W ciągu ostatniego roku dużo było rozmów o dronach FPV i innych dronach powietrznych, sporo omawiano drony dalekiego zasięgu, operacje z użyciem dronów morskich… ale w cieniu tego wszystkiego na froncie postępowała innego rodzaju rewolucja – masowe wprowadzenie do użycia robotów lądowych. I tak samo jak w wypadku wszystkich innych typów dronów, te lądowe same w sobie nowością żadną nie są. Znamy je w zasadzie od dziesięcioleci i nawet na wojnie pojawiły się dawno, dawno temu. Najważniejsze więc w tym wszystkim nie są same te urządzenia, tylko system, który na froncie jest tworzony z ich użyciem. A druga ważna kwestia to niski koszt i masowość tego typu urządzeń. Ich optymalny stosunek koszt-efekt.
Zmiany, które Ukraińcy obecnie wprowadzają na froncie z pomocą tych dronów, uważam za bardzo korzystne dla takich państw jak Polska. Bo w zasadzie te zmiany dają szansę państwom średnim, które mają problemy demograficzne i ustępują liczebnie potencjalnym przeciwnikom (szczególnie jeżeli cena życia ludzkiego w takich państwach jest wyższa niż u przeciwnika), ale jednocześnie mają odpowiedni potencjał technologiczny i przemysłowy. Ta rewolucja daje takim państwom szansę na skuteczną obronę i drastyczne zmniejszenie strat, nieważne, jaki typ wojny próbuje narzucić przeciwnik… To daje szansę wytrzymać nawet długotrwałą wojnę na wyczerpanie.

Drony lądowe obecnie są dopiero na początku swojej drogi rozwoju. Na wczesnym etapie próbowano stosować różne cywilne rozwiązania, składaki z chińskich części, jak to zwykle bywa na tej wojnie. Szybko się okazało, że te konstrukcje w warunkach realnego pola bitwy są praktycznie bezużyteczne. To przez długi czas hamowało rozwój tych systemów. One po prostu były zbyt niepraktyczne i zbyt szybko się psuły, nie wytrzymując ciężkich warunków frontu, by ich masowe wprowadzenie miało sens. Więc sporo czasu zajęło po prostu testowanie i wprowadzanie konstrukcji, które są wystarczająco stabilne i niezawodne, by realnie przynosić korzyść. Wykształcił się szereg producentów, którzy koncentrują się wyłącznie na dronach lądowych. Pojawiła się produkcja własnych podzespołów: kół, opon, gąsienic, systemów łączności, a nawet silników. I dopiero gdy szereg takich konstrukcji sprawdził się w realnych warunkach bojowych, zaczęły one być masowo kupowane i pojawił się realny rynek tych wyrobów.
Na tym etapie główny sens ich użycia na froncie to zmniejszenie liczby żołnierzy znajdujących się w tzw. strefie śmierci. Koncentruje się on przede wszystkim na wprowadzaniu platform uniwersalnych i maksymalnie niezawodnych. Takich, które mogą wykonywać zadania zarówno logistyczne, jak i te związane z ewakuacją rannych, a także zadania bojowe po pewnej ich modyfikacji. Jeżeli mówimy o tendencjach… w jakim kierunku drony lądowe się rozwijają, to wystarczy przeanalizować, nad czym pracują obecnie firmy produkujące te roboty. Po pierwsze – wprowadzenie sztucznej inteligencji do wspomagania kierowania tymi platformami. Na wypadek utraty łączności, po to, by ułatwić pilotom kierowanie platformą, a jako cel końcowy tych prac deklaruje się całkowicie zautomatyzowane misje… na przykład logistyczne. Co w praktyce jest zadaniem bardzo trudnym i jeszcze oddalonym w czasie. Po drugie – firmy pracują nad zwiększeniem przeżywalności tych zautomatyzowanych małych pojazdów. Pojawiają się wersje z opancerzeniem przeciwodłamkowym i pracuje się również nad systemami aktywnej ochrony przeciwdronowej. Firma Ratel obecnie testuje taki system i chce go wprowadzić na wszystkich swoich dronach już pod koniec roku. System ten polega na zainstalowaniu kilku kamer i miotaczy siatek antydronowych. Prosty algorytm w sposób automatyczny ma wystrzelić siatkę w momencie, kiedy zauważy nadlatujący dron. No i po trzecie – wprowadza się modele dronów lądowych służących jako platforma do startu dronów powietrznych. Obecnie to bardzo ważny kierunek po to, by odsunąć zarówno pilotów, jak i obsługę dronów powietrznych od frontu, gdzie stali się oni celem priorytetowym dla artylerii, lotnictwa i dronów przeciwnika.
