Panie Wodyński nie pora umierać! Jest takie powiedzenie, taki zwrot retoryczny, kiedy człowiek zderza się z jakimś drastycznym faktem czy zjawiskiem: „iż pora umierać”.
W Kanadzie, w majestacie prawa dopuszczającego od 10 lat eutanazję ludzi ciężko chorych albo bardzo biednych, starych, niedołężnych, zabito, zamordowano moją rówieśniczkę Brigitte Stegemann, mieszkającą w Ontario — staruszkę głuchą, trochę niezorientowaną, przebywającą w jakimś domu opieki.

Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo wymuszone z udziałem osób trzecich, to znaczy personelu medycznego. Nie będę wchodził w szczegóły, które są drastyczne i świadczą o zdegenerowaniu ludzi, państwa i całego systemu opieki zdrowotnej i społecznej, który patronuje, współpracuje, pomaga w zadawaniu sobie śmierci. I są to tam coraz liczniejsze przypadki, bo dotyczyło to w ubiegłym roku prawie 5% wszystkich zgonów.

Specjalna ustawa MAiD (Medical Assistance in Dying) jest tym klifem, tą — nie przymierając, a w zasadzie przymierzając — Skałą Tarpejską, która pozwala zamożnemu społeczeństwu Kanady pozbywać się ciężarów, jakim jest konieczność opieki nad starcami, chorymi z pesymistycznym rokowaniem, cierpiącymi na dolegliwości, których nie potrafią jeszcze uśmierzyć. I to wszystko podlane jest sosem „prawdziwego humanizmu”.

Nie piszę o ułatwieniach w dokonywaniu tam aborcji, bo to mnie — jak przecież wiecie — nie dotyczy. Lecz zadawane na życzenie śmierci z powodu podeszłego wieku wzbudzają mój zrozumiały niepokój. Nawet kiedy dotyczą osób cierpiących prawdziwe katusze z powodu chorobowego bólu. Bo można przecież go uśmierzyć, ale pewnie to kosztuje.

W przypadku nieboszczki Brygidy rejwach, który był słyszany na całym jeszcze nie zdegenerowanym świecie, podniosły wpływowe media. Myślę, że aniołów śmierci, którzy przyczynili się do jej zgonu, spotka zasłużona kara.
Więc, panie Wodyński, lat 83+, nie pora umierać, tylko iść na pływalnię — i tego doczekać.