Siedzę sobie raniutko przy kuchennym stoliku, celebruję pierwszą kawę i, jeszcze trochę zaspany, przewijam wiadomości w smartfonie. Człowiek o tej porze nie szuka przecież wielkich prawd o świecie. Chce tylko spokojnie sprawdzić, czy przez noc nic szczególnego się nie wydarzyło, dopić kawę i powoli dojść do przekonania, że dzień rzeczywiście się zaczął. I właśnie wtedy trafiam na wielki, bijący po oczach nagłówek: „Historyczny sukces Polaka. Zdobył mistrzostwo świata”. No, proszę! Serce starego patrioty od razu zabiło trochę żwawiej. Myślę sobie: pięknie, pewnie znowu nasi siatkarze kogoś ograli, może jakiś lekkoatleta przeskoczył samego siebie, a może wydarzyło się coś równie godnego porannego uniesienia. Klikam więc, oczywiście z należną narodową dumą, żeby dowiedzieć się, komu i za co powinienem zacząć kibicować.
Klikam więc i zaczynam czytać. I tu mój poranny patriotyczny zapał zaczyna powoli stygnąć, bo dowiaduję się, że ten nasz rodak został mistrzem świata w „submission fightingu ADCC”. Czytam raz. Potem drugi. Litery znam, słowa jakoś też wyglądają znajomo, ale sens nie chce się ze mną dogadać. Sam skrót ADCC skojarzył mi się odruchowo z AC/DC i przez chwilę miałem nawet przed oczami Angusa Younga w szkolnym mundurku, wywijającego gitarą gdzieś pod sceną. Pomyślałem więc, że może zaspany jeszcze jestem bardziej, niż mi się wydawało. Czytam dalej, a tam pojawia się „grappling”, „submission” i jeszcze „flawless victory”. No dobrze, mówię sobie, Grzybie, nie wszystko musisz wiedzieć. Świat jest duży, sportów przybywa, a człowiek nie może całe życie siedzieć pod jabłonią i udawać, że zna się na wszystkim. Tyle że im uważniej czytałem, tym mniej byłem pewien, czy to ja czegoś nie rozumiem, czy też ktoś po drugiej stronie zupełnie zapomniał, że nie każdy czytelnik musi wiedzieć, co właściwie znaczą te wszystkie słowa.
Zajrzałem więc z ciekawości do komentarzy pod artykułem, żeby sprawdzić, czy tylko ja mam z tym wszystkim kłopot. I od razu zrobiło mi się raźniej. Internauta o nicku zbych2610 zapytał przytomnie: „To może miało być AC/DC?”. Inny, podpisany jako MX71, dodał z rozbrajającą szczerością: „A ten sport to jakaś odmiana szachów mongolskich? Bo nigdy o tym nie słyszałem”. Pomyślałem wtedy, że jednak nie zdziwaczałem jeszcze aż tak bardzo. Skoro kilku zupełnie obcych ludzi, czytających ten sam tekst, w tym samym miejscu zaczyna się zastanawiać, o czym właściwie jest artykuł, to może problem nie polega wyłącznie na naszym niedouczeniu. I tu pojawiła mi się druga myśl: skoro materiał trafia na duży portal, do zwykłych ludzi, którzy rano piją kawę, jadą do pracy albo zaglądają do telefonu między jednym obowiązkiem a drugim, to czy naprawdę każdy z nich powinien wcześniej zrobić sobie mały kurs z danej dyscypliny? Czy może jednak wystarczyłoby, żeby autor poświęcił jedno zwykłe zdanie na wyjaśnienie, o czym pisze?
I właśnie wtedy coś mi zazgrzytało. Bo przecież dziennikarz nie jest od tego, żeby sprawdzać, ile czytelnik już wie, zanim zacznie czytać. Powinno być raczej odwrotnie — człowiek sięga po artykuł właśnie po to, żeby po jego przeczytaniu wiedzieć trochę więcej niż przedtem. Tymczasem coraz częściej mam wrażenie, że media zaczynają przypominać jakieś kółka dla wtajemniczonych, w których wszyscy znają skróty, hasła i fachowe określenia, więc nikomu nawet nie przychodzi do głowy, że ktoś stojący za drzwiami może ich nie rozumieć. I tak powstają małe językowe sekty: sportowe, finansowe, technologiczne, biznesowe. Każda mówi swoim narzeczem, każda doskonale rozumie samą siebie, tylko zwykły człowiek zaglądający tam z ulicy musi najpierw znaleźć tłumacza. A przecież rolą dziennikarza powinno być właśnie coś przeciwnego — nie zamykać drzwi przed niewtajemniczonym, lecz je otwierać i powiedzieć: chodź, pokażę ci, o co tutaj chodzi.
