Czekałem na żonę na Kabatach. Trwało to pótorej godziny. I trochę z nudów, trochę z ciekawości obserwowałem warszawiaków wyprowadzajających psy. Wnioski, z tej obserwacji, gorzkie.

Najpierw siedziałem w ogródku przed cukiernią „Olsza”.

Jak już napisałem, z nudów i ciekawości, obserwowałem przechodniów.
Zwłaszcza tych z psami.

Przez ten czas minęło mnie 11 osób ze swoimi psimi pociechami.

A pies jak człowiek.
Też ma potrzeby fizjologiczne.
Tak więc na 11 psów, 10 srało.
Głównie na chodnik lub pseudo trawnik.
Tylko jeden psiarz, posprzątał po swoim psie, chowając odchody do plastikowej torebki.

Potem przeniosłem się bliżej pętli autobusowej na Kabatach. I znów ten sam widok. Psy srały na chodnik, trawnik, a nawet pod murkiem do stacji metra.

Kilka dni temu ten sam widok w Miasteczku Wilanów, gdzie podobno mieszka warszawska, młoda klasa średnia. „Elyta”.

W jednym z budynków, obsrana była nawet winda.

Nie wolne od tej zarazy są także Łomianki, choć tu, większość psów może wyszaleć się w przydomowych ogrodach, a jak walną w nim kupę, to właściciel posprząta.
Bo to jego teren.

Ten zaś w stolicy publiczny, czyli w rozumieniu posiadaczy psów, niczyj.
Niech więc służby oczyszczania miasta z tym fantem sobie radzą.

W Warszawie jest od 70 do 100 tys. psów. Jeśli każdy, nawet raz dziennie, zrobi sobie kupę w miejscu publicznym ( i tak każdego dnia), to łatwo policzyć i wyciągnąć wnioski.

Mamy „mondo cane” pieski świat, czyli obsraną stolicę europejskiego państwa.
#pies #Warszawa #psiekupy #miłośnicypsów