Decyzja prezydenta Karol Nawrocki o powołaniu sędziego Zbigniew Kapiński na stanowisko Pierwszego Prezesa Sąd Najwyższy nie jest zwykłą nominacją kadrową. To wydarzenie, które zamyka pewien etap polityczno-prawnego konfliktu, ale jednocześnie otwiera kolejny. W polskim życiu publicznym od dawna bowiem nie chodzi już wyłącznie o to, kto obejmuje urząd, lecz przede wszystkim – z jakiego systemu ten urząd wyrasta i czy obywatele jeszcze uznają go za bezstronny.

Nowy I prezes Sądu Najwyższego będzie zarządzał instytucją, która od lat znajduje się w centrum sporu o państwo prawa. Sama nominacja Kapińskiego została przyjęta w sposób charakterystyczny dla dzisiejszej Polski: część środowiska uznała ją za pragmatyczny kompromis, część za kolejne potwierdzenie kryzysu legalności po reformach sądownictwa z lat 2017–2018.

Nieprzypadkowo najczęściej powtarzanym słowem po tej decyzji nie było „kompetencje”, lecz „neo-KRS”.

Państwo po reformie, która nigdy się nie skończyła

Historia tej nominacji zaczyna się dużo wcześniej niż w Pałacu Prezydenckim. Jej źródłem jest reforma wymiaru sprawiedliwości przeprowadzona przez rządy Prawo i Sprawiedliwość. To wtedy zmieniono sposób wyboru członków Krajowa Rada Sądownictwa, oddając decydujący wpływ większości parlamentarnej.

Zwolenicy reformy twierdzili, że sądy wymagały demokratycznej kontroli, większej odpowiedzialności i zerwania z zamkniętym środowiskiem korporacyjnym. Przeciwnicy odpowiadali, że państwo przekroczyło cienką granicę między reformą a podporządkowaniem sądownictwa polityce.

Od tamtej pory niemal każda ważniejsza nominacja sędziowska obciążona jest pytaniem o legitymizację. Nie tylko polityczną, ale i konstytucyjną. Dotyczy to także samego Kapińskiego, który trafił do Sądu Najwyższego już po zmianach w KRS.

Dlatego krytycy tej decyzji nie skupiają się wyłącznie na jego osobie. Były minister sprawiedliwości Adam Bodnar zwraca uwagę, że problem ma charakter systemowy: niezależnie od nazwiska, cały mechanizm nominacyjny pozostaje przedmiotem sporów prawnych i politycznych.

To niezwykle istotne. W Polsce od kilku lat nie dyskutuje się już jedynie o wyrokach sądów. Dyskutuje się o tym, czy osoby wydające wyroki są sędziami w pełnym konstytucyjnym znaczeniu.

Pragmatyzm zamiast entuzjazmu

Co ciekawe, reakcje środowiska prawniczego nie były całkowicie jednoznaczne. W komentarzach pojawił się ton, który można nazwać „realizmem instytucjonalnym”. Sędzia Michał Laskowski określił wybór Kapińskiego jako „najmniej zły ze wszystkich złych”.

To zdanie mówi o stanie polskiego wymiaru sprawiedliwości więcej niż najbardziej emocjonalne przemówienia polityków.

Nie ma tu triumfu ani wiary w nowy początek. Jest raczej zmęczenie wieloletnim konfliktem i próba znalezienia osoby, która nie będzie dodatkowo podgrzewała wojny. W praktyce oznacza to, że część środowiska prawniczego zaczyna godzić się z rzeczywistością stworzoną po reformach PiS – nawet jeśli wcześniej ją krytykowała.

To proces bardzo charakterystyczny dla państw przechodzących długotrwały kryzys instytucjonalny. Z czasem spór o zasady ustępuje miejsca pragmatyzmowi. Ludzie zaczynają pytać nie o to, czy system jest idealny, lecz czy pozwala jeszcze normalnie funkcjonować.

Problem polega na tym, że państwo prawa nie opiera się wyłącznie na skuteczności. Opiera się także na zaufaniu.

Sędzia między polityką a historią

Wokół Kapińskiego pojawił się jeszcze jeden ważny wątek: sprawa lustracyjna Lech Wałęsa. To właśnie udział sędziego w składzie orzekającym, który w 2000 roku uznał prawdziwość oświadczenia lustracyjnego Wałęsy, wywołał krytykę części prawicy.

Ta sytuacja pokazuje paradoks współczesnej Polski.

Jeszcze kilka lat temu głównym zarzutem wobec „starych elit sądowych” miało być ich rzekome oderwanie od konserwatywnej wizji państwa. Tymczasem dziś prezydent wywodzący się z obozu prawicy powołuje człowieka, którego część tego samego obozu oskarża o zbyt łagodne podejście do symbolicznie ważnej dla prawicy sprawy Wałęsy.

Widać tu wyraźnie, że konflikt wokół sądów dawno przestał być jedynie konfliktem prawnym. To wojna pamięci historycznej, tożsamości politycznej i emocji społecznych.

W Polsce stanowiska państwowe coraz częściej ocenia się nie przez pryzmat kompetencji, ale przez pytanie: „po której stronie sporu stoi ten człowiek?”.

A przecież – jak zauważył prof. Andrzej Zoll – Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego powinien być osobą niebudzącą politycznych skojarzeń.

To dziś brzmi niemal jak postulat utopijny.

Nawrocki wysyła własny sygnał

W tle całej sprawy znajduje się jeszcze jeden aspekt: polityczna samodzielność prezydenta. Według medialnych relacji część środowiska PiS, w tym Jarosław Kaczyński, miała sceptycznie odnosić się do kandydatury Kapińskiego.

Jeśli tak było, decyzję Nawrockiego można odczytywać jako próbę pokazania politycznej autonomii. To ważne szczególnie dlatego, że nowy prezydent od początku swojej kadencji mierzy się z pytaniem, czy będzie samodzielnym ośrodkiem władzy, czy jedynie kontynuatorem linii wyznaczanej przez dawny obóz rządzący.

Nominacja Kapińskiego może więc mieć znaczenie szersze niż tylko personalne. Może być sygnałem, że Pałac Prezydencki chce budować własne centrum wpływu – nawet kosztem napięć wewnątrz prawicy.

Kryzys, którego nie da się zakończyć jedną nominacją

Najważniejsze pytanie brzmi jednak inaczej: czy wybór nowego I prezesa Sądu Najwyższego cokolwiek rozwiązuje?

Najprawdopodobniej nie.

Spór o legalność „neosędziów”, status KRS i relacje między polskim państwem a europejskimi standardami praworządności będzie trwał dalej. Nowy prezes nie ma narzędzi, by samodzielnie zakończyć ten konflikt. Może jedynie próbować łagodzić jego skutki.

A skutki są poważne.

W państwie demokratycznym sądy mają być ostatnią instancją zaufania. Obywatel może nie ufać politykom, mediom czy partiom, ale powinien wierzyć, że przed sądem zostanie potraktowany uczciwie. Jeśli ta wiara znika, państwo zaczyna tracić swoją moralną spójność.

Dlatego prawdziwy problem nie polega dziś na tym, czy Kapiński będzie dobrym administratorem Sądu Najwyższego. Problem polega na tym, że każda kolejna nominacja staje się elementem wojny politycznej, a nie budowy autorytetu instytucji.

I właśnie to jest najgroźniejsze.

Bo demokracje rzadko rozpadają się nagle. Znacznie częściej powoli tracą zdolność do uznawania wspólnych reguł.