Bo przecież z tym całym grapplingiem naprawdę nie trzeba było robić wielkiej tajemnicy. Wystarczyło jedno zdanie napisane po ludzku. Dwóch chłopów wychodzi na matę, jeden próbuje drugiego przewrócić, przytrzymać, założyć mu dźwignię na rękę albo nogę czy złapać w takie objęcie, z którego tamten woli się poddać, zanim coś mu strzeli. Jak już ma dość, klepie ręką w matę i po zawodach. Oczywiście fachowiec zaraz mnie poprawi, że uprościłem rzecz niemiłosiernie, że są pozycje, przejścia, techniki, punkty i cała reszta sportowej wiedzy. I bardzo dobrze — niech będą. Nie mam nic przeciwko temu, żeby grappling nazywał się grapplingiem, a submission submissionem. Fachowy język jest potrzebny fachowcom. Tylko kiedy pisze się dla wszystkich, dobrze byłoby czasem dopisać obok mały ludzki przypis: spokojnie, człowieku, zaraz ci wytłumaczę, o co chodzi. Bo problem nie zaczyna się wtedy, gdy używamy specjalistycznego słowa. Zaczyna się wtedy, gdy zostawiamy czytelnika sam na sam z tym słowem i jeszcze oczekujemy, że będzie udawał, iż wszystko zrozumiał.
I żeby nie było, że uwziąłem się akurat na sport. Ten sam numer spotykam dziś niemal wszędzie. Człowiek chce się na przykład dowiedzieć, czy jakiś telefon jest wart swoich pieniędzy, a po kilku zdaniach wie już, że ma AMOLED, OIS, Fast Charging i ekran 120 Hz, tylko nadal nie wie, czy bateria wytrzyma mu do wieczora i czy zdjęcie wnuka nie wyjdzie jak z aparatu w drzwiach wejściowych. Podobnie jest z językiem pracy i tak zwanego stylu życia. Kiedyś człowiek był zmęczony robotą, miał bałagan w obowiązkach albo po prostu gorszy dzień. Dziś ma burnout, poprawia workflow, rozwija skille i dba o well-being. I znowu nie chodzi mi o to, żeby zakazać tych słów i postawić straż językową na granicy. Niech sobie będą, jeśli komuś są potrzebne. Tylko dobrze byłoby pamiętać, że człowiek zaglądający do artykułu zwykle szuka odpowiedzi, a nie kolejnej garści haseł, które musi sobie później sprawdzić gdzie indziej.
I tu dochodzimy do tego nieszczęsnego ponglishu, który coraz częściej panoszy się w mediach, biurach i zwykłych rozmowach. Sam w sobie nie jest jeszcze żadnym nieszczęściem. Język zawsze pożyczał słowa od innych języków i jakoś od tego nie umarł. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy obce słowo nie pomaga niczego nazwać, tylko zasłania rzecz prostą i dobrze znaną. Bo jeśli ktoś ma burnout, to warto wiedzieć, co to właściwie znaczy. Jeśli pracuje nad workflow, to może dobrze byłoby powiedzieć, co konkretnie próbuje uporządkować. A kiedy rozwija skille i dba o well-being, chciałbym czasem wiedzieć, czy po prostu czegoś się uczy i próbuje trochę lepiej żyć. Nie mam potrzeby wypędzać angielszczyzny z polskiego języka przy pomocy językowego egzorcysty. Chciałbym tylko, żeby słowa coś wyjaśniały, a nie służyły za zasłonę dymną, za którą autor może ukryć fakt, że mówi o rzeczy całkiem zwyczajnej.
