Przyznam, że ciągle jeszcze zaskakują mnie poglądy niektórych. A przecież wszystko wydaje się klarowne do bólu (a nawet bulu, jak kto woli). Mord polskich oficerów w Katyniu to przecież doskonały wzór zbrodni wojennej, dokonanej w imieniu Państwa, za którego sukcesora pod każdym względem uważa się dzisiejsza Rosja.
To jednak nie wystarczy, by móc powtarzać, że zbrodni dokonali Rosjanie. Jeśli ktoś zapomniał – praktycznie w tym samym miejscu spoczywają ciała innych ofiar sowieckiego reżimu, i to o wiele liczniejsze. W największej zaś liczbie rodowici Rosjanie.
Więc może Żydzi?
Teza o żydowskim terrorze, który został wywołany w Rosji po ty, by niszczyć Sławian, wyraźnie została sformułowana przez Aleksandra Sołżenicyna. Bo przecież Lenin, Trocki i spora część KC bolszewików to starozakonni. Z małym dodatkiem innych nacji – Polaka Dzierżyńskiego i Gruzina Stalina. Co do tego ostatniego całkiem na poważnie rozpatrywana jest hipoteza, że i on po części Polak; niejaki Mikołaj Przewalski, renegat i podróżnik, miał przejeżdżając przez Gori spędzić noc z przyszłą matką Stalina etc.
Rosjanie po prostu zostali zaatakowani przez bolszewików, najwyraźniej semickiego pochodzenia. To prawie jak Niemcy, którzy zostali podbici przez nieokreślonej narodowości nazistów. ;)
Tymczasem udział Żydów w mordzie katyńskim można wytłumaczyć zupełnie racjonalnie.
Polski historyk prof. Krzysztof Jasiewicz odważył się głośno powiedzieć, że przed 1939 rokiem ponad połowę funkcjonariuszy NKWD na sowieckiej Białorusi stanowili Żydzi. Na sowieckiej Ukrainie – aż dwie trzecie (prawie 70%!).
Dziwny więc byłby, i wskazywał na ingerencję sowieckiej „wierchuszki”, brak Żydów w oddziałach katów.
Oczywiście wiemy, jak nazywał się oberkat (Błochin, Rosjanin). Prócz jego było jednak pełno mniejszych, pomocników etc.
Sowiecka machina terroru nie była jednoosobowa. A przede wszystkim – nie mogła funkcjonować poza wolą i wiedzą Stalina.
Gdy tylko Ojciec Narodów zaczynał podejrzewać, że za chwilę szef tajnej policji będzie chciał się „usamodzielnić”, tzn. przejąć faktyczną władzę, skracał go o głowę. Przykładem jest największy oprawca XX wieku, krwawy Gienrich Jagoda (10 mln ofiar). Przebił nawet Heinricha Himmlera.
To akurat był Żyd, aczkolwiek sam uważał się za esencję człowieka sowieckiego, dla którego każda religia, a więc i starozakonna, stanowiła opium dla mas, z którym trzeba walczyć za pomocą wszelkich środków.
Następca, Jeżow, zwany „krwawym gnomem”, Żydem nie był. Co wcale nie sprawiło, by był łagodniejszy od poprzednika.
Jeżow zrobił swoje, więc podzielił los poprzednika.
Ale do Katynia było jeszcze daleko. Ba, nawet do wybuchu II wojny światowej. Jeżow przestał być szefem NKWD (w porównaniu z którym gestapo to była szkółka niedzielna) praktycznie przy końcu Wielkiej Czystki (grudzień 1938). To dało asumpt do kolejnej wielkoruskiej legendy.
Otóż Stalin zlikwidował największych bandytów i oprawców pierwszej dekady Związku Sowieckiego, którzy tylko opóźnialiby rozwój militarny kraju. I to akurat jest zgodne z prawdą. Wystarczy np. zapoznać się z istniejącymi w języku polskim „dziełami” Tuchaczewskiego, by uzmysłowić sobie, jak niebezpieczny był to idiota.
A na dodatek odpowiedzialny za największą klęskę militarną Rosji sowieckiej w sierpniu 1920 roku pod Warszawą.
Jego jedyne zasługi dla Władzy Rad polegały na masowych mordach stawiających opór władzy chłopów.
