Był to dzień ponury od samego rana. Taki, że żal byłoby psa wypędzić z domu. I nikt nie zamierzał wypędzać z domu Sabinki. Ale pana Tomka wysłano na cmentarz, aby trochę wyczyścił groby rodzinne przed jutrzejszym świętem Wszystkich Świętych.
Więc pan Tomek szedł smętnie alejkami cmentarza na Szczecińskiej, w nasuniętym na oczy kapturze, gdy nagle zobaczył coś na kształt pani Zosi. Akurat kształty pani Zosi potrafił rozpoznać nawet po ciemku i w deszczu.
Pani Zosia stała przy szczególnie okazałym grobie, a właściwie rodzinnym grobowcu. Miała na sobie czarny płaszczyk i czarną sukienkę oraz białe rajtuzy i parasolkę. W porównaniu z jej codziennym kolorowym stylem ubierania się wyglądała w tym czarno-białym zestawie niezwykle barwnie. Tym bardziej że stała na tle grobowca zrobionego z różowego marmuru, z białymi kolumnami w stylu greckim i zieloną rzeźbą płaczącego anioła. Grobowiec był przyozdobiony wielobarwną kompozycją kwiatów i zniczy. Wyglądało to tak, jakby rzeka ognia płynęła przez morze kwiatów.
Tylko jednego pan Tomek nie mógł wypatrzeć – kto był w tym grobowcu pochowany.
– Ależ witam, pani Zosiu! Co za spotkanie! – powiedział pan Tomek prawie radośnie, zdejmując kaptur z głowy pomimo deszczu.
– Pan tutaj? – powiedziała pani Zosia, odchylając nieznacznie swój biały parasol, aby go zobaczyć.
– Cóż za wspaniały grobowiec! – powiedział pan Tomek równie entuzjastycznie, co nieszczerze.
– Dekorację zamówiłam u Skrzydlewskiej.
– To musiało kosztować majątek – powiedział półpytająco Tomek.
– Ależ panie Tomku, nigdy nie należy oszczędzać na pamięci o ludziach.
– Rozumiem i bardzo współczuję. Jeżeli mogę zapytać, to kto został pochowany w tym grobie? Nie chcę być natrętny, więc nie musi pani mówić, jeżeli sprawia to pani przykrość, ale nie widzę żadnego nazwiska.
– Bo tam jeszcze nikt nie został pochowany. To jest mój grób i mojego męża.
Pan Tomek prawie zakrztusił się deszczem, który spływał mu po twarzy do ust.
– Jak to pani?
– Na pewnym poziomie ludzie tak robią, aby nie obciążać kosztami swoich dzieci. Moja córka Klaudyna będzie szczęśliwa, gdy umrę, gdyż wszystko ma już gotowe.
– Ale jeżeli, przepraszam, jeżeli grobowiec jest pusty, to po co te kwiaty i znicze? To już chyba pewna przesada.
– A pan całkiem jak mój mąż. Wie pan, że on nawet nie chciał tu ze mną przyjść na cmentarz do naszego grobowca?
– Co też pani powie! Drań! Ja już dawno zostawiłbym takiego i znalazł sobie bardziej wrażliwego przyjaciela. Takiego, który mógłby spędzić z panią na cmentarzu nawet całe życie.
– Niech pan nie żartuje. On się wstydził. A wie pan co? Mnie wstyd byłoby, gdyby nasz grób w taki dzień był bez kwiatów i zniczy. Jakby nas nie było stać lub nikt o nas nie pamiętał.
– Ma pani rację, pani Zosiu. To dopiero wstyd. Obiecuję, że dopóki pani będzie żyła, ja zawsze zapalę świeczkę na pani grobie.
– A pan ma tu grób?
– Jeszcze nie. To znaczy mam, ale nie swój. Oczywiście to jest mój grób, ale nie w tym sensie, że mój, tylko babki mojej matki i jeszcze dziadka mojej żony, Stanisława.
– Gdzieś tu blisko?
– Nie, nie, tam daleko – odpowiedział pan Tomek, chociaż grób Stanisława nie był tak daleko, ale był tak bardzo zwyczajny, taki szary, z tabliczką z nazwiskiem i krzyżem, że panu Tomkowi zrobiło się wstyd tego grobu.
Dyskretnie więc schował foliówkę z małymi zniczami za plecy. Aby odwrócić uwagę od siebie, zapytał panią Zosię, czy wypada się pomodlić nad jej pustym grobem.
– Ależ panie Tomku! – powiedziała wzburzona Zosia. – Ja nie wierzę w takie zabobony. A ponadto postanowiłam, że tu nie będę pochowana. Moje ciało zostanie skremowane podczas uroczystości ku czci Neptuna na środku oceanu. Wykupiłam już nawet rezerwację na taki rejs. Trzeba bowiem zamawiać taki pogrzeb z dużym wyprzedzeniem, gdyż w moim środowisku to teraz bardzo prestiżowe. Ludzie się zabijają o taki pogrzeb.
– Naprawdę? Mówi pani poważnie, że teraz można zrobić pogrzeb na oceanie?
– Oczywiście, panie Tomku. Prochy są wyrzucane do oceanu. To bardzo piękne. Byłam na takim pogrzebie. Gdy prochy rozwiewał wiatr nad oceanem, czułam dreszcz. To było bardzo transcendentne.
– Więc w ogóle nie zamierza pani leżeć w tym grobowcu?
– Rozmyśliłam się.
– I on będzie tu stał taki pusty?
– Zostawię go w spadku mojej córce.
– To wspaniały gest.
– Ale córka też nie chce tu ze mną przychodzić.
– Może trudno jej się zdecydować, kogo ma tu opłakiwać: siebie czy panią.
– Jeżeli pan zamierza tak żartować, to niech lepiej pan stąd idzie. Czy pan ma pojęcie, że ona zapisała swoje ciało na eksperymenty medyczne? Dla niej pamięć o zmarłych tak w ogóle to jakiś archaiczny przeżytek.
– No to została pani z pustym grobem.
– Mówiłam, aby pan nie żartował. Mnie naprawdę żal jest tego pięknego grobu. Gdy pomyślę, że on będzie tak stał samotny i pusty i nigdy nie zazna ciepła ludzkiego ciała, to…
Głos pani Zosi drżał i się załamał, a panu Tomkowi naprawdę zrobiło się jej żal.
– Czy do niego można wejść? Bo trochę wygląda jak krypta z horroru.
– Oczywiście, to jest przecież mauzoleum rodzinne.
– Gdybym wiedział, przyniósłbym wódkę, to znaczy koniak. Napilibyśmy się w środku, bo zimno i szkoda, aby taki piękny grób się marnował.
– Wie pan co, a dzisiaj to bym się chętnie napiła. Pan ciągle tylko mówi i mówi, ale jakby co, to tylko pan gada. Do zobaczenia za rok.
– No to jesteśmy tu umówieni. Za rok przyniosę butelkę dobrej wódki. Zobaczy pani. Proszę przynieść coś do jedzenia. Nie pozwolimy, aby taki piękny grobowiec się zmarnował.
Zostaw komentarz