„Lach to wróg” – to oczywiście nie jest moje określenie. Taki tytuł nadałam dzisiejszemu mojemu feletonowi na temat bilateralnych stosunków polsko-ukraińskich, z którym zwracam się do szanownych czytelnikow za wielką wodą.

O tym, że Polska jako pierwsza zaczęła wspierać Ukrainę po uwolnieniu się Ukraińców spod rosyjskiego panowania w 1991 roku i natychmiast po napaści przez Rosję w 2022 roku – nie muszę państwu przypominać. Także o tym, że Polacy przyjęli do swoich domów 1,73 mln uchodźców, że prywatnymi samochodami odbierali ich z granicy polsko-ukraińskiej oraz, że Polska przekazała Ukrainie ogromne ilości uzbrojenia – też chyba państwo wiedzą. Oficjalne raporty rządowe podsumowujące tę pomoc wykazały, że całkowity koszt wsparcia publicznego (ze środków państwa, samorządów i pomocy militarnej) wyniósł około 90 miliardów złotych, co stanowiło wówczas aż 3,82% polskiego PKB. Pod względem wielkości wsparcia w stosunku do PKB, Polska uplasowała się w ścisłej światowej czołówce.

Dlatego absolutnie nieakceptowalna jest obecna polityka prowadzona przez Ukraińców wobec naszego narodu! Bo mimo że Polska oddała Ukrainie to, co miała najcenniejszego – w tym czołgi, transportery opancerzone, artylerię, amunicję i samoloty MiG-29 (o łącznej wartości donacji wojskowych przekraczającej 16,45 mld zł) – to ze strony ukraińskiej ciągle spotykają nas paskudne afronty. Ostatnio samorząd lwowski zapowiedział, że przyszły rok 2027 ma być rokiem upamiętniającym UPA i dowódcę tej formacji, ludobójcę Romana Szuchewycza.

Głęboko rozczarowani jesteśmy tym, że Kijów wybrał antypolski banderyzm jako fundament broniącego się państwa ukraińskiego i na tym buduje morale armii ukraińskiej. W Kijowie okrzyknięto bohaterami zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii, winnych okrutnych mordów dokonanych na dziesiątkach tysięcy polskich dzieci, kobiet i starców, mieszkających na okupowanych przez Niemców ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej.

Okazało się, że prezydent Zełenski i jego zwolennicy nie tylko odwołują się do „tradycji” po zbrodniarzach z UPA, ale też czerpią wprost z ideologii tzw. nacjonalizmu integralnego, gdzie zapisano mocarstwową przyszłość wielkiej Ukrainy. Taka Ukraina miała powstać dzięki bliskiej współpracy z Niemcami, a wrogiem, który przeszkadza w osiągnięciu tego celu, miała być Polska. To państwo polskie, a nie Rosję, wskazano historycznie jako główną przeszkodę na drodze do ukraińskiej mocarstwowości. I to Polska miała być zlikwidowana.

Ślady tej ideologii widzimy i dziś. Wszak niedawno oficjalne profile dyplomatyczne Ukrainy powielały grafiki oparte na materiałach nacjonalistycznego wydawnictwa Rainshouse, przedstawiające tzw. „Wielką Ukrainę”, w której granicach bezczelnie zaznaczono również polskie miasta, w tym Przemyśl i Chełm.

Kiedy przeanalizujemy zachowania współczesnych polityków ukraińskich, to, co możemy znaleźć w wypowiedziach publicystów i co mówią Ukraińcy w mediach społecznościowych, dostrzeżemy słabo maskowany, przerażający pogląd. To stare, XIX- i XX-wieczne radykalne zawołanie narodowościowe z Wołynia i Galicji Wschodniej: „Szczo Lach, to woroh” – czyli „Co Lach, to wróg” (wspomina o tym Jozef Ignacy Kraszewski w powiesci „Banita” z 1885 roku).

Dziś, patrząc na to z perspektywy czasu, musimy zadać sobie bolesne, ale konieczne pytanie: czy ta tragiczna lekcja historii niczego naszych sąsiadów nie nauczyła? Polacy otworzyli swoje serca, portfele i domy. Pokazaliśmy całemu światu, czym jest bezinteresowna solidarność. Odpowiedzieliśmy miłością bliźniego na nienawiść, która lała się z nieba na ukraińskie miasta.

Jaką odpowiedź otrzymujemy w zamian? Pomniki dla katów naszych przodków, roszczenia terytorialne ukryte w dyplomatycznych grafikach i polityczną arogancję. Jeśli fundamentem nowoczesnej tożsamości Ukrainy ma być kult morderców spod znaku UPA, to z głębokim smutkiem musimy rzec głośno: neobanderyzm nie buduje mostów, on je podpala! Polska nie może i nie ma prawa ślepo wspierać państwa, które w swojej oficjalnej doktrynie powraca do mrocznych upiorów przeszłości. Czas, aby Kijów zrozumiał, że drogą do Europy nie jest trakt, na którym wciąż pobrzmiewa echo hasła „Lach to wróg”. Droga do Europy wymaga prawdy, skruchy i szacunku dla narodu, który jako jedyny podał rękę, gdy oni tonęli. Bez tego wszelka pomoc traci swój moralny sens.