A więc Stalin pełnił rolę „bicza bożego”, karzącego za zbrodnie już na Ziemi.
Nie dziwota więc, że się ikony z Iossifem Wissarionowiczem pojawiają…
Ale powróćmy do Katynia.
Motywy mordu polskich oficerów stanowią nie lada zagwozdkę dla historyków.
Tak naprawdę był pozbawiony sensu. Zamiast zabijać ich w kwietniu 1940 roku można było potrzymać jeszcze chwilę i ukształtować potem klikę nowych berlingowców. Najwyżej zginęliby w walce, wcześniej jednak posyłając na tamten świat sporo wrogów.
I wtedy pojawiła się kolejna teoria. Otóż Stalin obawiał się, że w przypadku przegranej wojny Niemiec z Francją, internowani polscy oficerowie mogliby wznieść bunt na zapleczu czerwonoarmiejców; ba, nawet próbować tworzyć korpus. Zabicie ich było więc skądinąd zrozumiałym działaniem prewencyjnym. Francja bowiem po rozgromieniu Niemiec zaatakowałaby Sowietów.
Zamordowani byliby więc ofiarami Wielkiej Polityki, konkretnie zaś domniemanej obrony Stalina.
Tyle, że ta pociągająca hipoteza mało ma wspólnego z faktami. W 1940 roku Stalin posiadał armię już liczniejszą, niż brytyjska, francuska i niemiecka razem. Nie brakowało mu praktycznie niczego – amunicji, żołnierzy (od 1 września 1939 r. w ZSRS wprowadzono obowiązkowy pobór), czołgów, samolotów itp. Ba, wprowadzano na uzbrojenie typy czołgów, które będą absolutnie dominować nad niemieckimi aż do 1942 roku (T-34, KW-1 i 2). Na dodatek czołgów miał kilka razy więcej, niż Niemcy i Francja… razem.
Sowiecka machina wojenna rozkręcała się. Jedyny niepewny element stanowił… Hitler.
Czy gdyby odczuł, że Rosja za jego plecami tylko czyha na jego potknięcie, i w decydującym momencie odmówi poparcia? Gospodarka III Rzeszy była wszak oparta o importowane surowce. Bez dostaw ze Związku Sowieckiego stanąć musiałyby w pierwszym rzędzie fabryki amunicji.
Potrzebne było coś, co utwierdzi Hitlera w przekonaniu, że Stalin wiernie stać będzie u jego boku.
Taki mord założycielski. Zupełnie bezsensowny z jednej strony, z drugiej zaś łamiący wszelkie konwencje międzynarodowe, których co prawda ZSRS nie podpisał, ale doskonale zdawał sobie sprawę z ich istnienia.
Mord katyński był więc jasną odpowiedzią udzieloną Hitlerowi przez Stalina:
– Patrz, jestem takim samym draniem jak ty. I dlatego musisz mi wierzyć niczym samemu sobie.
Niektórzy historycy uważają, że Zbrodnia Katyńska była realizacją wspólnego planu Gestapo-NKWD, opracowanego na jednej ze wspólnych konferencji w Krakowie.
Są również tacy, którzy wiążą w jedno zabójstwo Jaroszewiczów i dwa późniejsze – generała Jerzego Fonkowicza i mieszkańca Jeleniej Góry Tadeusza Stecia. Wszyscy przed śmiercią byli torturowani (Fonkowicz nawet zmarł w trakcie) i wszyscy przed laty mieli dostęp do archiwum berlińskiego Gestapo, ukrytego na Dolnym Śląsku, a przejętego później przez Śmiersz.
Co takiego odnaleźli, że stało się przyczyną ich śmierci po blisko pięćdziesięciu latach?
A może to tylko przypadkowa koincydencja, wyglądająca na kolejny spisek w oczach szukających sensacji dziennikarzy?
Trudno sobie wyobrazić coś takiego, co po tylu latach mogłoby zagrażać Putinowi czy komukolwiek z jego najbliższego otoczenia.
A jeśli istnieją dokumenty świadczące o tym, że mord katyński był fragmentem operacji uzgodnionej obopólnie przez zbrodniarzy brunatnych i czerwonych?
.
