przez własnych rodziców lub zgilotynowane przez rodaków. Bo tak się tam traktuje odstępców od Allaha. Nawet nieletnich.

Fot. UNICEF Polska

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, książek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.