Niemniej jednak, z powodu niepokojącego przebiegu procesów integracyjnych w ramach Unii Europejskiej, których kontynuacja może doprowadzić de facto do utraty podmiotowości państwowej przez Polskę, należy koniecznie rozpocząć w kraju szeroką debatę społeczną na temat możliwości rezygnacji Polski z członkostwa w UE w określonych okolicznościach.

W szczególności, nie może być tak, że Polacy tracą podmiotowość swojego państwa w ramach jakiegoś procesu administracyjnego, gdzie kluczowe kompetencje definiujące suwerenność są wyprowadzone na zewnątrz za sprawą decyzji politycznej rządu, bez przeprowadzenia na ten temat referendum podobnego, jakie miało miejsce podczas przystępowania Polski do UE.

Tymczasem, zachodzące w UE przede wszystkim pod wpływem niemieckim i francuskim procesy integracyjne wydają się przebiegać jak gdyby bez szerokiego zrozumienia ich konsekwencji i mają charakter plebiscytowy: brak poparcia dla nich jest utożsamiany z „eurosceptycyzmem”, a poparcie – z „euroentuzjazmem”.

W takiej perspektywie, każdy, kto ma wątpliwości, co do kierunku obranego przez obecnie dominujące w UE siły jest kategoryzowany jako „eurosceptyk”, a de facto – jako osoba pragnąca „wyprowadzić Polskę ze wspólnoty Zachodu i wtłoczyć ją ponownie w łapy Moskwy”.

Właśnie ta szczególna alternatywa jest tu dla mnie problemem!

Zdaję sobie sprawę z niesprzyjającego położenia naszego kraju na mapie Europy, ale – dalibóg – nie mogę się zgodzić na takie stawianie sprawy, gdzie (używając frazy Stanisława Lema):

– Albo życie stracimy (czyli zostaniemy podbici przez Moskwę)
– Albo głowę stracimy (czyli staniemy się bezwolnym przedmiotem w rękach władz w Brukseli)

Obie te możliwości są równie nieznośne!

Stoję na stanowisku, że wobec rozwoju sytuacji, należy pilnie rozpocząć debatę publiczną na temat sensu naszej przynależności do UE.

Racje za są oczywiste: wspólny rynek, wysoki poziom kooperacji naukowo-technicznej, uczestnictwo w dużej strukturze międzynarodowej, jakiś poziom zabezpieczenia naszych interesów wobec asertywności Moskwy.

Ale są też racje przeciw federalizacji: utrwalenie peryferyjnego, buforowego statusu Polski, narzucenie nam niezgodnych z oczekiwaniami większości wzorców społecznych, wyprowadzenie kluczowych kompetencji państwa poza bezpośredni wpływ polskiego demos i możliwość podejmowania w Brukseli decyzji niezgodnych z naszą racją stanu.

Są to sprawy kluczowe i nie może, moim zdaniem, dalej być tak, że nie rozmawiamy o nich, gdyż temat jest „tabu”.

Jak już napisałem – ewentualne wyjście Polski z UE nie powinno być decyzją łatwą i musiałaby mu towarzyszyć świadomość konsekwencji – w szczególności – musiałby by być przeprowadzona głęboka analiza wszystkich za i przeciw w metodyce SWOT (siły-słabości-okazje-zagrożenia).

Uważam, że nadszedł już moment, kiedy taka analiza powinna zacząć być prowadzona. Polacy muszą być w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, jak widzą swoje miejsce w świecie, gdyby przyszło nam funkcjonować poza EU, jakie będą skutki krótko-, średnio- i dalekosiężne takiej decyzji, oraz czy w ogóle – w jakich okolicznościach decyzja taka powinna być podjęta.

Nie zgadzam się na podtrzymywanie moralnego szantażu, że „albo w UE (jaka by ona nie była), albo śmierć”. Uważam, że szantaż ten jest kompletnie nie na miejscu i nie znajduje oparcia w faktach.

W szczególności, bezpieczeństwo egzystencjalne Polski w minimalnym stopniu zależy dziś od naszej obecności w UE – kluczowe znaczenie ma tu raczej nasze członkostwo w NATO. Co więcej – w średniej perspektywie – UE nie będzie w stanie zapewnić nam bezpieczeństwa w sensie wojskowym i nawet nie ma sensu tej opcji rozpatrywać. Nasze gwarancje bezpieczeństwa zależą tylko i wyłącznie od NATO a zwłaszcza od Stanów Zjednoczonych. Gdyby USA zdecydowały się na wycofanie z Europy, to ani Niemcy ani Francja ani nikt inny żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa nam nie udzieli. Tzw. europejskie siły zbrojne są odległą pieśnią przyszłości i jeszcze długo będą bytem czysto papierowym.

Decydujące znaczenie mają zatem czynniki ekonomiczno-handlowe, lecz – moim zdaniem – nie powinny być one wyłącznym determinantem naszej sytuacji ontologicznej. Mówiąc krótko – nie jestem skłonny poświęcić naszej państwowości za cenę oddania w obce ręce sterów praktycznie wszystkich instrumentów decyzyjnych, jakimi nasz kraj dysponuje. Uważam bowiem, że realny wpływ naszego demosu na proces podejmowania decyzji w skali europejskiej jeszcze długo będzie mizerny, a nawet – sądzę, że po oddaniu tych kompetencji już zawsze będzie mizerny.

Obecny i wyobrażalnie przyszły kształt UE jest bowiem przede wszystkim wyrazem interesu reńskiego, który z Warszawą nieomal się nie liczy i który właściwie jest zainteresowany jak najdalszym osłabianiem naszego wpływu na europejski proces decyzyjny.

Sugeruję zatem, aby przełamać tabu i poważnie zacząć w kraju debatę na temat warunków naszego dalszego uczestnictwa w UE. Niedopuszczalna jest bowiem, moim zdaniem, sytuacja, że jeden czy dwa podpisy rządu Tuska, czy jakiegoś innego, de facto zakończą historię III RP pozostawiając nas z kadłubowym państwem, którego status bardziej będzie przypominać kolejny niemiecki land niż suwerenny podmiot prawa międzynarodowego.

Debata taka będzie też sygnałem wobec Unii Europejskiej, że są granice radosnej federalizacji, które nie będą mogły być przekroczone za sprawą prostej decyzji administracyjnej.