Są w historii narodów momenty, które stają się fundamentem zbiorowej pamięci. Czasem jednak fundament nie zostaje zbudowany na prawdzie, lecz na politycznej konieczności. Tak właśnie — według Sławomira Cenckiewicza i historyków podzielających jego ocenę — wyglądała historia III Rzeczypospolitej: państwa, które zamiast uczciwie rozliczyć komunizm, wybrało wygodny kompromis z ludźmi dawnego systemu.
W centrum tej opowieści stoi Lech Wałęsa. Symbol „Solidarności”, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, ikona walki z komunizmem. A jednocześnie — jak twierdzi Cenckiewicz — człowiek, którego biografia została przez lata poddana politycznej ochronie. Nie dlatego, że brakowało dokumentów, świadectw czy pytań. Wręcz przeciwnie. Problem polegał na tym, że zbyt wiele środowisk miało interes w tym, by tych pytań nie zadawać.
Teza Cenckiewicza od lat pozostaje konsekwentna: III RP zbudowała wokół Wałęsy swoisty „immunitet historyczny”. Każdy, kto próbował podważyć oficjalną wersję jego życiorysu, był przedstawiany jako radykał, oszołom albo polityczny fanatyk. Nie chodziło wyłącznie o spór akademicki. Chodziło o utrzymanie moralnego fundamentu całego porządku po 1989 roku.
Kiedy w 2008 roku ukazała się książka „SB a Lech Wałęsa”, współautorstwa Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, reakcja części elit była niemal histeryczna. Nie dyskutowano przede wszystkim o dokumentach. Nie analizowano chłodno materiałów archiwalnych. Dominował gniew, moralne potępienie i próba delegitymizacji autorów. Sam fakt postawienia pytania o agenturalną przeszłość Wałęsy uznano za atak na polską wolność.
A przecież historia nie jest religią. Bohaterstwo nie daje immunitetu od pytań. Człowiek może mieć wielkie zasługi, a jednocześnie ciemne epizody w biografii. Właśnie tę elementarną prawdę — zdaniem Cenckiewicza — polskie elity próbowały przez dekady unieważnić.
Najbardziej symbolicznym momentem stał się proces lustracyjny Lecha Wałęsy z 2000 roku. W tym kontekście środowisko skupione wokół Cenckiewicza wielokrotnie przypominało rolę sędziego Zbigniewa Kapińskiego, członka składu orzekającego w sprawie Wałęsy. Według tej interpretacji proces miał charakter nie tylko prawny, ale również polityczny — a część sędziów, świadomie lub nieświadomie, uczestniczyła w utrwalaniu oficjalnej narracji III RP. Krytycy wyroku twierdzili, że sąd nie wykazał wystarczającej determinacji w analizie wszystkich wątków dotyczących dokumentów SB i zaginionych akt UOP. W publicystyce Cenckiewicza nazwisko Kapińskiego stało się symbolem szerszego problemu: wymiaru sprawiedliwości, który po 1989 roku zbyt często unikał konfrontacji z niewygodną prawdą o komunistycznej przeszłości elit państwowych. Formalnie sąd uznał jego oświadczenie lustracyjne za zgodne z prawdą. Jednak krytycy tego wyroku od początku wskazywali na liczne wątpliwości: pominięte dokumenty, znikające akta, ograniczony materiał dowodowy oraz pośpiech całego postępowania. Po ujawnieniu tzw. „teczek Kiszczaka” w 2016 roku spór wybuchł na nowo. Dla środowiska Cenckiewicza był to moment przełomowy — dowód, że wcześniejsze ostrzeżenia nie były teorią spiskową, lecz próbą opisania niewygodnej rzeczywistości.
W tej interpretacji problem nie dotyczy wyłącznie samego Wałęsy. Stawką jest coś znacznie większego: charakter polskiej transformacji. Czy rok 1989 był pełnym odzyskaniem niepodległości, czy raczej kontrolowaną zmianą systemu, w której dawne służby, układy i wpływy zachowały ogromną część swojej pozycji?
Cenckiewicz od lat sugeruje, że III RP była państwem głęboko przesiąkniętym ludźmi dawnego aparatu. Nie chodziło wyłącznie o agentów. Chodziło o mentalność kompromisu za wszelką cenę. O przekonanie, że dla „świętego spokoju” można poświęcić prawdę historyczną. W takim świecie lustracja była traktowana nie jako narzędzie oczyszczenia życia publicznego, ale jako zagrożenie dla stabilności państwa.
To właśnie dlatego — według tej diagnozy — każda próba otwarcia archiwów wywoływała paniczne reakcje części elit medialnych i politycznych. Im więcej dokumentów wychodziło na światło dzienne, tym bardziej chwiał się mit o nieskazitelnych ojcach założycielach III RP.
Krytycy Cenckiewicza odpowiadają oczywiście, że jego narracja jest jednostronna i politycznie motywowana. Wskazują, że dokumenty SB mogły być fałszowane, że część interpretacji historyków IPN jest zbyt daleko idąca, a sam Wałęsa odegrał bezdyskusyjnie ogromną rolę w obaleniu komunizmu. To argumenty, których nie można ignorować.
Ale nawet jeśli ktoś nie zgadza się z wszystkimi tezami Cenckiewicza, trudno zaprzeczyć jednemu: przez wiele lat w Polsce istniały tematy objęte nieformalnym zakazem krytycznego badania. Wokół pewnych postaci budowano ochronny mur moralny i medialny. A każda próba jego naruszenia spotykała się z oskarżeniami o „atak na demokrację”.
Problem polega na tym, że demokracja bez prawdy historycznej staje się jedynie teatrem symboli. Państwo, które boi się własnych archiwów, zdradza brak wiary we własną dojrzałość. Dojrzałe społeczeństwo nie potrzebuje pomników z papier-mâché. Potrzebuje odwagi zmierzenia się z faktami — nawet wtedy, gdy są one bolesne.
Być może największą zasługą Cenckiewicza nie jest więc samo postawienie tezy o „Bolku”. Być może ważniejsze okazało się zakwestionowanie całego mechanizmu politycznej świętości, który przez lata dominował w polskim życiu publicznym. Mechanizmu, w którym jedni bohaterowie byli nietykalni, a inni — zwłaszcza ci domagający się pełnego rozliczenia komunizmu — spychani na margines.
Historia Polski po 1989 roku wciąż pozostaje niedomknięta. Wciąż trwa spór o to, czy transformacja była triumfem wolności, czy kompromisem okupionym zbyt wysoką ceną moralną. Cenckiewicz stoi po stronie tych, którzy uważają, że bez pełnej prawdy o przeszłości nie da się zbudować zdrowego państwa.
I właśnie dlatego jego książki, raporty oraz publicystyczne wystąpienia budzą tak silne emocje. Bo nie są jedynie opowieścią o Lechu Wałęsie. Są oskarżeniem pod adresem całego modelu III RP — państwa, które według tej diagnozy zbyt długo bało się własnej historii.
Zostaw komentarz