“Gorycz”, to książka pisana łzami, potem i żółcią. Spowiedź emigrantki, która w 2018 roku wyjechała do Niemiec, ponieważ w Polsce nie miała za co żyć.
Rzecz napisała Anna Zawadzka, młoda lewicująca aktywistka, zatrudniona na warszawskiej uczelni na stanowisku adiunkta. Jako pracownik naukowy zarabiała w Warszawie dwa tysiące zł. Nie miała swojego mieszkania, a cena wynajmu kawalerki w stolicy wynosiła minimum tysiąc pięćset. Dlatego zdecydowała się na wyjazd. Od 2018 do 2020 pracowała zdalnie jako polska socjolożka i równolegle fizycznie, jako pomocnik ogrodnika w berlińskiej firmie zieleni miejskiej.

W pracy naukowej Anna zajmowała się wpływami ideologii komunistycznej na kulturę oraz badaniami nad polskim antysemityzmem.
Była i jest entuzjastką rewolucji marksistowskiej oraz wytrawną tropicielką klasizmu i rasizmu obecnych we współczesnych państwach narodowych ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec, które poznała od podszewki, podczas swojej pracy emigrantki. Opis upokorzeń, dyskryminacji i traum, jakich doznała na berlińskich saksach, opisała, przeanalizowała i odreagował w swojej książce.
Przyznam, że nie tego rodzaju relacji oczekiwałem od młodej postępówki. Albowiem internetowa publicystyka przyzwyczaiła mnie do innych narracji. Na blogach Ewy Wanat czy Jacka Dehnela czytałem entuzjastyczne opisy wesołego, tolerancyjnego i inkluzywnego Berlina, w którym królują: wolność, seks i braterstwo. Miasta, gdzie osoby ze środowiska queerowego, mogą załatwiać sprawy w państwowych urzędach z piórkami w dupie, i gdzie kolorowi mężczyźni wespół ze swoimi aryjskimi partnerkami paradują tłumnie i dumnie po Kurfurstendammie. W relacjach liberalnych ekspatów Berlin bywał przedstawiany, jako przeciwieństwo naszego polskiego, homofobicznego grajdoła – Wyspy Szczęśliwe i Nowa Arkadia nad Szprewą.

Lecz nie dla Zawadzkiej. Posłuchajcie, co na ten temat pisze autorka “Goryczy”.
– “Berlin jest miastem napędzanym źle opłacaną pracą emigrantów. Miastem, gdzie urasowiony podział pracy nie pokrywa sie z podziałem na hetero i niehetero…Gdzie dzielnice emigranckie i dzielnice biedy są miejscem turystyki orientalistycznej i klasowej oraz alibi dla społeczeństwa, które uważa się za tolerancyjne i otwarte, bo przecież przyjmuje obcych i pozwala im mieszkać u siebie… Gdzie nieznajomość niemieckiego jest niezawodnym triggerem agresji Niemców wobec emigrantów. Przemoc odbywa się w formie pasywnej, jest niejawna, tabuizowana. Niemiecki koszmarny paternalizm przejawia się w gestach dobroczynności. Niemcy pouczają, przyuczają, korygują. Zasypują cię dobrymi radami…Wiedzą co dla ciebie jest dobre i będą cię do tego zmuszać, a ty to kiedyś docenisz. Musisz im na to pozwolić. Musisz dać się użyć. Dać im wykonać sobą ich operacje tożsamościowe, bo inaczej cię znienawidzą.”
Autorka nie mogła pogodzić się z tą sytuacją. Nie chciała być ofiarą nacjonalistycznej dominacji i wyzysku maskowanych polityką herzlich willkommen. Walczyła o swój status i tożsamość. Ale nie dała rady. Po dwóch latach pobytu w Berlinie wróciła do Polski. Wróciła z bólem i potrzebą odkupienia.
“Gorycz” jest jej skargą i terapią. Książką, która wymierza sprawiedliwość kapitalistycznemu światu i rozwiewa złudzenia liberalnych entuzjastów wspólnego rynku pracy.
Także moje złudzenia.

I chociaż niektórymi diagnozami Zawadzkiej – szczególnie tymi, dotyczącymi polskiej rzeczywistości, bywałem mocno zdziwiony, nie wpłynęło to na pozytywna ocenę jej dzieła. A szczególnie bulwersujące rewelacje autorki, zbywałem lekceważącym uśmieszkiem albo wzruszeniem ramion. Czy słusznie?
Ale czy można poważnie traktować opinię twierdzącą, że “polska tożsamość zbiorowa zbudowana jest na odróżnieniu od wyobrażonego żyda, a praktyki takiego odróżnienia – po nosie, po kolorze skóry, po kształcie ucha, po genitaliach, po oczach, po zawodzie… – są w Polsce sportem narodowym.”

Dotąd myślałem, że polskim sportem narodowym jest przegrywanie najważniejszych meczów piłkarskich, ale młoda naukowczyni wiedziała lepiej!
Przed przeczytaniem książki Zawadzkiej, należałem też do mężczyzn, którzy wyobrażali sobie, że potrafią mieć dobry seks z kobietami, ale i w tej kwestii autorka wyprowadziła mnie z błędu.
Ponieważ – cytuje: “polska męskość jest straszna. Z definicji toksyczna. Ponura, neurotyczna, chamska. Humorzasta i nabzdyczona. Pełna lęku przed kobietami, mozolnie zamienianego na pogardę. Histerycznie reagująca na pragnienia inne niż te z heteryckiego pornosa. Dla polskich mężczyzn seks to jak wycieczka na peep show w kapturze naciągniętym na głowe; mrok, grzech, perwersja, ciemna strona człowieka. Wychowani w kulturze katolicyzmu nie potrafią mieć seksu i traktować się zwyczajnie; z sympatią, czułością, życzliwością i ciekawością. Ani kobiet, z którymi się pieprzą, ani samych siebie.”

Po lekturze przytoczonego akapitu, zrobiłem szybki rachunek sumienia i przyznaję, że nie znalazłem w sobie pragnień innych niż te z heteryckiego pornosa. Aby nie spalić się ze wstydu, naciągnąłem kaptur na głowę i sięgnąłem po gaśnice.

Ale żarty na bok! Ponieważ książka Anny Zawadzkiej, mimo kilku lapsusów, zasługuje na uwagę. – Powinna być pozycją obowiązkową na liście lektur ludzi, wybierających się na Zachód w celach zarobkowych. Zwłaszcza tych młodych, wykształconych o lewicowo liberalnych poglądach.

Autor: Marek Szarek