Adnotacja: moje ryło zamieszczam tylko i wyłącznie dla atencji. A zdjęcie Kałębia żeby Wam pokazać, że świat, mimo wszystko, potrafi być piękny. Może dzięki temu poświęcicie mi pięć minut z Waszego życia.
Wyłażę więc na chwilę z mojej rehabilitacyjnej, szczelnej bańki informacyjnej po to tylko, żeby postawić kropkę – albo, jak kto woli, wykrzyknik. Wolałem milczeć ale zostałem wywołany do tablicy (i to kilkakrotnie w ciągu ostatnich kilku tygodni) więc proszę uprzejmie. Nie zamierzam jednak dołączać do sporu ani pozycjonować się po którejś ze ston – i nie jest to bynajmniej symetryzm. Wiadomy temat grzeją już wszyscy – zarówno ci, którzy mają coś do powiedzenia, jak i ci, którzy mają tylko i wyłącznie potrzebę zabrania głosu – uważam zatem, że wszystko już tu zostało wielokrotnie powiedziane, raz mądrze, raz głupio i mój głos za albo przeciw w tej „dyskusji” nie ma najmniejszego znaczenia a jedynie może zwiększyć kakofonię. Co nie znaczy, że nie mam tu swojego zdania – mam i to całkiem wyraźne. Ale pomimo tego, że dysponuję odpowiednim przygotowaniem i warsztatem historyka a także ponad trzydziestoletnim bagażem podróży i doświadczeń „z pierwszej ręki” z Ukrainy i w ogóle obszaru postsowieckiego, nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać. A może nie „pomimo” a właśnie DLATEGO, że mam. Dla własnej wygody i uporządkowania myśli przygotowałem za to kilka własnych refleksji w punktach. I to będzie pierwszy i ostatni raz kiedy zabiorę głos na ten temat, zapraszam jeśli to kogoś interesuje.
➡️ Nie zamierzam nikogo atakować ale też nikogo przepraszać. Nie zamierzam również zwracać niczego nikomu. Przez cztery i pół roku nazbierało się już mnóstwo podziękowań, cudownych wyrazów wdzięczności, mniejszych czy większych nagród, odznaczeń czy medali. Nie traktuję ich jako własności prywatnej tylko jako uhonorowanie słusznego wysiłku dziesiątków ludzi, którzy w pocie czoła a niejednokrotnie w bezpośrednim zagrożeniu stawali po tej „jasnej stronie mocy” i zachowywali się jak trzeba. Zwracanie tego wszystkiego byłoby splunięciem w twarz zarówno ludziom, którym pomagaliśmy ale też pośrednio nam wszystkim i samemu sobie. To, że tak robią polscy i ukraińscy politycy nie oznacza, że ja mam tak zrobić. Nie będę też od nikogo żądał zwrotu generatorów, apteczek czy palet z żarciem. Ani warunkował kolejnej dostawy tym, że magazyn docelowy nie może się znajdować przy ulicy Bandery. Wręcz przeciwnie – właśnie szykuję kolejną partię pomocy. Dlaczego? Bo jest nadal potrzebna. Bo tak trzeba.
➡️ O samym Wołyniu nie będę pisał bo tu również powiedziano już wszystko a nawet za dużo – znów: obustronnie. Zbrodnia to zbrodnia i w pierwszym rzędzie trzeba dać pamięć ofiarom i spokój rodzinom. To są wartości bezwzględne, pytaniem otwartym pozostaje jak do tego dojdziemy. Instynktownie czuję jednak, że aktualnie zmierzamy dokładnie w przeciwną stronę – zarówno Polacy jak i Ukraińcy a te emocje są cynicznie i bezwzględnie wykorzystywane i używane jak cep do walenia po głowach adwersarzy. Przykład? Proszę bardzo. Dogorywająca już i rozpalona nagle na nowo dyskusja o ilości ofiar, podejmowana chętnie jako argument przez obie strony. Bo, moi drodzy, nie ma to żadnego znaczenia czy po polskiej stronie było sto tysięcy ofiar a może jednak o połowę mniej a po ukraińskiej – dwadzieścia, czterdzieści albo, panie, duuuuużo więcej. A fakt jest taki, że zbrodnia to zbrodnia a ofiarom tej zbrodni jest dokładnie wszystko jedno czy ginęły solo czy hurtem. Tymczasem zamiast zająć się leczeniem rany w sposób naturalny, użyć pamięci jako źródła refleksji i naprawy a nie pałki, my w tej ranie dłubiemy nożem surwiwalowym i sypiemy do niej liczby jak sól. W prawie rzymskim jest taka zasada – cui bono czyli „kto korzysta”. Zatrzymajmy się więc na chwilę i zastanówmy nad tym, kto tu naprawdę skorzystał i korzysta. Komu na tym zależy?