Pewnie nie dzieje się to wszystko bez powodu. Dzisiejsze media pracują szybko, czasem chyba szybciej, niż człowiek zdąży porządnie pomyśleć nad drugim zdaniem. Trzeba być pierwszym, trzeba się klikać, trzeba pilnować nagłówka, zasięgów, słów, które lubią wyszukiwarki, i jeszcze zmieścić się w języku własnej branży. Do tego dochodzi coraz większa specjalizacja. Sportowiec pisze dla sportowców, technolog dla ludzi od technologii, finansista dla tych, którzy odróżniają LTV od WIBOR-u jeszcze przed pierwszą kawą. I pewnie każdy z osobna ma poczucie, że pisze zupełnie jasno. Tylko gdzieś po drodze łatwo zgubić tego zwykłego człowieka po drugiej stronie ekranu. Czasem odnoszę wręcz wrażenie, że gdyby jutro jakiś algorytm uznał, że najlepiej pozycjonują się teksty pisane w esperanto, połowa redakcji zaczęłaby informować, że „La ministro faris deklaracion pri LTV”, a druga połowa tłumaczyłaby to na klingoński, żeby jeszcze zwiększyć zasięgi w grupach niszowych. Oczywiście przesadzam. Ale tylko trochę. Bo algorytm może być zadowolony, branża może pokiwać głową z uznaniem, tekst może się pięknie pozycjonować, a Grzyb przy kuchennym stoliku nadal siedzi z kawą i zastanawia się, czego właściwie przed chwilą się dowiedział.
Bo przecież nie chodzi o to, żeby wszystko upraszczać aż do bólu ani żeby specjalistom odbierać ich własny język. Są dziedziny, w których precyzyjne terminy są po prostu potrzebne i bez nich trudno się porozumieć. Tylko jeśli dziennikarz pisze nie dla wąskiego grona fachowców, lecz dla zwykłych czytelników, to jego zadanie jest dość proste: po przeczytaniu tekstu człowiek powinien wiedzieć więcej niż przedtem. Może nie wszystko, może nie od razu na poziomie eksperta, ale przynajmniej tyle, żeby rozumiał, o czym była mowa. Specjalistyczne słowo nie jest żadnym grzechem. Grzechem jest dopiero zostawienie czytelnika sam na sam z tym słowem i uznanie, że jeśli nie rozumie, to jego problem. Dziennikarz powinien być trochę jak przewodnik: zna teren lepiej, więc nie biegnie sto metrów przed wycieczką, tylko od czasu do czasu ogląda się za siebie i sprawdza, czy reszta jeszcze za nim idzie.
Żeby jednak nikt nie pomyślał, że Stary Grzyb urządza tutaj językowe polowanie na czarownice, muszę uczciwie dopowiedzieć jeszcze jedno. Sam przez kawał życia redagowałem, poprawiałem, a czasem właściwie pisałem od nowa wystąpienia ludzi, którzy chcieli coś mądrego powiedzieć na ważnym spotkaniu branżowym, samorządowym czy politycznym — i to, dodam dla porządku, ludzi różnych opcji. I kiedy człowiek stawał przed salą pełną fachowców, jak najbardziej posługiwał się językiem tego środowiska. Trudno przecież na konferencji specjalistów każde pojęcie objaśniać od początku, bo byłaby to nie tylko strata czasu, ale trochę również obraza słuchaczy, którzy przyszli tam właśnie dlatego, że wiedzą, o czym mowa. A i mówcy nie wystawiałoby to najlepszej wizytówki. Nie chodzi więc o to, jakich słów używamy, ale do kogo je kierujemy. Inaczej mówi się do sali pełnej specjalistów, inaczej do ludzi siedzących rano przy kawie i zaglądających na ogólny portal informacyjny. Mówiąc już całkiem po branżowemu: trzeba po prostu trafić w target — czyli, po naszemu, w cel. A szerzej: rozpoznać, do kogo się mówi, i tak dobrać język, żeby człowiek po drugiej stronie naprawdę zrozumiał przekaz. I proszę bardzo — użyłem angielszczyzny, świat się nie zawalił, kawa nie wykipiała, a ja nawet wiem, co powiedziałem. Teraz, kiedy wrześniowa mgła już opadła, a słoneczko wyszło trochę wyżej, mogę spokojnie odłożyć smartfon i sprawdzić, czy pod jabłonią nie zaczęło się jakieś ważne branżowe spotkanie wróbli, na które znowu nie dostałem akredytacji.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz