Moim zdaniem, nie mają one żadnego sensu. Proponuję jednak odwrócić logikę i spojrzeć na sprawę inaczej. Postanowić, że będę bardziej sobą.
Jako weteran onkologiczny wiem, że robienie planów czy postanowień przypomina nabieranie wody durszlakiem.
Mimo naszych starań woda przelewa się przez sito, a Bóg płata niespodzianki bo powiedzieliśmy mu o nich.
Z tej „szkoły” wyniosłem naukę, że trzeba być zadowolonym z tego co się ma i cieszyć się tym jak jest.
Jak się tego nauczysz, świat będzie należał do ciebie.
Zdaję sobie sprawę, że ze względu na wiek bliski 70 oraz kwestie zdrowotne, mam inny stosunek do siebie i świata jak pokolenie Z albo czterdziestolatkowi, przed którymi jeszcze kawał życia.
Kariera, rodzina i dziś modne słowo „samorozwój” , który nie jest niczym innym jak dorastaniem do tego, by pełniej „być”.
Ale i im odrobina dystansu, do siebie i planów, tylko na dobre wyjdzie.
Bo lepiej nie nastawiać się na cel, ale czerpać radość z tego co się robi, a zaplanowany cel, przyjdzie jako swoista nagroda.
Intencja paradoksalna, polecana zwłaszcza tym, którzy czują przymus stawiania sobie, kolejnych wyzwań i cierpią gdy ich nie zrealizują.
A co znaczy, być sobą?
Dla mnie, to pielęgnowanie własnej indywidualności.
Oczywiście, uwzględniające relacje z innymi.
Najbliższymi, kolegami z pracy, sąsiadami, znajomymi.
Empatia, ale zarazem i asertywność.
Współodczuwanie, ale i umiejętność mówienia „nie”.
Nawet za cenę ryzyka zerwania lub osłabienia relacji.
Bo żaden człowiek, nie jest maszyną do spełniania życzeń, dla drugiego człowieka.
To szacunek dla siebie bo z niego wyrasta szacunek dla innych.
Jeśli siebie nie będziemy szanować, to nie będziemy też bliźnich.
Ot taka, intencja paradoksalna.
Bardziej być, by lepiej żyć.

Zostaw komentarz