Esej o ranach zadawanych w imię zasad, które miały chronić

Salomon nie miał kodeksów ani procedur, a jednak wiedział jedno: w środku sporu leży żywe dziecko, nie racja którejś ze stron. Dziś mamy procedury na wszystko, a mimo to „szary człowiek” bywa sprowadzany do roli pionka, o którego losie rozstrzyga się ponad nim, w grze, której zasad nie rozumie i często nawet nie dostrzega. I tu zaczyna się pytanie najprostsze i najokrutniejsze: czy o jego losie ma decydować mądrość, czy sama procedura. Bo kto krzywdzi człowieka prostego i śmieje się z jego krzywdy, nie powinien czuć się bezpieczny. Poeta pamięta, a czyny i rozmowy bywają spisywane.

W sporach o praworządność najczęściej ginie to, co powinno być w nich najważniejsze: człowiek. Obywatel, ten zwykły, szary, nieuprzywilejowany, nieobecny w telewizyjnych studiach, nieuzbrojony w prawniczy żargon. Ten, który nie ma wpływu na nominacje, procedury, uchwały i interpretacje, ale ponosi ich konsekwencje. To on staje się „konieczną ofiarą”, gdy prawo przestaje być tarczą, a zaczyna narzędziem walki.

W ostatnich latach coraz częściej słyszymy, że w walce „możnych” szary obywatel „jest tutaj konieczną ofiarą”. Zdanie wypowiedziane z chłodną pewnością, jakby chodziło o element gry strategicznej, a nie o realne życie człowieka. I właśnie to odsłania mentalność, która z troską o państwo prawa ma niewiele wspólnego. Przypomina raczej logikę plemiennej wojny, wojny, w której prawo staje się maczugą, a obywatel pionkiem.

Można się na to oburzać. Można też wzruszyć ramionami, bo „tak jest wszędzie”. Tyle że tu nie chodzi o to, czyja drużyna ma rację, ani kto kogo ograł sprytniejszą interpretacją. Tu chodzi o pytanie, po co w ogóle prawo istnieje. I żeby to sobie przypomnieć, warto wrócić do jednej z najstarszych opowieści o sprawiedliwości, przypowieści o Salomonie.

Dwie kobiety, jedno dziecko, brak świadków. Sytuacja bez wyjścia. Salomon nie ma do dyspozycji kodeksów, procedur, uchwał interpretacyjnych ani sądów wyższej instancji. Ma tylko intuicję i świadomość, że jego decyzja dotyczy życia, nie abstrakcji, nie symbolu, lecz żywego dziecka. Proponuje rozwiązanie brutalne w formie, lecz genialne w treści: przeciąć dziecko na pół. Nie po to, by je zabić, lecz by ujawnić prawdę. Prawdziwa matka rezygnuje z roszczenia, by ocalić dziecko. Fałszywa woli, by zginęło, niż by należało do drugiej.

Salomon nie szuka zwycięzcy sporu. Szuka dobra dziecka. I to jest istota sprawiedliwości: prawo istnieje po to, by chronić słabszego, a nie służyć ambicjom silniejszych. Prawo nie jest od tego, by ktoś wygrał. Jest od tego, by ktoś nie został zmiażdżony.

Jeśli przeniesiemy tę starą mądrość na grunt dzisiejszych sporów, praworządność jawi się właśnie jako takie żywe dziecko, kruche, zależne od odpowiedzialności tych, którzy mają je strzec. Jeśli prawo ma sens, to tylko dlatego, że chroni obywatela. Nie abstrakcyjną ideę, nie polityczną rację, nie środowiskowy interes. Chroni człowieka, który ma prawo oczekiwać, że państwo nie zrobi z niego ofiary składanej na ołtarzu cudzych ambicji.

I tak jak dziecko, praworządność można zranić. Nie trzeba jej zabijać, wystarczy ranić regularnie. Każdy wyrok wydany z założeniem, że „obywatel jest konieczną ofiarą”, jest cięciem nożem po żywym organizmie. Nie zabija od razu, ale osłabia. Odbiera zaufanie. Niszczy poczucie bezpieczeństwa. Uczy, że prawo nie jest wspólne, tylko plemienne.

Praworządność nie ginie od jednego ciosu. Ginie od tysięcy małych ran. A w naszych współczesnych sporach coraz częściej obserwujemy logikę odwrotną do salomonowej. Zamiast troski o dobro „dziecka”, walka o to, kto będzie jego właścicielem. Zamiast odpowiedzialności, plemienna determinacja. Zamiast ochrony obywatela, gotowość uczynienia go kosztem ubocznym.

Widać to, gdy unieważnia się wyroki nie dlatego, że były niesprawiedliwe, lecz dlatego, że wydał je „nie ten” sędzia. Widać to, gdy decyzje procesowe stają się narzędziem demonstracji, a procedura bywa ważniejsza niż życie skrzywdzonego. Widać to, gdy interpretacja jest ważniejsza niż bezpieczeństwo, a spór o literę zasady przesłania człowieka, którego ta zasada miała chronić.

Niedawny przypadek sześcioletniej wnuczki długotrwale krzywdzonej przez dziadka, którego proces został unieważniony, pokazuje, że to niewinne, już raz skrzywdzone dziecko stało się „konieczną ofiarą”. Nikt nie zapytał, co oznacza dla dziecka kolejny proces, kolejne przesłuchania, miesiące niepewności, tym razem, gdy jest starsze, bardziej świadome tego, co się stało. Tamto dziecko Salomona ocalało bez szwanku. To współczesne musi przejść traumę po raz drugi, bo dorośli wolą walczyć o swoje, niż chronić słabszego. W tej logice nie ma Salomona. Prawo nie stało się tarczą. Stało się narzędziem walki.

To nie jest troska o praworządność. To jest logika fałszywej matki: „Jeśli nie będzie po mojemu, niech zginie”. I niech nikt nie mówi, że to tylko retoryka, bo retoryka zostaje w gazetach, a tu zostają żywe blizny. Te pojedyncze cięcia kumulują się w ranę, która nie chce się goić.

Każdy taki przypadek rani praworządność realnie. Obywatel widzi, że prawo działa inaczej wobec „swoich”. Widzi, że wyroki bywają unieważniane z powodów plemiennych, że bezpieczeństwo zależy od interpretacji, że sprawiedliwość nie jest wspólna. Na dodatek „szary człowiek” widzi też, że nie zawsze uznanie wyroku zależy od tego, czy sędzia jest „nasz” czy „nie nasz”, ale od samego wyroku. Jeśli wyrok jest po myśli „mogących”, to i sędzia nagle staje się „nasz”. A jeśli nie jest po myśli, to nawet najlepsze uzasadnienia nie pomogą, bo zaczyna się szukanie haka. Tak się robi z prawa narzędzie, a z obywatela wiór.

Gdy obywatel przestaje wierzyć w prawo, państwo traci fundament. To nie jest tylko kryzys prawny. To kryzys zaufania, a zaufanie odbudowuje się trudniej niż budynki po pożarze. Budynek można postawić z cegły. Zaufania nie da się zadekretować. Ono wraca albo nie wraca.

By unaocznić różnicę w odpowiedzialności, warto przywołać inny obraz, znany dylemat etyczny zwrotniczego. Pociąg pędzi na pięć osób przywiązanych do torów, a zwrotniczy może jednym ruchem dźwigni skierować go na bocznicę, gdzie zginie tylko jedna osoba. W ułamku sekundy musi podjąć decyzję między życiem a śmiercią. Nie ma ideologii, komfortu, czasu na analizy. Jest tylko dramat i nieuchronna odpowiedzialność.

Zwrotniczy nie wybiera ofiary chętnie. Minimalizuje nieuchronną tragedię, bo wie, że nie ma wyjścia bez krzywdy. A sędzia ma czas, procedury, możliwość analizy, a mimo to czasem godzi się na to, by uczynić z obywatela „konieczną ofiarę”. I to nie jest dylemat moralny w sytuacji bez wyjścia. To jest wybór, który uruchamia skutki dla całej wspólnoty. Wybór, który mówi ludziom: „Nie jesteś celem, jesteś kosztem”.

I wreszcie pozostaje pytanie najcięższe, to samo, które Salomon zadał bez słów. Kto jest prawdziwą matką?

Prawdziwa matka Salomona ustąpiła, by ocalić dziecko. Fałszywa była gotowa je przeciąć, byle wygrać. W sporze o praworządność pytanie brzmi podobnie: kto naprawdę chce ocalić obywatela, a kto tylko wygrać spór? Kto potrafi powiedzieć: „Niech nie będzie po mojemu, byle człowiek był bezpieczny”? A kto powie: „Jeśli nie będzie po mojemu, trudno, obywatel jest konieczną ofiarą”?

Praworządność nie jest ideą z podręcznika ani hasłem na konferencji. Jest żywym dzieckiem, które można zranić. I które, jeśli rani się je długo, może nie chcieć wrócić do tych, którzy mieli je chronić. Bo zaufanie też ma swoją pamięć, tak jak człowiek ma pamięć bólu.

Oj, obyśmy wszyscy okazali się prawdziwymi matkami.

Z krakowskim, noworocznym pozdrowieniem i nadzieją na mądrość większą niż spory,

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