3:0 ze Słowenią brzmi jak łatwe zwycięstwo. Nic bardziej mylnego. To była walka o każdy punkt, momentami na granicy nerwów. Dwie znakomite drużyny, a jednak to Biało-Czerwoni zachowali więcej zimnej krwi i okazali się lepsi.
I właśnie takie mecze lubię najbardziej. Bez wielkich słów, bez napinania mięśni. Jest boisko, przeciwnik, praca, koncentracja i odpowiedzialność za każdy kolejny punkt.

A kiedy patrzę na naszych siatkarzy, to myślę sobie: ileż można nauczyć się od sportu.
Tam nie wygrywa się krzykiem, kłamstwem, partyjną wojenką czy opowieścią o własnej wielkości. Trzeba wyjść na boisko i udowodnić swoją wartość.

Dlatego dziś, patrząc na tych chłopaków, polityczne awantury wydają się jeszcze bardziej jałowe. Ciągłe przepychanki, wzajemne oskarżenia, partyjni watażkowie i ludzie przekonani o własnej nieomylności są niczym wobec czegoś tak prostego i pięknego:
biało-czerwona koszulka, drużyna i zwycięstwo wypracowane razem.
Mamy już srebro. Ale jutro gramy o złoto.

Czekamy na rywala: Francję albo Finlandię.Panowie, po złoto!