Osobiście jestem zdania, że była to samodzielna inicjatywa Stalina (i całej jego kamaryli, ma się rozumieć).
Katyń miał Hitlera przekonać do dalszej wojny. Pamiętamy wszak, że raptem miesiąc wcześniej wojska alianckie dały łupnia Niemcom w Narwiku.
Wehrmacht nie był więc wcale niezwyciężony.
Francja miała zaś opinię największej potęgi lądowej (np. czołgów miała ciut więcej niż Niemcy, ale za to lepiej uzbrojonych i opancerzonych) Europy.
Stalin doskonale zdawał sobie sprawę z nastrojów antywojennych aliantów. Ponadto ciągle jeszcze premierem Wielkiej Brytanii był Neville Chamberlain, zatem konsensus jakiś mógł być zawarty. A to z kolei w krótkim czasie rzuciło by Związek Sowiecki na kolana. Nie da się bowiem utrzymać 5-milionowej armii nawet w tak wielkim kraju w czasie pokoju.
Hitler musiał więc uderzyć na Francję. Dopiero po podbiciu całej Europy przez Niemcy Stalin miał zamienić się w wyzwoliciela i wprowadzić w życie Związek Socjalistycznych Republik Euroazjatyckich.
Śmierć polskich oficerów miała być impulsem dla Hitlera.
Czy tak faktycznie było?
Generał-pułkownik Franz Halder w pisanym na gorąco Dzienniku wojennym w przeddzień ofensywy na zachodzie pisał z wyraźną ulgą „Rosja jest z nami”.
Pierwszeństwo w wysunięciu myśli o możliwym wspólnictwie Niemców i Rosjan w zbrodni należy przyznać podziemnej gazecie narodowców z GG. Uwaga o dobrych stosunkach III Rzeszy i ZSRR w momencie zbrodni, jako przesłance jakiejś formy porozumienia pomiędzy oboma reżimami, pojawiła się 20 IV 1943 r. w artykule Krokodyle łzy (o ofiarach odkrytych w Katyniu) we „Wspólnej Polsce”, nr 18: „Kto ich pomordował: Rosjanie czy Niemcy czy też do spółki – nie wiadomo. Niemcy gwałtownie podkreślają, że oficerowie ci zostali rozstrzelani w 1940 roku, więc kiedy jeszcze przyjaźń bolszewicko-hitlerowska kwitła w najlepsze”. Na wychodźstwie w Londynie tezę, że Niemcy już w 1940 r. wiedzieli o Katyniu, propagował w okresie wzrostu zainteresowania sprawą na początku zimnej wojny były więzień sowiecki, ks. Kamil Kantak, m.in. w tekście Katyń i Niemcy. Do redaktora „Wiadomości”, „Wiadomości”, 22 VI 1951 (por. T. Wolsza, „Katyń to już na zawsze katy i katowani”. W „polskim Londynie” o sowieckiej zbrodni w Katyniu (1940–1956), Warszawa 2008, s. 109). Pierwszą wydaną w PRL pracą historyczną stawiającą tezę o współdziałaniu niemiecko-sowieckim była prawdopodobnie bezdebitowa popularyzatorska broszura Tadeusza Skałuby (pseudonim?) Obezhołowienie. Geneza likwidacji warstwy kierowniczej narodu polskiego przez okupanta radzieckiego w latach 1939 do 1941, Wydawnictwo „Krzyża Nowohuckiego”, Kraków 1981 [na okładce: Unia Nowoczesnego Humanizmu, Warszawa].
(Witold Wasilewski, Współpraca sowiecko-niemiecka a Katyń, str. 2 przypisy)
Popatrzmy jeszcze na fakt, uprawdopodobniający naszą hipotezę.
10 maja 1940 roku Niemcy rozpoczęły ofensywę na Zachodzie. Już 12 maja 1940 roku transport wiozący na rozstrzelanie ludzi z obozu w Ostaszkowie zostaje cofnięty. Jadący na pewną śmierć ocaleli. Najwyraźniej tyle czasu zajęło wydanie decyzji o wstrzymaniu dalszych egzekucji wobec pożądanego działania Hitlera.
Zbrodnia odniosła spodziewany efekt, zatem kontynuacja jej nie była potrzebna.
.
3.04 2021
Autor to kompletny idiota.