➡️ Nie sądziłem, że to kiedykolwiek powiem ale – o dziwo – w pełni zgadzam się z tym, co napisał dzisiaj Witold Jurasz. Otóż my w Polsce rzeczywiście nie prowadzimy dyplomacji a antydyplomację czyli krótko mówiąc samozaoranie. I to niestety jest powszechne bo za dyplomację biorą się nie ci, którzy powinni to robić a ludzie, których już trzecim argumentem w dyskusji będzie: „a w ryj chcesz?” Jesteśmy ponadto bodaj jedynym narodem na świecie, który do kanonu pojęć narodowych wprowadził termin moralnego zwycięstwa. Moralne zwycięstwo – czyli dostałeś bęcki ale przecież miałeś rację. Moralne zwycięstwo jako coś w rodzaju wyrobu czekoladoniepodobnego – znamy je aż za dobrze ze stadionów, znamy też z Wiejskiej i Belwederu w Warszawie. Miało być super, wyszło jak zawsze …. ale my i tak wiemy, że mieliśmy rację a winni są tylko „oni”. Odbierając OOB Zełeńskiemu Polska odniosła (to główna narracja, moim zdaniem fałszywa) „moralne zwycięstwo” – pytanie tylko nad kim. Ukraina w odpowiedzi zwraca swoje odznaczenia i to kolejne pudło – a może też „moralne zwycięstwo”? Polska to przetrwa. Ukraina również przetrwa bez Orderu Orła. Przetrwa również niestety Związek Radziecki (bo nadal się będę upierał, że on wciąż istnieje i ma się całkiem nieźle). W Berlinie, Brukseli, Londynie, Paryżu a nawet Hong Kongu czy Kuala Lumpur ten news pożyje godzinę. Nad kim więc odnieśliśmy moralne zwycięstwo? Czyżby nad nami samymi? A można to było jednak zupełnie inaczej rozegrać – tylko wtedy po obu stronach słupki sondażowe zrobiłyby salto na dupę a więc No Pasaran! Choćby diabli mieli wziąć cały dotychczasowy wysiłek. Moralne zwycięstwo. Zaiste godne podziwu, pora z szacunku wykonać głęboki skłon na zachód a drugi na wschód.
➡️ Wniosek tak oczywisty i banalny, że literalnie wszyscy (celowo „wszyscy” a nie „nikt”, proszę nie poprawiać) go nie dostrzegają: Polska nie ma złej polityki wschodniej. Polska nie ma jej wcale i tak jest od zawsze – czy to w czasach Batorego, Wazów, czy za Piłsudskiego (ten chociaż próbował), czy to dzisiaj. Albo obedrzemy do gaci, złupimy i oszukamy w imię doraźnych korzyści albo na złotej tacy przyniesiemy klucze do mieszkania, pin do karty i nawet telefon do własnej dziewczyny, patrząc przez palce (ale z rosnącym wkurwem) na to jak obdarowany z ochotą zaczyna z niego korzystać. To nie jest żadna polityka tylko zaostrzająca się lub wpadająca w remisję schizofrenia. Dzieje się tak na każdym szczeblu społecznym – od łacha do najwyższego urzędu. W Polsce, w wiadomym kontekście, można być wyłącznie stuprocentowym ukrainofobem, co samo w sobie jest groźne albo stuprocentowym ukrainofilem (co jest równie groźne i równie potwornie męczące). Źródło tej schizofrenii tkwi właśnie w praktykowanym od stuleci braku całościowej, mądrej (a przynajmniej nie głupiej) polityki wschodniej – ryba bowiem psuje się od głowy ale bardzo prędko zaczyna śmierdzieć także ogon. A potem już wszystko śmierdzi i trudno przewietrzyć pomieszczenie.
➡️ Żeby było jasne – decyzja Zełeńskiego była zła, niezależnie od jej powodów. Ukraina ma się czym chwalić – Petlura, Boroweć, Nestor Machno, nawet Iwan Franko nie mówiąc już o najbardziej współczesnych bohaterach – tych chłopakach spod Pokrowska, Kramatorska czy Konstantynówki. Decyzja Nawrockiego również była zła. I, co gorsza, niewspółmierna. W czasach wojny odznaczenia dla przywódców są odznaczeniami dla narodu. Tymczasem efektem wojny na górze (podgrzanej solidarnie przez obie strony) jest to, że gówno wpadło do wentylatora i wszyscy, absolutnie wszyscy, mamy już piegi. Kiedy zatem zgasną światła i ekipa wyłączy kamery, możecie sobie panowie politycy i panie polityczki przybić zdrowe piątki bo być może właśnie zapisaliście się w podręcznikach. Obawiam się jednak, że te zapisy mogą was nie usatysfakcjonować – ale co tam. Liczy się tu i teraz a nie to, co przyniesie jutro. Nie żebym to porównywał ale ci od Targowicy też tak myśleli.
Co zatem z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego kilka prostych prawd, u źródła których leży pewna krótka opowieść.
