Do Parku Pokoju pociągiem z Żyliny przyjechał mały Słowak. Dlaczego mały? Bo otóż on sam siebie pomniejszał. Mówił – nie jestem jak Węgier czy Rumun – pragnący powiększenia swojej ojczyzny. Jestem zwykłym pasterzem, którzy chce paść owce tam gdzie moim pradziadowie je wypasali. Piędzi obcej ziemi nie żądam. Usadowił się koło sklepiku Muzeum, nieopodal toalety i Cafe Muzeum.

– Słowiok przyjechał – powiedział Węgier bez nogi do Rumuna siedzącego na ławeczce nieopodal swojego legowiska.

– No i? – odfuknął Rumun.

– No i to, że nas się już tu za dużo robi. Po co komu tutaj Słowiok? To nawet nie jest naród. Mogę nie lubić was Rumunów, ale wy przynajmniej jakoś się politycznie ogarnęliście w XIX wieku. Zrobiliście sobie królestwo z wypożyczonymi na tę okazję arystokratami niemieckimi. Teraz nawet prezydenta macie Niemca – ironizował lekko Węgier.

– Wasz admirał Horthy – jeśli dobrze pamiętam – powiedział stary Rumun – przez jakieś ponad dwie dekady nie miał dostępu do morza. Hehehehe. Była z tego beka na całą Europę. Pajac reprezentujący najbardziej śródlądowy kraj w Europie występował na co dzień w uniformie marynarskim – tylko pogratulować takiej komedii – dokończył swoją wypowiedź stary Rumun.

Następnie miała miejsce rutynowa wymiana nacjonalistycznych strzałów między starym Rumunem i Węgrem, bez nogi, której nie ma sensu tu drobiazgowo relacjonować. Istotne jest to, że pod koniec tychże słownych przepychanek, obydwie strony uzgodniły, że Słowak, którego Węgier konsekwentnie nazywał Słowiokiem, będzie mógł pozostać w Parku Pokoju przez jakiś czas.

– Uważam, że Słowak, który nota bene – uniósł wysoko brwi stary Rumun – jest bardzo podobny do nas Wołochów i dziedziczy tę samą kulturę pasterską, której wy Węgrzy jako lud lupieżczy, jesteście całkowicie pozbawieni, powinien leżeć koło mnie. Razem ustanowimy jakąś lokalną wspólnotę. Pasterką, wołoską.

– Nie po to wtargnęliśmy do Europy Środkowej na naszych małych konikach, nie po to podbiliśmy ludy słowiańskie, których kobiety rodziły nam dzieci, gdyż nasze kobiety były do niczego, żeby teraz…

– No co? – zapytał stary Rumun – znów Ci się aktywuje ta wielkomadziarska gadka. Nawet dziś nic nie piłeś i masz. Nawet wtedy działa, nas trzeźwo znaczy – westchnął stary Rumun.

– Owszem, my Węgrzy jesteśmy na ciągłym piciu i kacu począwszy od 1920 roku, ale to jest picie i nietrzeźwienie patriotyczne. Z bólu i traumy zrodzone. Majestatyczne takie i uroczyste. Inne narody to alkoholicy. Tacy Słowioki na przykład. Jaki oni mają powód do picia bez ustanku? Żaden – gromko powiedział Węgier.

– To gdzie kładziemy małego Słowaka? – zapytał stary Rumun nie chcąc wchodzić w nacjonalistyczne spory z Węgrem bez nogi.

– Może kompromisowo połóżmy go w altanie przy pomniku Szersznika. Jak przetrwa noc, a przetrwa bo buzuje w nim mniej krwi niż alkoholu, a on skutecznie zabija zarazki – to wtedy rano się obaczy co dalej – powiedział nieco pogardliwie Węgier bez nogi.

– Szkoda tylko, że on w przeciwieństwie do mnie nie zabrał ze sobą owieczki. Będzie trząsł się do rana, nie z zimna jednak lecz z braku zwierzęcia koło siebie. – powiedział stary Rumun.

– Dobra, dobra, poczęstuję go palinką, choć nie uznaję istnienia narodu słowackiego – odburknął Węgier bez nogi.

– Pij Słowiok, to ci dobrze zrobi – powiedział Węgier przytulając do siebie Słowaka.

Potem wspólnie się upili i tak, zbratawszy się hałasowali w okolicach Parku, że dwukrotnie musiała interweniować Straż Miejska. Stary Rumun wówczas wyraźnie sposępniał. Liczył bowiem na to, że Słowak nie stanie się sojusznikiem żadnej ze stron, a wyszło po pijaku jak wyszło.