Pachnie upojnie. Zwłaszcza rano i wieczorem oraz po deszczu. Siadam wtedy na przyzbie i wącham, wącham i wącham.
Bywa w Polsce mylony z jaśminem, którego podziwiam zawsze w Indiach.
W kruczoczarnych włosach młodych dziewczyn strojących się w tę tanią, ale nietrwałą ozdobę.
Poranne autobusy gdy dojeżdżają do pracy lub szkoły są przesiąknięte jego słodkim, miodowym zapachem.
Nasze jaśminowce, posadzone lata temu wzdłuż drogi dojazdowej właśnie mają swoje pięć minut.
Choć ich pięć minut przyciąga także nieproszonych gości, żerujących na ich młodych listkach.
To mszyce, ulubiony pokarm biedronek.
Przywołują u mnie wspomnienia z Kompanii, niedaleko Bzowa, w powiecie świeckim, gdzie moi dziadkowie ze strony ojca mieli gospodarstwo.
Chałupę krytą strzechą o ścianach w stylu tzw. pruskiego muru, otaczały bzy i jaśminowce oraz malwy, strzeliste jak sosny himalajskie.
A przed domem, w cieniu wiekowej lipy, posadzonej przez pierwszych osadników tzw. Olendrów, toczyło się latem wieczorne życie nas i dziadków.
Tam, na dębowym stole, jedliśmy kolacje.
Chleb upieczony w piecu chlebowym przez babcię, świeży twaróg ze szczypiorkiem, świeże masło.
Wszystko popijane mlekiem prosto od Mućki, znaczy krowy.
Nasze jaśminowce są zatem dla mnie kluczem do magicznej przeszłości.
Do dzieciństwa.
Czasu gdy wszystko wydawało się jeszcze możliwe.
Zostaw komentarz