Ale najważniejszym zadaniem dronów lądowych jest oczywiście ograniczenie strat wojsk własnych. Zarówno piechoty na pierwszej linii poprzez wprowadzenie do niej dronów bojowych, jak i na tyłach poprzez całkowitą robotyzację logistyki w jednostkach liniowych. Dron oczywiście nie zastąpi człowieka na froncie. Żołnierz nadal jest niezbędny. Ale dron może go wesprzeć i wykonywać najbardziej niebezpieczne zadania, tak w obronie, jak i w natarciu. I to jest bardzo pozytywna zmiana, która w dużej mierze potrafi rozwiązać problem słabnącej demografii w państwach zachodnich. Mamy po prostu za mało młodzieży w naszych zachodnich piramidach demograficznych, by móc tę młodzież wykorzystywać w wojnie wielkoskalowej w sposób podobny do tego z I czy II wojny światowej. Możemy poprzez robotyzację nie tylko zmniejszyć straty wśród żołnierzy, ale i dodatkowo zachęcić pokolenie „gamerów” do dołączenia do sił zbrojnych. Uczynić służbę dla tego pokolenia bardziej atrakcyjną i zrozumiałą.
Ale nawet pomijając tak ważny aspekt ludzki… okazuje się, że masowe wprowadzenie dronów lądowych na pole walki najzwyczajniej w świecie potrafi zaoszczędzić ogromne kwoty państwu prowadzącemu wojnę. Przynajmniej dotyczy to zachodnich państw, w których społeczeństwa wysoko cenią życie ludzkie i państwo musi wypłacać spore kwoty na wsparcie rodzin poległych żołnierzy. Przytoczę konkretny przykład, jak to już teraz się dzieje na froncie wschodnim. Śmierć jednego żołnierza na froncie kosztuje państwo ukraińskie z grubsza ok. 0,4 mln dolarów. Kilka tygodni temu pojawiła się pewna analiza dotycząca walk o Konstantynówkę na Donbasie. W ramach bitwy o to miasteczko Rosjanie tradycyjnie atakują główne logistyczne szlaki prowadzące do miasta, w wyniku czego Ukraińcy mieli utracić na tych drogach ok. 50 dronów lądowych w ciągu jednego miesiąca. Niżej jest mapka ze wskazaniem konkretnych miejsc spalonych robotów. W tej chwili jeden dron lądowy z tych powiedzmy dojrzałych, bardziej niezawodnych i popularnych konstrukcji, kosztuje Ukraińców 30–50 tys. dolarów. Jeszcze 3 lata temu pod Bachmutem na podobnych szlakach widzieliśmy kolumny spalonych wozów opancerzonych i ciężarówek. Można umownie założyć, że 50 dronów, które utknęły na drodze do Konstantynówki, to 50 pojazdów, które tam nie zostały trafione i co najmniej 50 żołnierzy, którzy nie zginęli czy nie zostali ranni.
Nietrudno policzyć, że koszt 50 dronów (z których część da się odholować i wykorzystać na części zamienne) to ok. 2,5 mln dolarów. A 50 żołnierzy, którzy nie zginęli – pomijając to, że życie ludzkie jest bezcenne – to, mówiąc cynicznie, dla budżetu państwa zaoszczędzone 20 mln dolarów. Idąc dalej w ramach tej arytmetyki: 2500 dronów i 2500 ocalonych żyć ludzkich to koszt jedynie 125 mln dolarów i 1 mld dolarów zaoszczędzonych dla budżetu. No a 50 000 dronów, które Ukraina planuje wprowadzić na front w tym roku – jeżeli każdy z nich ratuje życie jednemu żołnierzowi… będą państwo kosztować 2,5 mld dolarów, a zaoszczędzą wtedy aż 20 mld dolarów. Czyli połowę tego, czego Ukraina potrzebuje, by przez rok prowadzić wojnę z Rosją.
Oczywiście ten rachunek jest bardzo umowny i w praktyce zapewne pojawi się tysiąc innych czynników, które go zmienią, a i sama ta kwota wypłat jest umowna i różni się w zależności od tego, w jakich okolicznościach żołnierz zginął. Ale ogólnie logika pozostanie ta sama. Robotyzacja pola walki potrafi radykalnie zmienić ekonomię wojny i jej demografię. I to jest jednoznacznie dobra dla nas wiadomość w starciu z takim przeciwnikiem jak Rosja, który zawsze polegał na masie i nie oszczędzał swoich ludzi.

___________________________________________________________
Zachęcam również do wspierania mojej niezależnej publicystyki, linki w pierwszym komentarzu. —->
Zostaw komentarz