Otóż od ponad stu lat w Moskwie, przy placu Łubiańskim, w podziemiach gmachu dawnego towarzystwa ubezpieczeniowego „Rossija”, urzęduje niejaki Łach Łachmanowicz Łachmanow w stopniu, powiedzmy, pułkownika. Mijają lata, zmieniają się rządy i ustroje zaś towarzysz pułkownik Łachmanow, w nieśmiertelnej, sowieckiej czapce z malinowym otokiem, takiej na której rondzie mógłby wylądować helikopter, tkwi na swoim posterunku – kiedyś obłożony gazetami, potem radiostacjami, później telewizorami, dziś zaś buszujący w sieci pod pierdyliardem tożsamości. Praca towarzysza pułkownika Łachmanowa bywała trudna i niewdzięczna jednak od miesiąca ma niespodziewany urlop. Zaciera więc ręce z radości – oto Polacy i Ukraińcy sami wzięli się za łby ku chwale Matuszki Rosji. Można zatem w spokoju napić się wódki i pomyśleć, co dalej.
Zostawmy jednak towarzysza Łachmanowa. Dopóki Wołyniem (ale też innymi Wołyniami i to obustronnymi a było ich na interesującym nas terenie wcale niemało) będą zajmować się politycy obu krajów a nie historycy, towarzysz Łachmanow ma wolne i czas na planowanie. I to jest już bardzo zła wiadomość ale na zupełnie inne rozważania.
➡️ Ergo. Teraz już będzie straight to the point. Nie tylko już jesteśmy w tej legendarnej, kisielowej dupie, nie tylko już się w niej urządziliśmy ale nawet zaczynamy się rozpychać. Moskiewscy planiści przecierają ze zdumienia oczy – ruskie plany zwykle mają to do siebie, że prędko biorą w łeb, tak jak zresztą większość rzeczy stamtąd. A tu bum. Zaskoczyło. I jak fajnie hula, towarzyszu pułkowniku …. Aż szkoda dotykać żeby nie zepsuć … – Słusznie, Zasrańcew, niczego nie ruszajcie. Niech się bladzie same pozagryzają.
Dziękuję wam zatem, politycy z obu stron granicy (proszę odnotować mój sarkazm). Dla własnych, doraźnych interesów spieprzyliście niemal doszczętnie to, co społeczeństwa obu narodów (w tym również ja i moi przyjaciele) mozolnie budowały i budują już piąty rok. Mówię o współpracy i pomocy ale też i pojednaniu. Takim prawdziwym – nie z telewizją i przy fanfarach a u samych podstaw – na ukraińskiej wsi, w zrujnowanym Pokrowsku, gdzieś w nocy, w lesie na punkcie PPO strzelającym do ruskiej śmierci. Tam się to odbywa a nie w waszych gabinetach i klimatyzowanych salach. „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – słyszeliście kiedyś to hasło? Pewnie tak ale macie je gdzieś. Dwa drzewa różnych gatunków potrafią rosnąć obok siebie w zgodzie, często się nawet oplotą gałęziami i obejmą. Polak z Ukraińcem nigdy. O to tu chodziło? Tak jest wam wygodnie?
A wiecie kto to pierwszy powiedział? Typ z NKWD, strasznie dawno temu. Może nawet towarzysz pułkownik Łach Łachmanowicz Łachmanow.
Polski internet krzyczy „wypierdalać na front”. Ukraiński od jakiegoś czasu zastanawia się czy pisać „polska” tak jak „rosja” – małym fontem bo Polacy to jednak zupełnie jak ruskie … (i to niestety jest autentyk z dzisiaj). A my, ci którzy rozumiemy i widzieliśmy trochę albo nawet dużo więcej (sorry brachu, taka prawda), zaciskamy zęby. Bo wiecie co? To my jesteśmy waszą polityką wschodnią. I to my jesteśmy waszą dyplomacją. Bez nas nie macie żadnej. I właśnie podstawiliście nam nogę. Perfidnie lub bezmyślnie bo dalej jest pole minowe. Przeżyjemy ale po prostu się od nas odpieprzcie. Zniknijcie, zamilknijcie, whatever. Nie chcę być głosem społeczeństwa, jestem swoim własnym głosem. I powtarzam wam – spieprzajcie. My tu znowu po was posprzątamy ale z każdym razem jest nam coraz trudniej.
I jeszcze jedno. Szczerze wątpię, że jestem na tyle ważny żeby zauważyła mnie historia. Lecz jeżeli tak się zdarzy to za pięćdziesiąt, sto, pięćset czy osiemset czterdzieści sześć lat nikt nie będzie mnie rozliczał z tego, co robiła UPA na Wołyniu ani tego co zrobił lub powiedział prezydent Zełeński czy prezydent Nawrocki. I nawet nie z tego, co wyprawia putin, kacapska jego mać. Będę za to rozliczony z tego, co zrobiłem albo nie zrobiłem sam, po której stronie stałem i czy stamtąd nie uciekłem. I dlatego właśnie będę nadal robił swoje, tak jak od początku tej przeklętej wojny. Właśnie szykujemy kolejny transport.
Świata raczej nie uratuję. Ale przynajmniej lustro nie pęka jak się golę.
—
Algorytmy tną takie wynurzenia niemiłosiernie więc jeśli się ze mną zgadzasz, postaw łapkę lub serduszko i puść temat dalej. Dziękuję.
Dziś nie będzie żadnej zrzutki. Kto chce, niech ją sobie znajdzie. Nie jest trudno.
Autor: Krzysztof Hoffman
Zostaw komentarz